Rzut kośćmi. Kilka słów o „Eksplozji” Jerzego Franczaka

Czy wszystko to rzut kośćmi (który „nigdy nie zniesie przypadku”*), ślepy traf, los wyciągnięty na wielkiej loterii świata, aleatoryczność w procesie „(s)twórczym”, konieczności, koincydencje, przemyślany przez demiurga albo Absolut ściśle realizowany plan, otwarta niezapisana księga? Eksplozja"Wybierz dla siebie, na własny użytek iskrę kierującą, łączącą i rozdzielającą, krzyżującą i odwracającą, przewracającą, przekształcającą, tasującą. Albo wciąż poszukuj, przemierzaj czasoprzestrzenie, różne światy, by odkryć tajemnicę, odsłonić prześwity napięcia między nicością a istnieniem.

Pisarz, literaturoznawca Jerzy Franczak (ur. 1978) poprzez wydaną w 2022 roku „Eksplozję”, (można zaryzykować twierdzenie, że) eksperymentalną powieść zaprasza czytelnika do antropologicznej gry, tyleż literacko-językowych, ile kulturowych szarad. Skonstruowana z licznych detali (istna „detalioza”, ta drobiazgowość w rejestrowaniu i opisywaniu!), elementów (pop)kulturowych transponowanych z rzeczywistości do literatury, patchworkowa, (de)kolażowa, wysłowiona rozmaitymi (szeroko pojętymi) językami współczesności opowieść zaczyna się od tytułowego (domniemanego) wybuchu w krakowskiej winiarni. Narrator na wstępie przewrotnie podsuwa jeden z potencjalnych tropów – ot, za sprawą Filipa, niedoszłego pisarza, nastąpiła eksplozja. Ale taśmę trzeba cofnąć. Wrócić do wcześniejszych kadrów, których czytelnik-(p)o(d)glądacz nie miał okazji poznać. Należy przyjrzeć się ofiarom – nieszczęśnikom, którzy właśnie wybrali się w piątkowy wieczór do tego lokalu. Czym się kierowali? Trzeba prześwietlić ich myśli, słowa, czyny. Zrekonstruować przeszłość, znaleźć źródło, (pra)przyczynę. Przekopać się przez przeszłość nie tylko bohaterów, ale również ich przodków, zrobić istny pochód, korowód protoplastów. Czy to sploty historii krewnych, skoligaconych ludzi, wpisanych nie tylko w linie po mieczu i po kądzieli, ale i pokątne wymiary, zaułki przeszłości, przyczyniły się do tego, że znaleźli się właśnie tu i teraz, o tej porze? Igraszka fatum, a może… Ale o tym za chwilę. Teraz czas na aktorów przedstawienia, którzy utknęli w tej wyrafinowanej „pułapce wiecznej chwili” [s. 91]. Czytaj dalej

Antroponomastyka. Kilka słów o książeczce „Podbipięta, czyli co się kryje w nazwiskach” Michała Rusinka

Młodsi i starsi eksploratorzy lingwistycznych przestrzeni zagłębiają się niekiedy w jeden z działów onomastyki, badającej nazwy własne – antroponomastyki, która zajmuje się nazwami osobowymi (antroponimy), czyli między innymi: imionami, nazwiskami, przydomkami czy przezwiskami i pseudonimami. Michał Rusinek, "Podbipięta, czyli co się kryje w nazwiskach"Na początek na własny użytek oglądają ze wszystkich stron swoje imię i nazwisko, by odczytać zakodowane w nich znaczenia, odniesienia, aluzje. Z czasem pasja badawcza może się rozrosnąć i dekodować zaczną kolejne nazwy.

