„Statystyka polega na rysowaniu”* Kilka słów o „Komiksowym wprowadzeniu do statystyki” Grady’ego Kleina i Alana Dabrney’a

Co jest takiego w rysunkach z tekstem, że w wyobraźni ożywają i stają się fascynującą opowieścią? A może to właśnie forma, łącząca w sobie słowa i obrazy, przyciąga uwagę potencjalnego odbiorcy, ale zatrzymuje ją dopiero fabuła? Do komiksowej struktury można wprowadzi opowieść o wszystkim – w zależności od autorów i ich celów. Połączona z rysunkiem narracja niektórych twórców opierać się będzie na walce z własnymi demonami, przepracowywaniem trudnych wydarzeń, próbami zrozumienia własnych emocji i uczuć. A dla innych komiksowa forma będzie pretekstem do zabawy „słowobrazem”, dadaistyczną żonglerką, postmodernistyczną grą, przedstawieniem historyki, która trochę przywodzi na myśl sen, nie jest prozą, nie jest malarstwem. Celów tworzenia i realizacji komiksów jest mnóstwo. Analogicznie jak z literaturą czy plakatem. Dlatego też jasnym jest, że forma komiksu może posłużyć do skonstruowania podręcznika czy skryptu.

Obok „Manga guide”, japońskich przewodników po świecie nauki, na polskim rynku wydawniczym pojawiły się też swego rodzaju odpowiedniki ze Stanów Zjednoczonych – „Komiksowe wprowadzenie do statystyki” oraz „Komiksowe wprowadzenie do filozofii” Kevina Cannona (PAX, 2016). „Komiksowe wprowadzenie do statystyki” narysowane przez Grady’ego Kleina, amerykańskiego ilustratora i animatora, przy współpracy z Alanem Dabney’em, profesorem statystyki, jest próbą przekonania odbiorcy, że wnioskowanie statystyczne wpływa na nasze codzienne życie, na wybory, decyzje podejmowane przez z nas każdego dnia. Czytaj dalej

„Tak, wszystko się gdzieś ze sobą łączy.”* Na marginesach drugiego tomu „Śmierci Komandora” Harukiego Murakamiego

Praktycznie wszystko się zmienia, jest niepewne, zależne, względne. Czasami wydaje się, że światło jest mrokiem, a mrok światłem. Może na obrazie uchwycisz i zatrzymasz ten moment, który stanie się kiedyś albo ideą, albo metaforą. Albo zrodzonym w twojej głowie pojęciem, które przybierze formę, albo przenośnią, która ukryje inny wymiar rzeczywistości, przekaże twoje przeżycia innej osobie. W labiryncie uczuć, sprzecznych emocji, wewnątrz ciemności pochłaniającej od środka, zgubisz drogę, jeśli nie przywołasz ciepłego, słonecznego wspomnienia, najlepiej kogoś bliskiego, ważnego, kto poprowadzi cię, łagodnie mówiąc, że dasz radę przejść przez ciemny las i wrócić do świata pełnego barw oraz dźwięków. W świecie niestałości potrzeba pewnego uczucia, silnego uścisku cudzej dłoni.

Będzie mętnie i niejasno. Kolejne wydarzenia prowadzą malarza-narratora drugiego tomu „Śmierci Komandora” Harukiego Murakamiego do podążenia za ideą, która przybrała ciało tytułowego Komandora z obrazu Tomohika Amady. Bohater odkryje więcej historycznych faktów i traumatycznych przeżyć dotyczących rodu Amadów, w których domu mieszka. Zacznie tworzyć kolejny obraz, tym razem związany z tajemniczym dołem, będzie pracował nad portretem Marie, jego kontakt z Menshikim nieco się rozluźni, ale zacznie coraz bardziej intensywnie myśleć o byłej żonie, Yuzu. Jednocześnie bohater zbyt mocno wejdzie w iluzoryczną krainę cudzej przeszłość i wspomnień, zaburzy granicę między jawą a snem, zdrowiem a obłędem. Czytaj dalej

