Warzywożerczy wampir. Kilka słów o „Kicającej grozie”, czyli pierwszym tomie „Królikuli” Deborah Howe i Jamesa Howe’a

Czytanie jest niebezpiecznie, bo rozbudza wyobraźnię, która nierzadko pozwala widzieć w rzeczywistości elementy fikcji, magii, literackich światów, zaburza osąd i prowadzić może do zabawnych sytuacji albo obłędu. Ale co, jeśli poszlaki w realnym świecie kierują bezsprzecznie do konkluzji, że w książce opisano to, co naprawdę teraz przeżywasz? Czy to fikcja ożyła czy iluzja okazała się rzeczywistością?

Narratorem i jednym z głównych bohaterów pierwszego tomu powieści „Królikula” Deborah Howe i Jamesa Howe’a jest… pies Harold. Przedstawia niesamowitą historię, która spotkała jego rodzinę. Otóż państwo Monroe i ich dwóch synów, Tobiasz i Piotrek, poszli do kina, by obejrzeć „Draculę”. Na jednym z siedzeń znaleźli zawiniątko z małym królikiem i zdecydowali się zabrać go do domu, gdzie czekali na nich pies Harold i kot Czesław – oba zwierzaki są ulubieńcami rodziny i współuczestniczą w życiu Monore’ów. Przy króliku pozostawiono kartkę, na której napisano coś w jednym z dialektów regionu Karpat, co odczytać mógł wyłącznie Harold. Notatka była krótka – „Proszę, zaopiekujcie się moim skarbem”. Monore’owie postanowili zatrzymać królika i nazwać go Królikulą – jako połączenie słowa „królik” i tytułu filmu, na który udali do kina. Czytaj dalej

Reklamy

Żywioły. Kilka słów na marginesach „Zimowej kwatery” Abego Tomojiego

Przeglądanie się w innych osobach może nie tylko pomóc uzmysłowić sobie, kim się jest, czego się pragnie, dokąd się zmierza, ale i pozwolić na odsłonięcie tajemnic skrywanych przed samym sobą. Bo oto ktoś, kto nas denerwuje, jest przeciwieństwem, kimś odległym i nieprzystającym do naszego świata, nagle staje się tym, od kogo nie możemy się uwolnić, do kogo biegną nasze myśli. Zimowa kwatera.jpgTakie uzależnienie może skończyć się przedawkowaniem, a wtedy jedynym wyjściem jest… odwrócić się i odejść. Pewne spotkania muszą na zawsze zostać epizodyczne.

Narrator powieści Abego Tomojiego „Zimowa kwatera” (1936) – którego wyłącznie jeden inicjał poznamy, M. – wspomina jesienno-wiosenny okres w swoim studenckim życiu, gdy wyprowadził się od krewnych, u których zaznawał nudy, popadł w „depresję duchową” i mocno odczuł osamotnienie. Znalazł pokój u małżeństwa zaskakującego go na każdym niemalże kroku – jakże odmiennych od niego, kompletnie różnych od świata, do którego był przyzwyczajony. Pan Kamon Kirishima to kobieciarz, utracjusz, raptus, wręcz furiat, mitoman, niezwykle łatwo trwoniących swoje i cudze pieniądze, zaś jego żona Matsuko jest kobietą religijną, przyjęła wiarę chrześcijańską i usiłuje nią zbawiać i okiełznać nieposkromionego męża. On jak ogień płonący, ona – zimna woda. Mają dwoje dzieci – syna Teruo i córeczkę Sakiko. Czytelnik przygląda się perypetiom ubożejącej rodziny, w której mężczyzna wdaje się w coraz to nowe romanse i nie stroni od hazardu, a kobieta próbuje z całych sił związać koniec z końcem, zapewnić rodzinie byt. W tej skromnej przestrzeni dwojga ścierają się żywioły – pasji, namiętności, nienasycenia i powściągliwości, zachowawczości; grubiaństwa i delikatności. Uczestnicy tego przedstawienia, nierzadko teatralnych, nieco groteskowych zachowań bohaterów mimowolnie przeglądają się w nich, porównują, oceniają. Czytaj dalej

Kraina fantazji. Na marginesie „Tam, gdzie żyją dzikie stwory” Maurice’a Sendaka kilka zaledwie słów

Wyprawa w poszukiwaniu niezwykłych przygód, eksplorowanie świata fantazji, przemierzanie krainy dzikich stworów są nocną eskapadą, skokiem w wyimaginowaną rzeczywistość, w której ukrywają się lęki i obawy. Powroty do spokojnej przestrzeni pokoju nie są wcale aż tak ważne, jak fakt, że czekasz na mnie tutaj zawsze, gwarantując bezpieczeństwo i ciepło. I jeśli poczuję samotność, to wystarczy, że zwrócę się do ciebie.