Literaturoznawca, tłumacz i pisarz Michał Rusinek (ur. 1972) w kolejnej ze swoich książek dla (naj)młodszych podróżników po językowych (czaso)przestrzeniach sięga po nazwiska i to, co (albo kto!) się w nich maskuje. Publikację „Podbipięta, czyli co się kryje w nazwiskach” rysunkami uzupełniła graficzka i ilustratorka Joanna Rusinek. Tylko szkoda że kilka stron nie jest w jaśniejszych kolorach albo odcieniach, bo tekst i tło trochę się zlewają. Zawarte treści skonsultowane zostały z językoznawcą, dialektologiem, leksykografem Arturem Czesakiem. Wbrew pozorom nie jest to książeczka wyłącznie dla dzieci i młodzieży, ale również bardzo ciekawy wstęp dla starszych czytelników i dobry impuls, by przebudzić w sobie dociekliwego detektywa językowego. Czytaj dalej

(Z)Manipulowani. Kilka słów o „Niestandardowych” Michała Pawła Urbaniaka

Obok wyedytowanych, wyretuszowanych, wygładzonych twarzy i ciał w przestrzeni publicznej pojawiają się blizny, rany, skazy, okaleczone ciała. Michał Paweł Urbaniak, "Niestandardowi"Pomysł na promocję urealnionego, autentycznego wizerunku nierzadko ulega wykoślawieniu, przeobrażeniu w kolejny produkt, wyznacza jakąś modę, głośne hasła i slogany są farmazonami odkształcającymi świat. I znów za ich sprawą rozpoczyna się następna afer(k)a koperkowa dotycząca piękna i brzydoty oraz ich obecności w mediach czy życiu codziennym. Tymczasem antydotami na rzeczywistość zniekształcaną przez cudze narracje, odtrutkami na manipulacje-żonglerki słowami i gestami okazać mogą się uważność i nieporównywanie się.

Dwudziestoośmioletni Wiktor Porocha siedzi sobie z gazetą w parku na ławce. Zagaduje go sporo starsza od niego kobieta z aparatem fotograficznym i prosi o możliwość zrobienia mu zdjęcia, gdyż jego „oblicze” okazało się dla niej „urzekające”. Poirytowany młody mężczyzna w końcu się zgadza. Po odejściu nieznajomej zaczyna rozmyślać nad jej słowami dotyczącymi sztuki i tego, że jest ona najważniejsza. Nie może wyrzucić z głowy tajemniczej kobiety. Stopniowo odkrywa jej tożsamość – to fotografka i artystka Liwia Gawlin. Zafascynowany, przyciągnięty jej magnetycznością zaczyna wchodzić głębiej w jej świat. Odsłania przed nią swój największy kompleks – poparzone nogi. Jakiś czas temu jego bratanek wylał wrzątek na nogi Wiktora, a nieudolne próby pomocy rodziny skończyły się większymi niż mogłyby być bliznami zarówno fizycznymi, jak i psychiczno-emocjonalnymi. Władcza, nieznosząca sprzeciwu Liwia Gawlin, manipulując jego uczuciami i wykorzystując brak poczucia wartości chłopaka, przekonuje opornego Wiktora, by dla sztuki odsłonił swoje oszpecone ciało i wziął udział w jej projekcie. Mężczyzna porzuci swoich znajomych, odetnie się od dotychczasowego życia, by podążyć za wielbioną przez niego kobietą. Bolesne i drastyczne zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością i autentycznymi intencjami Gawlin popchnie Wiktora do ostateczności. Nie tylko jego jednak kobieta (po)traktuje instrumentalnie… Czytaj dalej

Zważ na to, co sobie zażyczysz. Kilka słów o pierwszym tomie „Książki pełnej Magii” Alicji Szulborskiej – „Tajemnica Zielonego Gaju”

Z podziękowaniami i życzeniami powodzenia w kreowaniu literackich światów dla Alicji

Chodź ze mną tam, gdzie róże skrywają wejście do sekretnego królestwa. Alicja Szulborska, Książka pełna Magii, tom 1: Tajemnica Zielonego GajuW tej pięknej, wielobarwnej i pełnej melodii przestrzeni nasze marzenia (od)zyskają blask. I chociaż przyjdzie nam wrócić do zmagań z codziennością, to nikt nie zabierze nam możliwości odnalezienia kolejnego przejścia do onirycznej krainy.

