„Konstruując siebie od nowa”. Na marginesie „Końca niewinności” Ami Sakurai kilka myśli

W loterii genetycznej, w ramach rzutu kością przez los, przypadkowo, w sposób zaplanowany, w medycznych eksperymentach na zespole cech fizycznych i psychicznych, w ramach realizacji ambicji ludzi pragnących posiadać kogoś na własność, nowe istnienie, które nabiera coraz większej samoświadomości, zaczyna szukać usprawiedliwienia dla swojego bycia. Niech to będzie tylko twój uśmiech – wystarczy, to najlepsze usprawiedliwienie dla mojego istnienia. Rola społeczna wyznacza konkretne miejsce w szeregu, więzy z innymi ludźmi dookreślają. Ale są jak zaciskająca się obręcz – duszą, pozbawiają czucia i potęgują osamotnienie. Dla niektórych będziesz błędem, pomyłką, przypadkiem, balastem, którego należy się pozbyć, skazą, którą trzeba wymazać, dokonać retuszu. Wtedy pozostaje tylko zacząć działać i wybierać świadomie, oddzielić autentyczne uczucia od sztucznie wyprodukowanych na potrzeby teatru codzienności. A po każdym upadku trzeba wstać i konstruować siebie na nowo, na nowo, wciąż na nowo…

„Dlaczego ludzie próbują opatrywać własne rany gnijącym ciałem i krwią innych? Przecież wiedzą, że się nie uda.”*

W 2006 roku ukazało się polskie tłumaczenie książki Ami Sakurai Koniec niewinności (2004)**, w której obnażony został brutalny i bezwzględny wymiar rzeczywistości młodzieży uciekającej od pustki, braku miłości, ciepła i bezpieczeństwa. Czytaj dalej

Liminalni mieszkańcy przestrzeni. Kilka słów o książce Michaela Dylana Fostera „Yōkai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej”

Pomiędzy wymiarami znanej nam rzeczywistości mieszkają stworzenia, które tyleż dostrzegane, ile wyczuwane bywają wtedy, gdy ucichną dźwięki stechnicyzowanego świata, gdy na moment zapadnie cisza cywilizacji, hałas codzienności. W milczeniu, w samotności wyostrzają się przytępione na co dzień zmysły, budzi się głęboko uśpione za dnia wewnętrzne dziecko, wrażliwe na najdrobniejsze anomalie czasoprzestrzeni, wychwytujące różnice w temperaturze, czyjąś obecność, silne emocje zapisane w miejscach i nie-miejscach. I wówczas możesz spotkać mieszkańców pokątnych wymiarów świata, nazywanych między innymi potworami, stworami, chimerami czy demonami. Swego rodzaju wykluczonych, napiętnowanych – zarówno przyjaznych, życzliwych, jak i złowrogich, śmiercionośnych.

Nie. Oczywiście, że nie jest tylko tak, że niesamowite stwory przynależą do świata fantastycznych rojeń, mitologii, pierwotnych wierzeń, onirycznej krainy, która znika wraz z uruchomieniem noenowych świateł, rutynowymi obowiązkami, obrzędami codzienności, naukowymi, racjonalnymi wykładniami świata. Ich obecność jest stała. Bo potwory to nie wyłącznie folklor, narzędzie do kształtowania postaw dzieci-przyszłych obywateli świata czy niekiedy przerażająca, ale pociągająca rozrywka. Potwór to także Inny, obcy, przyjezdny, ktoś spoza zbiorowości, ktoś żyjący pomiędzy, w zawieszeniu, kto doświadczył ostracyzmu. Czytaj dalej

Przełamywanie codzienności. Zaledwie kilka słów na marginesach trzech powieści z „Mojej małej trylogii” Beniamina Tytusa Muszyńskiego

Z podziękowaniem dla Beniamina

A gdyby chociaż raz odważyć się i przełamać schemat, nie próbować wyjść poza codzienność, ale ją złamać, roztrzaskać na kawałki w geście szaleństwa, z obłąkańczym uśmiechem na twarzy zerwać wszystkie nici, powiązania, sznurki – czy po drugiej stronie znajduje się prawdziwe życie, tak skrzętnie skrywane przez fałszerzy rzeczywistości i specjalistów od kreacji marzeń? Miejsce, które pozwoli istnieć naprawdę, a nie tylko dryfować wśród odłamków snów, w beznadziejności rutyny, przyziemności i wśród ludzi, którym bliżej do wielkich, bezwolnych, nieświadomych marionetek, niedostrzegających, że są igraszką w rękach Mistrza Gry, Wielkiego Lalkarza? A może… może tam też jest iluzja, ułuda, a prawdziwe wyzwolenie, jedyne wyjście, coś w rodzaju satori, znajduje się wewnątrz?