Amerykański ilustrator Maurice Sendak (1928-2012) jest jednym z najbardziej cenionych twórców książek dla dzieci, laureatem prestiżowych nagród. Kreowanie onirycznych krain dziecięcych marzeń, fantazji, wyobrażeń rozpoczął w zasadzie w drugiej połowie lat 50. XX wieku, gdyż wcześniej zajmował się wyłącznie ilustrowaniem cudzych opowieści, czego i tak nie przerwał aż do pierwszej dekady XXI stulecia. W 1963 roku napisał i narysował „Tam, gdzie żyją dzikie stwory”. Pierwsze polskie tłumaczenie – pomimo ogromnej popularności tej książeczki na świecie – pojawiło się dopiero w 2014 roku. Szkoda że nie wcześniej, bowiem utwór Sendaka fascynuje i zachwyca. Czytaj dalej

„Statystyka polega na rysowaniu”* Kilka słów o „Komiksowym wprowadzeniu do statystyki” Grady’ego Kleina i Alana Dabrney’a

Co jest takiego w rysunkach z tekstem, że w wyobraźni ożywają i stają się fascynującą opowieścią? A może to właśnie forma, łącząca w sobie słowa i obrazy, przyciąga uwagę potencjalnego odbiorcy, ale zatrzymuje ją dopiero fabuła? Do komiksowej struktury można wprowadzi opowieść o wszystkim – w zależności od autorów i ich celów. Połączona z rysunkiem narracja niektórych twórców opierać się będzie na walce z własnymi demonami, przepracowywaniem trudnych wydarzeń, próbami zrozumienia własnych emocji i uczuć. A dla innych komiksowa forma będzie pretekstem do zabawy „słowobrazem”, dadaistyczną żonglerką, postmodernistyczną grą, przedstawieniem historyki, która trochę przywodzi na myśl sen, nie jest prozą, nie jest malarstwem. Celów tworzenia i realizacji komiksów jest mnóstwo. Analogicznie jak z literaturą czy plakatem. Dlatego też jasnym jest, że forma komiksu może posłużyć do skonstruowania podręcznika czy skryptu.

Obok „Manga guide”, japońskich przewodników po świecie nauki, na polskim rynku wydawniczym pojawiły się też swego rodzaju odpowiedniki ze Stanów Zjednoczonych – „Komiksowe wprowadzenie do statystyki” oraz „Komiksowe wprowadzenie do filozofii” Kevina Cannona (PAX, 2016). „Komiksowe wprowadzenie do statystyki” narysowane przez Grady’ego Kleina, amerykańskiego ilustratora i animatora, przy współpracy z Alanem Dabney’em, profesorem statystyki, jest próbą przekonania odbiorcy, że wnioskowanie statystyczne wpływa na nasze codzienne życie, na wybory, decyzje podejmowane przez z nas każdego dnia. Czytaj dalej

„Tak, wszystko się gdzieś ze sobą łączy.”* Na marginesach drugiego tomu „Śmierci Komandora” Harukiego Murakamiego

Praktycznie wszystko się zmienia, jest niepewne, zależne, względne. Czasami wydaje się, że światło jest mrokiem, a mrok światłem. Może na obrazie uchwycisz i zatrzymasz ten moment, który stanie się kiedyś albo ideą, albo metaforą. Albo zrodzonym w twojej głowie pojęciem, które przybierze formę, albo przenośnią, która ukryje inny wymiar rzeczywistości, przekaże twoje przeżycia innej osobie. W labiryncie uczuć, sprzecznych emocji, wewnątrz ciemności pochłaniającej od środka, zgubisz drogę, jeśli nie przywołasz ciepłego, słonecznego wspomnienia, najlepiej kogoś bliskiego, ważnego, kto poprowadzi cię, łagodnie mówiąc, że dasz radę przejść przez ciemny las i wrócić do świata pełnego barw oraz dźwięków. W świecie niestałości potrzeba pewnego uczucia, silnego uścisku cudzej dłoni.

