„Życie minęło jak sen”. Parę słów o „Oczekiwaniu” Ha Jina

Zastanawiałeś się kiedyś, co będzie, gdy otrzymasz to, czego oczekiwałeś przez lata? Bo przecież wyśniony moment, gdy już przybliży się na tyle, że będziesz mógł go poczuć, dotknąć, (za)chwycić, urzeczywistnić, po procesie przeistoczenia z fazy projektu w to, co dokonane, może cię rozczarować. Może utracić blask, okazać się czymś niewartym tego czekania, tych łez, wysiłków, wyrzeczeń. Oczekiwanie"Co wtedy zrobisz?

Jak co roku od kilku lat Kong Lin, oficer pracujący jako lekarz w szpitalu wojskowym w mieście Muji, jedzie do rodzinnej wsi, gdzie mieszka jego prosta, pracowita i zaradna żona Shuyu oraz córka Hua. Mężczyzna kolejny raz próbuje doprowadzić do rozwodu z Shuyu, by związać się z pełną uroku przełożoną pielęgniarek Wu Manną. Ale za każdym razem jego plan jest sabotowany. Jedynym wyjściem wydaje się czekanie, aż – w związku z wprowadzonymi regulacjami w 1958 roku – po 18 latach separacji będzie mógł uzyskać rozwód nawet bez zgody małżonki. Jak jednak umykający czas odmieni męża, żonę i przyjaciółkę?

Chińsko-amerykański pisarz i poeta Jin Xuefei (ur. 1956) publikuje swoje utwory w języku angielskim pod pseudonimem Ha Jin. Przebywał na stypendium w Stanach Zjednoczonych, gdy miała miejsce masakra na placu Tiananmen (1989) i po tym wydarzeniu zdecydował się na emigrację. W 1999 roku opublikował powieść „Oczekiwanie”, w której porusza tematy związane przede wszystkim ze świadomym budowaniem rodziny, z małżeństwem, miłością, zadurzeniem, zauroczeniem, zdradą. Podejmuje rozważania o idealizacji relacji między kobietą a mężczyzną, wizji idyllicznej, iluzorycznej, pełnej pasji i fascynacji, olśnień i ekscytacji codzienności w małżeństwie. Tymczasem konfrontacja, zwłaszcza po latach, planu z rzeczywistością nierzadko roztrzaskuje się, rozpada na kawałki. Czytaj dalej

„Życie jest szczęściem, a śmierć przeznaczeniem.” Słów parę o „Narodzinach bohatera” Jin Yonga

Wystarczy iskierka, jeden drobny gest, by wyzwolić ciąg (nie)przewidzianych sytuacji, (nie)zwykłych okoliczności, (nie)uniknionych spotkań. Przemierzanie kolejnych etapów, zdobywanie artefaktów, budowanie drużyny sojuszników, przekraczanie granic (nie)możliwości, wzrost siły i rozwijanie umiejętności – jak w grze – będą elementami-pierwiastkami potrzebnymi do rozwiązywania czasoprzestrzeni, odkrywania kart przeznaczenia, a może… przypadku, losowego rzutu kośćmi.

Dwunasty wiek. W Krowiej Wiosce na południu Chin Guo Xiaotian oraz Yang Tiexin, potomkowie walecznych wojowników z armii legendarnego Yue Feia, mieszkają ze swoimi żonami i sekretnie ćwiczą się w sztukach walk, licząc, że kiedyś północne tereny zostaną odbite z rąk Dżurdżenów, założycieli dynastii Jin. Narodziny bohatera"Ale nie oni jedni znaleźli tu schronienie, bo i choćby niepozorny Qu San. Pewnego śnieżnego wieczoru Guo i Yang zauważają, że przed ich domami przemyka taoistyczny mnich. Gościnni mężczyźni zapraszają nieznajomego, by ogrzał się u nich. Nie wiedzą jednak, że za sprawą mistrza Changchun ze Szkoły Doskonałej Prawdy, aroganckiego i zadziornego Qiu Chujiego, doświadczą przerażających wydarzeń, drastycznie odmieniających losy obu rodzin.

Chiński i hongkoński pisarz Zha Liangyong (1924-2018) publikował swoje utwory prozatorskie i eseistyczne pod pseudonimem Jin Yong. Specjalizował się w „wuxia xiaoshuo”, czyli literackich opowieściach o przygodach i perypetiach walczących bohaterów (武俠, wuxia – sztuki walki). W codziennej gazecie 香港商報 między styczniem 1957 rokiem a majem 1959 rokiem ukazywały się kolejne odcinki, które złożyły się później na tom otwierający trylogię (oryg. 射鵰三部曲). Polski tytuł pierwszej części to „Narodziny bohatera” (oryg. 射鵰英雄傳). I jest wyśmienitą, rewelacyjną powieścią przygodową o reprezentujących rozmaite szkoły i style mistrzach sztuk walk oraz – a może przede wszystkim – ich adeptach. Czytaj dalej

„Obcemu nie mów więcej niż jedną trzecią prawdy, / Odsłaniać przed nim serca roztropność nie dozwala.”* Słów kilka o wyborze chińskich utworów z X-XVII wieku „»Wesołe przygody Leniwego Smoka« i inne opowiadania”

Dobroć i szlachetność jaśnieją prawdziwym, niezakłamanym światłem. Nie jest spektakularne, pełne fajerwerków, obietnic, przysiąg. Zaczniesz je dostrzegać choćby wtedy, gdy poznasz sztuczki kuglarzy, ich fałszywy blask, pozłotę, połyskujące sztuczne uśmiechy, piękne słówka zwodzące i uwodzące, by cię wykorzystać albo poniżyć.