W Zielonym Gaju pełno jest tajemnic. Lipcowe dni uchylą wybrane sekrety. W zieloności przestrzeni prześwitywać będą odpryski magii. Czterech chłopców z rodziny Nowaków zapragnie zdobyć skarb ukryty przez legendarnego gnoma o imieniu Tuli. A ten tymczasem wyczuwając zbliżające się niebezpieczeństwo, decyduje się na rejteradę. Emilka zechce wyrwać się z rodzinnej wsi, gdzie czeka ją przewidywalna, przyziemna przyszłość na gospodarstwie rolnym. Swoim pragnieniem jednak uruchomi lawinę niezwykłych wydarzeń. Otóż pewnej nocy nad Zielonym Gajem pojawi się spadająca gwiazda Chichotka. Emilka ponaglana przez dziadków w myślach sformułuje życzenie. Ale nie będzie wiedziała, że rezolutna gwiazdka postanowi je spełnić. Niedługo po tym pozornie drobnym epizodzie dziewczynka zacznie nieświadomie wyzwalać magię poprzez pisanie swojej książki, w której odzwierciedli się, rozbłyśnie jeden z wymiarów rzeczywistości – Kraina Marzeń. W tym czarownym miejscu Chwila traci swoje drogocenne Marzenia, co doprowadzić może do jej anihilacji. Chyba że ktoś ją ocali… Czytaj dalej

Rany. Słów parę o „Rdzy” Jakuba Małeckiego

W tym kruchym świecie, gdzie odłamki wspomnień dryfują ku otchłani, przepaści niepamięci, przechowam twój uśmiech i twoje łzy, marzenia i obawy. Tak długo, jak ślad po moim istnieniu nie zniknie.

2002 rok, Chojny. Siedmioletni Szymek bawił się z kolegą Budzikiem, układając monety i inne drobne przedmioty na torach. Chłopiec niecierpliwie czekał u babci Tosi na przyjazd swoich rodziców, którzy wybrali się na koncert. Ale zdarzył się wypadek i jego mama z tatą zginęli. Zdezorientowany chłopczyk zamieszkał z babcią. Musiał wejść w nowy porządek, uczyć się innej od znanej mu dotychczas rutyny poszczególnych dni. Czytelnik podgląda sceny nie tylko z jego dorastania i wchodzenia w dorosłość, lecz także Tosi, która w roku wybuch drugiej wojny światowej była dziewczynką, prawie w tym samym wieku, co teraz jej wnuk.

W 2017 roku Jakub Małecki (ur. 1982) opublikował utwór „Rdza”, obyczajową powieść z elementami Bildungsroman, historii o dorastaniu, dojrzewaniu, starzeniu się, rozrachunku, rewizji dotychczasowego życia, odtwarzania przeszłości, przywoływania fragmentów wspomnień i przyglądania się im z odmiennej perspektywy, układania na nowo, odtwarzania i przetwarzania, można nawet powiedzieć, że swego rodzaju „odrdzewiania”. To także powieść inicjacyjna. Czytaj dalej

Inny wymiar rzeczywistości. Kilka słów o publikacji „Bestiariusz japoński. Yōkai” Witolda Vargasa

W wierzeniach ludowych pełno jest zjawisk i istot nadprzyrodzonych, zarówno tych, które pomagają człowiekowi, jak i nastawionych wobec niego wrogo, czyhających na jego zdrowie czy nawet życie. Witold Vargas, "Bestiariusz japoński. Yōkai"Jeśli podążysz za śladami pozostawionymi przez karnawałowy pochód demonów, duchów, zjaw, artefaktów o nadnaturalnych zdolnościach, jeśli dostrzeżesz efekty ich ingerencji w twój świat, otworzy się przed tobą inny, wcale nie pokątny wymiar (przerażającej) rzeczywistości. Ale… może jednak lepiej, żeby to były tylko sny, marzenia czy przedstawienie w teatrze wyobraźni?

