Pokolenie zbuntowanych? Recenzja książki „Języki i kolczyki” Hitomi Kanehary

Fabułę tej króciutkiej książki, Języki i kolczyki, streścić można w dosłownie jednym zdaniu (co podobno jest walorem każdego dzieła literackiego): młoda dziewczyna o imieniu Lui (jak Louis Vuitton), zafascynowana rozdwojonym językiem (który stanowi osobliwą egzemplifikację „transformacji”, „metamorfozy”, „modyfikacji” ciała) chłopaka o imieniu Ama, decyduje się wkroczyć do świata piercingu, tatuaży, wolności seksualnej. Lui tyleż ociera się o perwersję, ile przekracza kilka granic na drodze ku destrukcji i „rozszczepieniu” własnego „ja”, wyrażającego się i przejawiającego w cielesności zmodyfikowanej.


Autorka Języków i kolczyków, Hitomi Kanehara, urodziła się w 1983 roku, w Tokio. Jej biografia jest burzliwa – jak i wielu młodych kobiet oraz dziewcząt, dorastających w latach 90. XX wieku w Kraju Kwitnącej Wiśni. Przemiany społeczne, wywołane przez pęknięcie gospodarczej „bańki mydlanej”, widoczne są przede wszystkim w „przekształcaniu się”, „metamorfozie” (roli) kobiety. Wizerunek japońskiej przedstawicielki płci pięknej ulega drastycznym przeistoczeniom i przetworzeniom. Pojawiają się między innymi kogyaru, yamamba czy ganguro, które przeważnie bezczynnie spędzają czas, paląc i pijąc, co w początkach lat 90. XX stulecia było szokiem dla Japończyków. Nie zamierzam szerzej rozpisywać się na temat tego zjawiska – to zadanie przede wszystkim dla socjologów. Warto jednak mieć na względzie (jedynie zasygnalizowane) przemiany w obrębie japońskiego społeczeństwa, gdy zamierza się sięgnąć po Języki i kolczyki, opublikowane w Kraju Wschodzącego Słońca w roku 2004.

Co ciekawe i zdumiewające, utwór Kanehary otrzymał (ex aequo z 「蹴りたい背中」 –  Keritai senaka, książką dziewiętnastoletniej Risy Watayi) prestiżową literacką Nagrodę Akutagawy (należy pamiętać, że to niebywale nobilitujące i znaczące wyróżnienie otrzymują nowi autorzy). Można się spierać, można polemizować, czy aby na pewno słusznie nagrodzono tak młodą kobietę, która w gruncie rzeczy rejestruje tylko nieliczne, lecz dość drastyczne zmiany w japońskim społeczeństwie. Dobrze jest jednak przyjrzeć się nieco bliżej strukturze utworu Kanehary.

Narratorem jest Lui, która pragnie wyrwać się z przypisywanej jej roli „Lalki Barbie” (to kolejna japońska „subkultura”, pojawia się także między innymi w Prawdziwym świecie Natsuo Kirino). W tym celu podąża za tajemniczym chłopakiem o (przypominającym wężowy) rozdwojonym języku. Pozornie trywialne pytania, w rodzaju, czy to możliwie, aby ktoś posiadał rozdwojony język?, jak się z tym czuje?, jakich stanów emocjonalno-cielesnych doznaje?, staną się motorem działania młodej dziewczyny. W poszukiwaniu odpowiedzi Lui nie zawaha się eksperymentować na własną rękę, dokonując modyfikacji swojego ciała poprzez piercing i tatuaż. Transgresja, przekraczanie, ale także transformacja, metamorfoza ciała, cielesności – to jedne z najważniejszych tematów, które (jak się zdaje) chciałaby (bo jedynie je sygnalizuje, a nie rozwija!) podjąć w swojej prozie Kanehara.

Niestety polskie tłumaczenie nie jest bezpośrednią translacją tekstu japońskiego, co niewątpliwie utrudnia odbiór utworu Hitomi Kanehary – nie wiemy, ile zostało zmienione w przekładzie na język angielski (tytuł na pewno zmieniono w wersji polskiej, w oryginale: 「蛇にピアス」 – Hebi ni piasu, po angielsku: Snakes and Earrings). Niemniej jednak na pierwszy plan wysuwa się język rozumiany dwojako – jako (wspomniana wcześniej) część ciała oraz jako „dźwięki” wydawane, emitowane przez poszczególnych bohaterów. Jeśli przyglądamy się drugiemu znaczeniu, a zatem jeśli analizujemy warstwę językową utworu, to nie sposób nie podkreślić lapidarności i ulotności zdań. Kanehara posługuje się zarówno językiem literackim, jak i wulgaryzmami, przy czym nie są to zbitki przypadkowo użytych „nieparlamentarnych” wyrażeń, ale celowe i świadome wprowadzanie ich w strukturę (językowego) świata Lui (wszak dziewczyna pochodzi z tak zwanego „normalnego” domu). Z czasem, wraz z wrastaniem bohaterki w nową przestrzeń, narasta natężenie wulgaryzmów.