Miasto świateł i ciemności. Kilka słów na marginesie książki „Tokio. Biografia” Stephena Mansfielda

„Z miastami jest jak ze snami: wszystko, co wyobrażalne, może się przyśnić, ale nawet najbardziej zaskakujący sen jest rebusem, który kryje w sobie pragnienie lub jego odwrotną stronę – lęk. Miasta, jak sny, są zbudowane z pragnień i lęków, nawet jeśli wątek ich mowy jest utajony, zasady – absurdalne, perspektywy – złudne, a każda rzecz kryje w sobie inną.”

[Italo Calvino, „Niewidzialne miasta”, przeł. Alina Kreisberg, WAB, Warszawa 2013, s. 36.]

Przestrzeń miejska jest zbiorem tropów, zapisków, pośpiesznych szkiców, starannych rysunków, wspomnień ulotnych i delikatnych, śladów krwi, zniszczenia, pożogi, kruchości życia i siły uczuć. Po labiryncie uliczek błądzą duchy. Teraźniejszość nieustannie staje się przeszłością, historią, czymś, co czasami chciałoby się wymazać, dokonać retuszu, korekty. Nieustanna dynamika miasta wynika nie tylko z przemijalności ludzkich istnień, ale także tego, co po sobie zostawiają, a zatem i z przebudowy, deformacji, metamorfoz przestrzeni, i ze wspomnień. Jakże tedy napisać biografię miasta?

Stephen Mansfield, amerykański pisarz i fotoreporter, w 2016 roku opublikował biografię Tokio. Jak to bywa z biografiami, autor musiał dokonać niełatwej selekcji materiału, posłużyć się skrótowością, rozrzucaniem tropów, zasygnalizowaniem różnych zjawisk, wydarzeń, fenomenów. Na wstępie już zatem czytelnik orientuje się, że z życia japońskiej metropolii otrzyma wyimki, wypisy, bardziej znaczące i istotniejsze według autora punkty. Biograf może zdecydować, czy jego narracja będzie nacechowana emocjonalnie, pełna ocen, wartościowania, czy też opowieść poprowadzi językiem krystalicznym, w miarę przezroczystym, niezawłaszczającym historii, nieukierunkowującym interpretacji. Czytaj dalej

„Wymienimy się fragmentami siebie”*. Na marginesach pierwszego tomu „Śmierci Komandora” Harukiego Murakamiego jedynie parę słów

Narysuj mnie. Stwórz mój portret, w którym się przejrzę jak w lustrze i może chociaż trochę siebie zrozumiem. Tylko nie kradnij mojej duszy, nie zamykaj jej w kolorach, w liniach, pod warstwami farby, bo zniknę z tej rzeczywistości. Nie przekraczaj subtelnej granicy między jawą a snem, by niepostrzeżenie nie przejść na drugą stronę lustra, do królestwa możliwości, labiryntu potencjalnych rozwinięć i wielości zakończeń naszej opowieści.

„Są pewne rzeczy, o których lepiej nie wiedzieć.” [s. 318]

Narrator i główny bohater pierwszego tomu „Śmierci Komandora” (2017) Harukiego Murakamiego nie ma imienia. Może nie ma już (jeszcze) imienia, bo potrzebuje dokonać zmian w swoim życiu, narodzić się na nowo, znajduje się na swego rodzaju pograniczu czy rozdrożu. Wiemy, że ma trzydzieści sześć lat, jest malarzem, który zasłynął w biznesowych kręgach jako portrecista, chociaż jego samego pociąga abstrakcja, piętrzenie metafor i znaków, samo siebie dekonstruujące i wytwarzające nowe znaczenia, odczytania, możliwości. Niezwykłość i fenomen portretów narratora wynika z tego, że maluje je on po długich rozmowach ze swoimi modelami, po lepszym ich poznaniu, uchwyceniu ich osobowości, czegoś, co można określić prawdziwym obliczem. Czytaj dalej