Pisarz, ilustrator i muzyk Witold Vargas znany przede wszystkim jako autor bestiariuszy słowiańskich, podczas promocji pierwszej książki z tej serii na Pyrkonie zawędrował na prelekcję o kulturze Japonii. Tam zetknął się z dziewczyną, która pragnęła, by yōkai istniały także w Polsce. Kilka lat później gościł u siebie Japonkę i o niej otrzymał książkę o yōkai. Powrócił wtedy myślami do konwentu i marzycielki o japońskich istotach nadprzyrodzonych – oba wydarzenia sprawiły, że zapragnął polskim czytelnikom pokazać podobieństwa między japońskimi a słowiańskimi bytami nadprzyrodzonymi, o czym pisze w słowie wstępnym do „Bestiariusza japońskiego. Yōkai”. Postanowił stworzyć „ministudium komparatystyczne”, a zatem zestawić wybrane yōkai z ich słowiańskimi odpowiednikami – wszak ludzie bez względu na narodowość pewne doświadczenia mają wspólne, tworzą na ich bazie podobne motywy. Tłumaczy też autor wybór słowa „bestiariusz”, które we współczesnym znaczeniu nie jest adekwatne do yōkai, ale jeśli sięgnąć po średniowieczne rozumienie, to sprawa wygląda inaczej – przypomnijmy, że ówczesne bestiariusze były spisami zwierząt autentycznie istniejących oraz uznawanych za realne jak przykładowo bazyliszek. Vargas zasięgnął także pomocy japonistki Renaty Iwickiej, autorki „Źródeł klasycznej demonologii japońskiej”*. Czytaj dalej

Taniec. Myśli parę o „Święcie ognia” Jakuba Małeckiego

Wielowymiarowa przestrzeń do wyrażania myśli i emocji to labirynt. Jakub Małecki, "Święto ognia"Kolejne korytarze prowadzą w kierunkach choćby języków, gier słownych, neologizmów, idiomów, metafor, żonglerek znakami, elementami i detalami świata, kodów, gestykulacji, mimiki, dźwięków czy tanecznych kroków, nie mówiąc o szumach, szelestach albo zgrzytach rzeczywistości. Ale bądź uważny, bo w tym bezmiarze łatwo jednak się zgubić i nie znaleźć na czas wymiaru, w którym możliwe będzie wyrażenie siebie i porozumienie z innym(i).

Dwudziestoletnia Anastazja Łabendowicz ma „poroże mózgowe”, czyli porażenie mózgowe. Opiekuje się nią ojciec, Leopold. Czasem pomaga też ukochana siostra, jedyna, która rozumie, co Nastka komunikuje-mówi, trzydziestoletnia baletnica, tancerka Polskiego Baletu Narodowego Łucja, która marzy o roli solistki i wytrwale trenuje. Dlatego gdy pojawia się szansa na rolę w mało znanym balecie z 1902 roku „Święto ognia”, młoda kobieta stawia sobie za cel zdobycie jej. Tymczasem ojciec młodych kobiet próbuje nadal odnaleźć najoptymalniejszy sposób myślenia o bolesnej przeszłości – sposób, który nie będzie kolejnym substytutem bliższym rejteradzie. A Nastka obserwuje i na swój sposób eksploruje świat. Czytaj dalej

„Sen ogrodów”. Słowo o utworach z antologii „Opowieści niesamowite z języka polskiego”

W mrokach przestrzeni rozrastają się sny. Rozpylają mgłę, rozpraszają dźwięki, przydymiają rozbłyski, grają światłem i cieniem, kreując teat(k)rzyk. "Opowieści niesamowite (5) z języka polskiego"Przypadkiem możesz w takich nakładających się na siebie dekoracjach, ornamentach, prowizorycznych detalach i przemyślanych układach elementów zobaczyć coś albo kogoś, kto przypomni ci duchy (z) przeszłości, minione idee, wizje, myśli. Granica między realnością a onirycznością zacznie się zacierać. I choćbyś krzyczał, miotał się, rozrywał zasłony snu, nie znajdziesz tak łatwo wyjścia.