Na uwagę zasługują kreacje głównych bohaterów: Lui, Amy oraz Shiby (prowadzącego salon tatuażu). Wzajemne relacje pomiędzy postaciami, zachodzące między nimi interakcje, zmierzające nieuchronnie ku śmiertelnym igraszkom, stanowią interesujący „element” rzeczywistości przetworzonej na kartach Języków i kolczyków. Stopniowe zatapianie się Lui (naszej osobliwej przewodniczki) w przestrzeni pozornie wyzwolonej przyczynia się do tragicznych wydarzeń. Nie ma bowiem winy bez kary, nie ma przyjemności bez konieczności zapłaty. Człowiek, podążający za swoimi wiecznie nienasyconymi żądzami, zbyt łatwo wchodzi na drogę przestępstwa, zbyt lekko odbiera zarówno swoje, jak i cudze życie…

Języki i kolczyki nie zachwycą tych, którzy pokochali Japonię wyłaniającą się z prozy Yasunariego Kawabaty czy Yukio Mishimy, bowiem Hitomi Kanehara penetruje ciemne strony życia współczesnych młodziutkich Japonek (nie wszystkich oczywiście!), pragnących wyrwać się ze schematycznej roli kobiety, ale jednocześnie, paradoksalnie, wpadających w kolejne konwencje. Nie jest to, co jasne, proza na miarę Kenzaburō Ōe – niepokojąca, ciemna, mroczna, ale przyciągająca zarówno swoim zamglonym pięknem, jak i grzesznym, zbrodniczym instynktem człowieka. Niemniej jednak Języki i kolczyki czyta się niezwykle szybko – niemal tak jak prędko mija życie kobiet zachłannych życia. Gdzieś po drodze gubią one swoje pierwsze fascynacje (często wyzwalające ich ducha z przyziemności) i popadają mimowolnie w… schemat.

——————
Hitomi Kanehara, Języki i kolczyki, przeł. z ang. Witold Nowakowski, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2007.

Autor: Luiza Stachura

Reklamy

13 thoughts on “Pokolenie zbuntowanych? Recenzja książki „Języki i kolczyki” Hitomi Kanehary

  1. Okładka mignęła mi kilka razy w księgarni i bibliotece, ale nie wiedzieć czemu uznawałam tę książkę za coś w typie pamiętnika wyzwolonej seksualnie nastolatki, ale Twoja recenzja świadczy o tym, że jest znacznie głębsza i ciekawsza.
    Podobnie jak Ty podchodzę podejrzliwie do tłumaczeń typu „głuchy telefon” (japoński->angielski->polski). Najwyraźniej w Polsce wciąż brakuje osób znających japoński na tyle dobrze, by podjąć się przekładu. Mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni.

    1. Czy głębsza? nie sądzę, ale ciekawa na swój sposób jest. Przede wszystkim dla tych, którzy interesują się (współczesną) Japonią^^

      Tak, niestety mało w Polsce japonistów, którzy podjęliby się tłumaczenia literatury – a szkoda, szkoda. Też mam nadzieję, że to się zmieni xD

      Pozdrawiam serdecznie!

  2. No, włączając się do dyskusji, ja tak bardzo pewna nie jestem, czy tu chodzi o ilość tłumaczy z japońskiego w Polsce, czy o wygodę pewnych wydawnictw. Hm.

    A książkę Kanehary przeczytałam, a i owszem, jednak więcej do niej nie wrócę. Do książki, ma się rozumieć, bo do samej autorki, sama nie wiem, może – gdy jakoś się zdarzy kiedyś, że w ręce sama wpadnie, bo pieniążków wydawać na nią zamiaru nie mam, nie mój gust. Choć szczerze zastanawiam się, bo nawet nie sprawdziłam – przyznam się – czy Kanehara coś jeszcze spłodziła, czy została gwiazdką jednego utworu. (Pewnie będzie to teraz za mną chodzić, aż nie sprawdzę ^^’).

    Pozdrawiam!:)

    1. Wygoda wygodą, ale tłumaczy japońskiej literatury wcale tak wielu nie ma (^_-)

      Ja bym chętnie coś jeszcze jej przeczytała (napisała, napisała!), a także po książkę „Keritai Senaka” Watayi bym sięgnęła (jak znajdę w wersji angielskiej, bo chyba na ten język został jej utwór przetłumaczony).

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie!^^

  3. Hm, ciekawe… Czytałam ostatnio o tych mambach i yamanbach w „Torii”, wcześniej jedynie tu i tam poczytywałam sobie o lolitach, które jawią mi się jednak jako grzeczne dziewczynki. A te gyaru to jak widać, zupełnie co innego… Dziwne lata 90. w Japonii, ja je znam tylko z rozwoju visualowego rocka, takiego jak np. Malice Mizer, gdzie w teledyskach i na koncertach zaczęło się pojawiać sado-maso, czarne lateksy, pejcze, mundury itp. Ale w muzyce to chyba jednak obecnie inaczej wygląda. Wydaje mi się, że w latach 90. młodzież poważniej podchodziła do tego, kim jest, i dlatego część się wykończyła – rozrywkowym stylem życia lub używkami. Teraz, mam takie wrażenie, większość mrocznego wisualu to tylko zabawa i przebranie. Część pewnie też nieźle baluje, jak zawsze w rock and rollu, ale większość chyba przede wszystkim zarabia pieniądze.