Tajemnica języka. Na marginesach „Mitów Ajnów” opracowanych przez Basila Halla Chamberlaina

Język jest fascynującym zjawiskiem. Potrafi doskonale zamaskować swoje praźródło, ukryć drogę do prapoczątku. Jakby zacierał ślady przed ciekawskimi, którzy mogliby sprofanować to, co stanowi jego istotę. Jednocześnie jednak chroniąc najcenniejsze, doprowadza do redukcji, gubienia słów, a w następstwie do stopniowo narastającego milczenia. Gdy wygasza krąg osób wtajemniczonych, nie dopuszczając nowych adeptów, język zanika ze świadomości większości współczesnych, przechodzi w swego rodzaju stan uśpienia. Pozostanie najwyżej w sztucznie wypreparowanych dokumentach, do których sięgną tylko wytrwali poszukiwacze albo przygodni podróżnicy, eksploratorzy językowych czasoprzestrzeni. Ale może, może odrodzi się pewnego dnia? Znów z nieznanych przyczyn pojawi się, by wprawić w zdumienie, i zacznie rozrastać się, rozgałęziać, pęcznieć, dokonywać ekspansji. Aż do następnego zwinięcia i milczenia.

Ajnowie to lud niegdyś łowiecko-zbieracki, ponad 6 tysięcy lat temu zajmujący Hokkaido, cześć Sachalinu, Kamczatki, Wysp Kurylskich, obecnie będący mniejszością etniczną w Kraju Kwitnącej Wiśni. Nazywani byli przez Japończyków Ezo, Emishi, Ebisu (蝦夷), co tłumaczy się zasadniczo jako „obcy mieszkający na północy”, ale na przestrzeni wieków zmieniało się odczytywanie kanji, którym zapisana była nazwa plemienia. Czytaj dalej

Rozczarowanie. Tylko parę słów na marginesach „Nazywano ją En” Tomie Ōhary

Twoje istnienie jest tak piękne, bo kruche i delikatne jak płatki kwiatów wiśni. Jedynym powodem twojego cierpienia są błędy ojca. Nieważne, co zrobisz, co powiesz, i tak obciąża cię dziedzictwo. Nie masz prawa przekroczyć granicy. Jesteś częścią, małym elementem, rzeczą, którą można prawie dowolnie dysponować – jedynie zabić cię nie sposób. Ucieczką, wyzwoleniem z więzienia jest śmierć – albo twoja, albo mężczyzn z rodziny, kontynuatorów rodu. Czekanie na ułaskawienie, na pozwolenie ci chociaż przez chwilę zachłysnąć się powietrzem wolności i możliwości, które oferuje świat, to czekanie na Godota. Zresztą cóż ci przyniesie sposobność poznania wielości rzeczywistości, skoro nie potrafisz z niej skorzystać. Za bardzo się boisz, że sny okażą się zwykłą iluzją. Po przebudzeniu przyjdzie poczucie rozczarowania, zawodu, ból i gorycz.

Tomie Ōhara urodziła się w 1912 roku w Kōchi, gdzie w latach 1927-1930 studiowała na Uniwersytecie, ówcześnie nazywanym高知女子大学 Kōchi Joshi Daigaku, Kōchi Women’s Univeristy, który dopiero w 2011 roku przetransformowano na koedukacyjny. Jej nauka ciągle przerywana była gruźlicą. W 1941 roku z powodu bankructwa rodziny przeprowadziła się do Tokio – tam pracowała jako florystka i nauczycielka, by zarobić na życie. W międzyczasie pisała opowiadania i powieści, ale jej twórczość literacka musiała podporządkować się cyklicznym nawrotom gruźlicy. Czytaj dalej