Z cyklu opowieści niesamowitych pisanych w różnych językach odnajdziemy także rodzime historie. Kilkadziesiąt utworów dwudziestu dwóch polskich twórców Piotr Paziński wybrał do piątego tomu z cyklu „Opowieści niesamowite”. To antologia pełna dziwów, mar, czarownic, niepokojących dźwięków, zgrzytów (nie)rzeczywistości, szumów, sennego dryfowania, niewytłumaczalnych zjawisk, tajemnic świata, ale także prestidigitatorów, kuglarzy rzeczywistości czy hochsztaplerów. Opowiadania, nowele, szkice literackie zostały ułożone względnie chronologicznie – począwszy od autorów oświeceniowych, preromantycznych, skończywszy na dwudziestowiecznych twórcach. Utwory poprzedzone zostały wstępem Pazińskiego – „Gotycyzm cudzy i własny”. Czytaj dalej

Tajemnice. Kilka słów o „Meksykańskiej hekatombie” Wojciecha Kulawskiego

Z podziękowaniem dla Wojciecha

Ten świat jest zdumiewający. Zachwycająco-przerażający. Kryje znaki, szyfry, zakodowane w przestrzeni przekazy, sekretne przejścia między wymiarami.

Szwajcarski archeolog Tim Mayer jedzie na wakacje ze swoim przyjacielem Dariem Argentem do Meksyku. Wojciech Kulawski, "Meksykańska hekatomba"Co prawda, miała z nimi wybrać się jeszcze narzeczona Tima, Laura Cologne, ale jej wybranek postawił ją przed faktem dokonanym, a ona ze względu na obowiązku zawodowe nie mogła z dnia na dzień otrzymać wolnego w pracy. Tymczasem w tajnym ośrodku badawczym w Meksyku, niedaleko kompleksu turystycznego, gdzie przebywają Tim i Dario, realizowany jest projekt Genius, w ramach którego prowadzone są amerykańsko-meksykańskie badania nad genami. Z uwagi jednak na impas oraz marginalizowanie i odsunięcie części naukowców Stany Zjednoczone decydują się na zakończenie umowy z Meksykiem. Zerwanie współpracy nie przebiega w spokoju, co oczywiste. Tym bardziej, że kraj zmaga się z kartelami narkotykowymi, a wysoko postawieni politycy wykorzystują zamieszanie, by wyciągnąć jak największe korzyści dla siebie. W czasie, gdy rozgrywają się te zakulisowe działania, rozważane są propozycje sprzedania wyników badań i rozpoczyna się zbrojne przejęcie kontroli nad ośrodkiem badawczym, na hotel… spada meteoryt. Zdumiewa fakt, że dwadzieścia pięć lat temu w to samo miejsce już uderzył meteoryt. Władze Meksyku zarządzają kwarantannę dla osób przebywających na terenie kompleksu turystycznego, zamiast prowadzić akcję ratunkową i wydobywać ludzi z przysypanego budynku. Pojawia się podejrzenie, że meteoryt mógł przyczynić się do skażenia ludzi. Poszczególne elementy w pewnym momencie zaczynają się układać w przerażającą całość. Czytaj dalej

„Muzeum dusz”. Słów parę o „Szpitalu Przemienienia” Stanisława Lema

W labiryncie idei rozbłyskują i gasną wizje, intelektualne szarady, efekty licznych gier elementów świata. Stanisław Lem, "Szpital Przemienienia"W zależności od konfiguracji, stopnia nasycenia, oświetlenia, przemieniać się będą niczym w kalejdoskopie, opalizować znaczeniami, otwierać nowe drogi myślom, dryfować po morzu możliwości. Ale u wielu z nich obnaży się kryjącą się w nich pustka, gdy zedrze się maski, oddzieli dywagacje od rzeczywistości, słowa od czynów.

Luty 1940 roku. Stefan Trzyniecki niechętnie jedzie do Nieczaw w zastępstwie chorego ojca na pogrzeb wuja. Przypadkiem spotyka Stanisława Krzeczotka, kolegę ze studiów medycznych, który namawia go, by rozpoczął pracę w tym samym sanatorium co on, czyli w szpitalu psychiatrycznym w Bierzyńcu. Początkowo oporny Stefan zrządzeniem losu, a niekoniecznie z własnego przekonania podejmuje posadę lekarza. W czasie swojej praktyki poznaje różne osobowości, światopoglądy, prowadzi niekiedy filozoficzne dyskusje. Echa wojny i okupacji polskich terenów przez Niemców początkowo w nieznaczny sposób docierają do szpitalnej społeczności. Ale któregoś dnia brutalnie wkroczą do mikroświata sanatoryjnego i obnażą skrywane cechy lekarzy. Czytaj dalej