Będzie mętnie i niejasno. Kolejne wydarzenia prowadzą malarza-narratora drugiego tomu „Śmierci Komandora” Harukiego Murakamiego do podążenia za ideą, która przybrała ciało tytułowego Komandora z obrazu Tomohika Amady. Bohater odkryje więcej historycznych faktów i traumatycznych przeżyć dotyczących rodu Amadów, w których domu mieszka. Zacznie tworzyć kolejny obraz, tym razem związany z tajemniczym dołem, będzie pracował nad portretem Marie, jego kontakt z Menshikim nieco się rozluźni, ale zacznie coraz bardziej intensywnie myśleć o byłej żonie, Yuzu. Jednocześnie bohater zbyt mocno wejdzie w iluzoryczną krainę cudzej przeszłość i wspomnień, zaburzy granicę między jawą a snem, zdrowiem a obłędem. Czytaj dalej

Miasto świateł i ciemności. Kilka słów na marginesie książki „Tokio. Biografia” Stephena Mansfielda

„Z miastami jest jak ze snami: wszystko, co wyobrażalne, może się przyśnić, ale nawet najbardziej zaskakujący sen jest rebusem, który kryje w sobie pragnienie lub jego odwrotną stronę – lęk. Miasta, jak sny, są zbudowane z pragnień i lęków, nawet jeśli wątek ich mowy jest utajony, zasady – absurdalne, perspektywy – złudne, a każda rzecz kryje w sobie inną.”

[Italo Calvino, „Niewidzialne miasta”, przeł. Alina Kreisberg, WAB, Warszawa 2013, s. 36.]

Przestrzeń miejska jest zbiorem tropów, zapisków, pośpiesznych szkiców, starannych rysunków, wspomnień ulotnych i delikatnych, śladów krwi, zniszczenia, pożogi, kruchości życia i siły uczuć. Po labiryncie uliczek błądzą duchy. Teraźniejszość nieustannie staje się przeszłością, historią, czymś, co czasami chciałoby się wymazać, dokonać retuszu, korekty. Nieustanna dynamika miasta wynika nie tylko z przemijalności ludzkich istnień, ale także tego, co po sobie zostawiają, a zatem i z przebudowy, deformacji, metamorfoz przestrzeni, i ze wspomnień. Jakże tedy napisać biografię miasta?

Stephen Mansfield, amerykański pisarz i fotoreporter, w 2016 roku opublikował biografię Tokio. Jak to bywa z biografiami, autor musiał dokonać niełatwej selekcji materiału, posłużyć się skrótowością, rozrzucaniem tropów, zasygnalizowaniem różnych zjawisk, wydarzeń, fenomenów. Na wstępie już zatem czytelnik orientuje się, że z życia japońskiej metropolii otrzyma wyimki, wypisy, bardziej znaczące i istotniejsze według autora punkty. Biograf może zdecydować, czy jego narracja będzie nacechowana emocjonalnie, pełna ocen, wartościowania, czy też opowieść poprowadzi językiem krystalicznym, w miarę przezroczystym, niezawłaszczającym historii, nieukierunkowującym interpretacji. Czytaj dalej

„Wymienimy się fragmentami siebie”*. Na marginesach pierwszego tomu „Śmierci Komandora” Harukiego Murakamiego jedynie parę słów

Narysuj mnie. Stwórz mój portret, w którym się przejrzę jak w lustrze i może chociaż trochę siebie zrozumiem. Tylko nie kradnij mojej duszy, nie zamykaj jej w kolorach, w liniach, pod warstwami farby, bo zniknę z tej rzeczywistości. Nie przekraczaj subtelnej granicy między jawą a snem, by niepostrzeżenie nie przejść na drugą stronę lustra, do królestwa możliwości, labiryntu potencjalnych rozwinięć i wielości zakończeń naszej opowieści.

„Są pewne rzeczy, o których lepiej nie wiedzieć.” [s. 318]

Narrator i główny bohater pierwszego tomu „Śmierci Komandora” (2017) Harukiego Murakamiego nie ma imienia. Może nie ma już (jeszcze) imienia, bo potrzebuje dokonać zmian w swoim życiu, narodzić się na nowo, znajduje się na swego rodzaju pograniczu czy rozdrożu. Wiemy, że ma trzydzieści sześć lat, jest malarzem, który zasłynął w biznesowych kręgach jako portrecista, chociaż jego samego pociąga abstrakcja, piętrzenie metafor i znaków, samo siebie dekonstruujące i wytwarzające nowe znaczenia, odczytania, możliwości. Niezwykłość i fenomen portretów narratora wynika z tego, że maluje je on po długich rozmowach ze swoimi modelami, po lepszym ich poznaniu, uchwyceniu ich osobowości, czegoś, co można określić prawdziwym obliczem. Czytaj dalej