Zabezpieczony: Przestrzeń jest liczbą

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Reklamy

Tajemnica języka. Na marginesach „Mitów Ajnów” opracowanych przez Basila Halla Chamberlaina

Język jest fascynującym zjawiskiem. Potrafi doskonale zamaskować swoje praźródło, ukryć drogę do prapoczątku. Jakby zacierał ślady przed ciekawskimi, którzy mogliby sprofanować to, co stanowi jego istotę. Jednocześnie jednak chroniąc najcenniejsze, doprowadza do redukcji, gubienia słów, a w następstwie do stopniowo narastającego milczenia. Gdy wygasza krąg osób wtajemniczonych, nie dopuszczając nowych adeptów, język zanika ze świadomości większości współczesnych, przechodzi w swego rodzaju stan uśpienia. Pozostanie najwyżej w sztucznie wypreparowanych dokumentach, do których sięgną tylko wytrwali poszukiwacze albo przygodni podróżnicy, eksploratorzy językowych czasoprzestrzeni. Ale może, może odrodzi się pewnego dnia? Znów z nieznanych przyczyn pojawi się, by wprawić w zdumienie, i zacznie rozrastać się, rozgałęziać, pęcznieć, dokonywać ekspansji. Aż do następnego zwinięcia i milczenia.

Ajnowie to lud niegdyś łowiecko-zbieracki, ponad 6 tysięcy lat temu zajmujący Hokkaido, cześć Sachalinu, Kamczatki, Wysp Kurylskich, obecnie będący mniejszością etniczną w Kraju Kwitnącej Wiśni. Nazywani byli przez Japończyków Ezo, Emishi, Ebisu (蝦夷), co tłumaczy się zasadniczo jako „obcy mieszkający na północy”, ale na przestrzeni wieków zmieniało się odczytywanie kanji, którym zapisana była nazwa plemienia. Czytaj dalej

Rozczarowanie. Tylko parę słów na marginesach „Nazywano ją En” Tomie Ōhary

Twoje istnienie jest tak piękne, bo kruche i delikatne jak płatki kwiatów wiśni. Jedynym powodem twojego cierpienia są błędy ojca. Nieważne, co zrobisz, co powiesz, i tak obciąża cię dziedzictwo. Nie masz prawa przekroczyć granicy. Jesteś częścią, małym elementem, rzeczą, którą można prawie dowolnie dysponować – jedynie zabić cię nie sposób. Ucieczką, wyzwoleniem z więzienia jest śmierć – albo twoja, albo mężczyzn z rodziny, kontynuatorów rodu. Czekanie na ułaskawienie, na pozwolenie ci chociaż przez chwilę zachłysnąć się powietrzem wolności i możliwości, które oferuje świat, to czekanie na Godota. Zresztą cóż ci przyniesie sposobność poznania wielości rzeczywistości, skoro nie potrafisz z niej skorzystać. Za bardzo się boisz, że sny okażą się zwykłą iluzją. Po przebudzeniu przyjdzie poczucie rozczarowania, zawodu, ból i gorycz.

Tomie Ōhara urodziła się w 1912 roku w Kōchi, gdzie w latach 1927-1930 studiowała na Uniwersytecie, ówcześnie nazywanym高知女子大学 Kōchi Joshi Daigaku, Kōchi Women’s Univeristy, który dopiero w 2011 roku przetransformowano na koedukacyjny. Jej nauka ciągle przerywana była gruźlicą. W 1941 roku z powodu bankructwa rodziny przeprowadziła się do Tokio – tam pracowała jako florystka i nauczycielka, by zarobić na życie. W międzyczasie pisała opowiadania i powieści, ale jej twórczość literacka musiała podporządkować się cyklicznym nawrotom gruźlicy. Czytaj dalej

Kaligrafowanie rzeczywistości

W 2000 roku ukazały się dwie książki poetyckie Krystyny Miłobędzkiej. Pierwszą są Imiesłowy, w których, nota bene, poetka wyznaje między innymi: „Nie myślę słowami. Myślę obrazkami”[1]. Drugą – zaskakujące, niekiedy uważane za poetycki żart[2], dadaistyczne wszystkowiersze[3], wypełnione dwudziestoma czterema utworami powstałymi na bazie poezji wizualnej, konkretnej, letryzmu oraz japońskich form wierszy, głównie haiku[4]. W rozmowie z Tymoteuszem Karpowiczem poetka powie: „Pyta Pan, jak być w »my«, nie rezygnując z »ja«. W moim pierwszym doświadczeniu »my« nie ma miejsca dla »ja«, ale jest jeszcze większe »my«. I jest forma haiku, najbliższa tego »my«, która zachowuje cień »ja«.”[5] wszystkowiersze stanowią jeden z poziomów oczyszczania języka poetyckiego z nadmiaru słów. To minilaboratorium, w którym dokonuje się destylacja znaczeń, aż do odnalezienia języka zdolnego wyrażać istnienie. wszystkowiersze zdają się silnie zanurzone w kręgu wschodniej i dalekowschodniej myśli oraz sztuki, sposobów chwytania świata, ucieleśniania go poprzez dobór odpowiedniej formy zapisu. Czytaj dalej