    Zastanawiam się, czy się rozejrzeć za tą książką. Bo chciałabym poczytać o kulturze młodzieżowej lat 90., ale nie interesuje mnie czytanie czegoś, co epatuje skrajnościami. Bo skrajności są wszędzie i moim zdaniem na ich podstawie można wysnuć fałszywe wnioski co do charakteru tej dekady.

    Pozdrawiam :-)

    1. Lata 90. XX wieku były trudne dla Japończyków i – z naszej perspektywy – rzeczywiście jawią się jako dziwne, ale to wymaga osobnego omówienia różnych aspektów. Trzeba będzie poczytać o tym więcej xD

      Tak, zgadza się – teraz visual jest dobry jedynie jako towar (sporo młodych Japonek to kupuje – dosłownie i w przenośni (^_-)), nie idea. Chociaż, oczywiście, nie mogę tego powiedzieć o wszystkich j-rockowcach.

      Nie sądzę, aby książka Kanehary dotykała skrajnych, ekstremalnych wypadków. Raczej jest wprowadzeniem pewnych motywów, zasygnalizowaniem ich itp., zatem może posłużyć jako wstęp do „badania” tej tematyki (czyli lat 90. XX wieku).
      Polecam Ci „Koniec święta” – o wcześniejszych pokoleniach (o pokoleniu Murakamiego właściwie) xD

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie!^^

      1. Właściwie najbardziej interesuje mnie to pokolenie Japończyków, które ma teraz 37-45 lat. Ci, którzy w latach 90. byli młodzi, weszli w świat rozrywki, muzyki i eksperymentowali ze strojami, fryzurami, brzmieniami, oni stali się ikonami dla tych, którzy tworzą teraz rocka. Szczególnie też dlatego, że oni podjęli pewne hm, idee czy też motywy, które pojawiły się już wcześniej, wcielili je w życie, w siebie. Nie umiem tego napisać, bo raczej bardziej to wyczuwam, niż coś wiem na ten temat. Tak, trzeba coś o tym poczytać… :-)) Chodzi mi o to, że pewne stare elementy – takie jak onnagata, bishounen – przedstawili na nowo we współczesnej atrakcyjnej, choć nierzadko kontrowersyjnej wersji, dodali do tego trochę gotyku, trochę wampiryzmu, wymieszali z elementami dawnej kultury europejskiej, i te dawne role odżyły. Do tego stopnia, że znany nam Gackto wygląda jak wyjęty z mangi bishounen – i trudno już stwierdzić, czy to postacie z anime wyglądają jak on, czy on jak te postacie. A tradycyjny onnagata z teatru kabuki nierzadko wywija na gitarze elektrycznej w zespołach vishualowych. Te lata 90. po prostu wniosły nowe lub odnowione elementy do popkultury i to mnie interesuje :-)

  4. Książka może i nie jest o pięknym życiu, ale zaciekawiłaś mnie, więc i tak kiedyś ją przeczytam. Cóż po „Księżycu yakuzy” i tak nic chyba mnie już nie ruszy, ale się przekonamy (^.^)

  5. Miriel, zgadzam się z Tobą w zupełności. To pokolenie również i mnie interesuje, między innymi z tych względów, które wymieniłaś.

    Ogólnie „japońskość” (w znaczeniu: estetyka japońska) w dzisiejszej Japonii jest zjawiskiem ciekawym, niejednoznacznym – sami Japończycy reinterpretują i redefiniują wiele kategorii ze swojej estetyki. Pewne wzorce na nowo ożywają (w popkulturze, ale i w kulturze też!) – czy to w zespoleniu z europejsko-amerykańskimi albo (np.) z chińskimi elementami.

    „Wyczuwanie”/”odczuwanie” pewnych zjawisk, jeśli chodzi o odrębną kulturę (a w szczególności taką jak japońska), jest jak najbardziej na miejscu – od tego się zaczyna, z czasem przychodzi wiedza. Chyba każdy, kogo „coś” w Japonii zafascynuje, przeważnie kieruje się tym, co odczuwa/wyczuwa/przeczuwa. Później ewentualnie sięga po publikacje na ten temat.

    Cieszę się (?), że w taki sposób podchodzisz do dzisiejszej Japonii (dlatego też podoba mi się Twój blog – jest w nim widoczna ta pasja i ciekawość pewnych zjawisk, ale nie chwilowa, ulotna i krucha pasja – wręcz przeciwnie xD)

    Oczywiście! To ciekawy punkt: na ile wizerunek np. Gackta wpływa (wpływał?) na japońską (pop)kulturę współczesną (jeśli mogę w tej chwili tak uprościć). Z drugiej jednak strony: ciekawe, na ile to właśnie m&a wpływała/wpłynęła na wizerunek artystów?

    Dziękuję za inspirujące uwagi! Pozdrawiam serdecznie!^^

  6. To mi przywodzi na myśl książkę Kathe Koji „Skóra”. Polecam serdecznie, a przy okazji wydaje się być ciekawsza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s