Moją małą trylogię Beniamina Tytusa Muszyńskiego (ur. 1988) otwiera political fiction Tryby z 2012 roku. Fikcja polityczna wbrew pozorom jest trudną formą, wymaga dopracowanej wizji, przemyślanej struktury. Jeśli stanowi tylko odzwierciedlenie rzeczywistości, to traci na sile przekazu, stając się zwykle lepszym bądź gorszym komentarzem w dyskusji o kondycji człowieka czy kształcie społeczeństwa. Natomiast jeśli pisarz decyduje się na przesunięcie akcentów, jeśli szuka alternatywnej rzeczywistości, to szansa na powstanie uniwersalnego, nieprzeciętnego działa wzrasta. Czytaj dalej

„Płomień przeznaczenia, tak?”* Na marginesach „Światła i mroku” Natsumego Sōsekiego

Tyle teatralnych gestów, nieodgadnionych spojrzeń, uśmiechów i mylących drogę słów. Ukrywanie autentycznych intencji i prawdziwego pragnienia prowadzi do powolnego rozpadu wewnętrznego. Wystarczy jedna myśl, cień podejrzenia, drobna wątpliwość w szczerość uczuć i miłosnych deklaracji, wystarczy nikły ślad kolejnej osoby wkradającej się do idealnego świata dwojga, by złamać zaufanie i rozbić miłość. Posiadanie na wyłączność twojej uwagi, spojrzenia i obecności jest marzeniem, iluzją, snem, który tylekroć sam niszczysz, ilekroć odchodzisz, wymykasz się prawdzie, mnożysz tropy i potencjalne rozwiązania zagadki, gonisz cień z przeszłości, wyobrażenie ze snu. Natsume Sōseki, "Światło i mrok"Ale miej świadomość, że pewnego dnia albo nocy druga strona zechce zaryzykować, odkryć karty, odcyfrować złudne słowa, dotrzeć do głębi, by uratować albo zagrzebać uczucie. Tym gorzej, jeśli w cieniu, za twoimi plecami ukrywa się manipulant, osoba bawiąca się kochankami, dla czystej rozrywki wprowadzająca zamieszanie i rozłam. Wtedy nie zostanie ci wybaczone.

Według rodziny i krewnych Onobu jest kochana przez męża, Tsudę Yoshio. Mężczyzna uwielbia ją nad życie, spełnia jej każde pragnienie, pozwala się owinąć wokół jej palca – tak uważają postronni obserwatorzy życia dwojga młodych małżonków. Zazdrośnie spoglądają na piękny i drogi pierścionek Onobu jako symbol bezgranicznej miłości i oddania męża. Zupełnie jakby nietrwały przedmiot miał świadczyć o prawdziwości i sile uczuć, być świadectwem i wyznaniem. Zważywszy, że Yoshio samodzielnie nie utrzymuje swojego domu, lecz  przy pomocy pożyczek od ojca, wynegocjowanych przez męża siostry Yoshio – Ohide, w dodatku rodzina i znajomi uważają, że Onobu preferuje wygodne, luksusowe życie, zresztą jej małżonek również, więc oboje zdają się według wszystkich marnotrawić fundusze na zbytki. Pod pozorami lekkiego życia, w którym zachcianki i kaprysy są spełniane, skrywana jest przez Onobu i Yoshio niema gra w małżeństwo. Czytaj dalej

Sekundy, minuty. Na marginesie „Kota, który spadł z nieba” Hiraidego Takashiego kilka ulotnych wrażeń

Jesteś cudem. Kruchym, niewinnym, pełnym lęku, ale jednocześnie bogatym w wewnętrzną radość i urok, nieskażonym przez rzeczywistość egoistycznych ludzi. Wystarczy twoja obecność, nie potrzeba nam wielkich ani małych słów. Jeden drobny gest, subtelne dotknięcie i spojrzenie są wystarczające, by poczuć, że jesteś naprawdę, autentycznie, w pełni, a nie tylko zastępczo i iluzorycznie. Hiraide Takashi, "Kot, który spadł z nieba"Bo nie jesteś wyobrażeniem, nie jesteś pięknym snem, którego odejście będzie zwiastowało koniec marzenia i początek prawdziwego świata. Nie jesteś?