Rozpacz. Na marginesach „Dołu” Pyun Hye-young

Nadszedł czas, gdy ta jedność, która wydawała się niezniszczalna, zaczyna pękać, rozpadać się na kawałki. Obserwujesz, jak to, co miało być prawdziwe i istnieć wiecznie, okazuje się zbyt kruche, by przetrwać następną burzę. Powiedz, czy wszystko było kłamstwem? Kiedy zaczęło się kończyć to, co zapowiadało się jak piękny sen? Pogłębiający się żal, nieznajdujący ukojenia i wyciszenia w przebaczeniu, nieustanny płacz, rozpacz i wzrastająca nienawiść mogą doprowadzić do pragnienia zemsty. I tak zacznie się powolne zadawanie cierpienia. Gdy twoje ciało odmówi posłuszeństwa, stanie się tylko skorupą trzymającą na uwięzi, balastem, wstydem, pozostanie ci tylko bierne przyglądanie się, jak odbierane jest wszystko, co posiadałeś – każda cząstka twojego życia, każdy fragment tak wytrwale przez wiele lat konstruowanego świata.

Ponad czterdziestoletni Oghi, bohater powieści południowokoreańskiej pisarki Pyun Hye-young, Dół, miał wypadek samochodowy, w wyniku którego jego żona zmarła, a on został sparaliżowany. Mężczyzna nie może mówić, stracił kontrolę nad swoim ciałem – porusza jedynie lewą ręką, ale jego pismo jest nieskładne, koślawe i mało czytelne. Upokorzony, pozbawiony możliwości językowej komunikacji, dookreślany słowami, z którymi nie chce i nie potrafi się utożsamiać – „kaleka”, „inwalida” – jest zdany na innych. Czytaj dalej

Twój znak w internetowej (nie)rzeczywistości. Kilka słów o książce „Content marketing i social media. Jak przyciągnąć klientów” Barbary Stawarz-Garcíi

Wśród znaków dryfujących po przestrzeni, w rzeczywistości wytworzonej przez ikony, marki, symbole, w symulakrum zabłądziliśmy już dawno, nieliczni próbują rysować doraźne mapy. Ten labirynt znaków powstaje pozornie samorodnie, przywodzi na myśl fraktala, obiekt samopodobny. Rozprzestrzenia się pokątnie, anektuje coraz większe tereny, wprowadza się do naszych miejsc, multiplikuje rzeczywistości i lustrzane odbicia, stara się kreować i ukierunkowywać nasze oczekiwania, wyznaczać cele i pragnienia. Zastanawiające, na ile to twór ludzi, a na ile wynik algorytmu, maszyny.

Niszowość, co jasne, nie jest domeną marek przeznaczonych na sprzedaż i generowanie zysku finansowego. Nie będzie zatem mowy o tego typu „znakach”, „emblematach” w nowym wydaniu publikacji (poradnika?) Barbary Stawarz Garcíi – Content marketing i social media. Jak przyciągnąć klientów. Przyznaję, że z blogerskiej ciekawości wybrałam tę książkę (nie znam pierwszego wydania), bo i „marki” rozwijane ze względu na benefity finansowe istnieją wśród blogów książkowych, niektóre z nich powstały wyłącznie w tym celu (to widać!). Innymi słowy, w pewnym momencie pisanie o książkach i okołoksiążkowych sprawach pod określoną nazwą-szyldem może stać się biznesem, dochodowym przedsięwzięciem – wszystko zależy od autora, narratora bloga. Co więcej, to już nie konkretne czytelnicze doświadczenia, eksploracje literackich światów, analizy i interpretacje dzieł klasycznych czy popularnych, mało znanych czy bestsellerów są tym, co stanowi trzon, podstawę, fundament „marki”. Nie. Z czasem dominują quasi-notki krytyczne, lakoniczne wypowiedzi o książce, zarysy fabuły, kilka zdań o wrażeniach, fotorelacje, instagramowe układanki przedmiotów, by zachwycić i zatrzymać na sekundę potencjalnego odbiorcę. To bardzo intuicyjne i chyba dlatego trafne rozwiązania, konieczne do wdrożenia, jeśli chce się zbudować produkt przynoszący gratyfikację finansową. Tylko że „produkt”, który trzeba sprzedać, nie będzie już nigdy przestrzenią osobistą, własnym miejscem, bo zostanie podporządkowany regułom sprzedaży. Czytaj dalej