Koniec lat 80. XX wieku, Tokio. Zbliżają się wielkie zmiany, niedługo skończy się okres Shōwa (1926-1989), podczas którego dokonał się szereg zmian na wzór Zachodni w Japonii. Względny spokój pozornie gwarantowany przez szybki wzrost ekonomiczny zapowiada mimowolnie, podskórnie zmierzch starej epoki. On-narrator, bezimienny, pracuje jako redaktor w wydawnictwie, ona – jego żona – jest korektorką. Oboje mają około trzydziestu siedmiu lat, są bez majątku, nie mają dzieci, ale wciąż szukają miejsce dla siebie – spokojnego, cichego, chociaż rozbrzmiewającego wewnętrzną radością, promiennością i świeżością. Wprowadzają się do wynajmowanego jako mieszkanie domku gościnnego na pięknej posiadłości z domem w japońskim stylu i zachwycającym ogrodem. W związku z chorobą on musi zrezygnować z pracy stałej na rzecz zleceń, które może wykonywać w domu. Czytaj dalej

„Nie ma piękna bez cienia.”* Na marginesach „Pochwały cienia” Tanizakiego Jun’ichirō

Zachwycające i przerażające jednocześnie jest piękno ukryte w mroku. A mrok tyleż skrywa piękno, ile je ewokuje, na swój sposób konstytuuje, niczym demiurg powołuje do chwilowego zaistnienia w teatrze światła i cienia kruche piękno. Efemeryczne wrażenie zmysłowe dostępne jest dla otwartych poszukiwaczy, eksploratorów przestrzeni subtelnie i powoli zagłębiających kolejne odcienie i odblasTanizaki Jun’ichirō, "Pochwała cienia"ki wielowymiarowej rzeczywistości.

Każdy gest, rekwizyt starannie został przygotowany, by przedstawienie mogło przynieść widzowi (nie)oczekiwaną rozkosz, estetyczne spełnienie będące wynikiem napięcia między światłem a cieniem. Ale nie Platońskim odbiciem idei, nie teatrzykiem palców i dłoni, dziecięcymi kuglarstwami i sztuczkami, lecz wymiarem pozornie pokątnym, pełnoprawnym odgałęzieniem rzeczywistości, dostrzegalnym dla wrażliwych na załamania gładkiej tafli, nieoszlifowania diamentów, patynę czasu – swoistą księgę, w której przeszłość rozrzuca swoje tropy.

Obcowanie z wysublimowaną sztuką aranżacji przestrzeni na wzór oryginalnej gry światło-cienia, uczestniczenie w wyrafinowanym spektaklu zmysłów łączą się z jedną z japońskich kategorii estetycznych – ukrytego piękna, tajemnej głębi, ukrytej esencji, czyli yūgen. Czytaj dalej

Niekończący się sen – część 1. Kilka słów na marginesach książki „Wizerunek mężczyzny w visual kei” Klaudii Adamowicz

Visual kei to fascynacja, zachwyt i lęk. Jak sen – ambiwalentny, wieloznaczny, zmienny, niedopowiedziany. Czasami słodki, kolorowy i czarujący, przeważnie jednak przerażający i okrutny, zimny i monochromatyczny.Klaudia Adamowicz, "Wizerunek mężczyzny w visual kei" To przestrzeń, w której krew powoli spływa po ostrzu noża, okaleczona dusza szuka nowego ciała, w którym mogłaby zamieszkać chociaż na chwilę. Ciało trawią robaki. Płatki wiśni niesione są przez wiatr. Przebłyski promieni słonecznych docierające do najbardziej opuszczonych i zniszczonych nie-miejsc, przestrzeni, gdzie kwitnie śmiertelny kwiat, nie pozwalają zapomnieć o nadziei. Nadziei, że kiedyś… Piękny uśmiech, ślad Twojej dłoni to znaki kruchości, ulotności świata, nieustannego końca i początku. Nie można ich ochronić przed zniknięciem inaczej niż tylko w innym wymiarze rzeczywistości – onirycznym królestwie wyobrażeń. Bo visual kei to jeden z korytarzy w moim ogrodzie. Iluzja pozwalająca skrystalizować się marginalizowanym emocjom i niewypowiedzianym pragnieniom. Czytaj dalej