„»Wesołe przygody Leniwego Smoka« i inne opowiadania”W 1960 roku ukazało się w języku polskim dziewięć chińskich opowieści wywodzących się z tradycji oralnej, powstałych między X a XVII wiekiem. Zamieszczono je w zbiorze o wdzięcznym, chociaż zwodzącym nieco czytelnika tytule »Wesołe przygody Leniwego Smoka« i inne opowiadania”. Utwory zaczerpnięto z dwóch chińskich antologii – jak zaznacza w króciutkiej przedmowie Teresa Lechowska. Przekładu na język polski dokonano z angielskiego wydania „The courtesan’s jewel box”, opublikowanego w roku 1957, zawierającego opowieści w tłumaczeniu Yang Xianyia (1915-2009) i jego żony, brytyjskiej tłumaczki Gladys Yang (1919-1999). Pomijając pośredni przekład, to dodatkowo w polskiej wersji utwory zostały zretuszowane. Autorka wstępnego słowa zaznacza, że pozbawiono je anegdot wymagających zbyt wielu objaśnień.

Wbrew pozorom przedstawione w polskiej edycji historie w zasadzie z wyjątkiem ostatniej nie są komiczne, magiczne, urokliwe. To raczej okrutne bajki, baśnie i legendy o walce dwóch przeciwstawnych pierwiastków w człowieku – dobra i zła. Opowieści nie pełnią funkcji tylko ludycznej, nie mają służyć wyłącznie rozrywce, ale także czy może przede wszystkim pełnią funkcje pouczającą i poznawczą. (Nie tylko chińscy) bajarze, gawędziarze najczęściej pod kostiumami atrakcyjnych historii, pełnych zwrotów akcji, dynamicznych wydarzeń, niesamowitych zbiegów okoliczności, barwnych przygód, przekazywali słuchaczom prawdy moralne, przestrogi, nauki, uwrażliwiali ich, wskazywali, by pielęgnować szlachetność, prawość, dobroć i życzliwość. Czytaj dalej

Autokreacyjny bełkot. Słówko o „Poślubić Buddę” Zhou Weihui

W cudzych narracjach odnajdujesz cząstki „ja”, jakby ktoś je wykradł i opisał, wystawiając tym samym na widok publiczności. Ale to autowiwisekcja uczuć, publiczna konfesja, ekshibicjonizm emocjonalny zdecydowanie bardziej niż ten fizyczny, cielesny, jest wrażliwy na ocenę innych. Nie zdradzaj zbyt wiele w wyznaniach. Pozostaw kluczowe elementy dla siebie, zaszyfruj opowieść o „ja” w różnych językach rzeczywistości.

Poślubić Buddę"Dwudziestodziewięcioletnia Coco po rozstaniu z kochankiem Muju wraca z Nowego Jorku do Szanghaju. Długo jednak nie wytrzymuje w dynamicznej metropolii, wśród pędzących ludzi, toteż wyjeżdża na wyspę Putuo, gdzie znajduje się wiele świątyń, sanktuariów, klasztorów. Tam się urodziła, gdy jej rodzice przed planowaną datą porodu udali się na wysepkę, by modlić się o pomyślność dla dziecka. Powrót do symbolicznych korzeni, praźródła, spotkanie z ponad stuletnim mnichem Mistrzem Pustej Natury staną się dla Coco okazjami do rewizji dotychczasowego życia, zwłaszcza ekstatycznych, wybuchowych relacji z mężczyznami.

Po wydanej w 1999 roku (dwa lata później ukazało się angielskie tłumaczenie) częściowo autobiograficznej książce „Szanghajska kochanka”, przynoszącej popularność i rozpoznawalność (chyba dlatego, że w Chinach powieść była na liście zakazanych) młodej Chince Zhou Weihui (ur. 1973), w 2005 roku opublikowano kolejną część perypetii erotyczno-pisarskich Coco – „Poślubić Buddę”. Autorka okazała się literacką hochsztaplerką, kuglarką, mniej czy bardziej zręcznie wplatając w niskiej jakości pornograficzną, niekiedy obsceniczną, wulgarną opowieść elementy łudzące grę ze schematami, rozbijające skostniałe formy, imitujące, że jest w niej coś więcej niż szczegółowe opisy seksu i rejestrowanie kolejnych płytkich relacji. Czytaj dalej

Wersje „ja”. Słów kilka o zbiorze opowiadań „Nie mam własnego imienia” Yu Hua

Pomiędzy twoimi narracjami, w potoku postaci i słów, w zawirowaniach linii czasowych, w różnych wymiarach przestrzeni może czasem pojawię się ja. Cienie, lekkie zarysy, szkice, warianty mnie przepłyną przez opowiadaną przez ciebie historię. Yu Hua, "Nie mam własnego imienia. Opowiadania"Będą prze(y)glądać się (w) sobie, multiplikować, kalejdoskopowo zmieniać. I tylko ja rozpoznam te cząstki, wersje mnie o różnych imionach.

Dwadzieścia jeden opowiadań z lat 80. i 90. XX wieku chińskiego pisarza Yu Hua (ur. 1960), znanego polskim czytelnikom z powieści „Żyć!”, „Kroniki sprzedawcy krwi”, „Krzyk w deszczu” i wspomnieniowych „Chin w dziesięciu słowach”, ukazało się w 2019 roku pod tytułem „»Nie mam własnego imienia«. Opowiadania”. Wczesne narracje Yu Hua są bardzo dobrym, niezmiernie interesującym i intrygującym eksperymentowaniem, żonglerką motywami, zabawą z konwencjami, grą z czasoprzestrzenią (zakrzywianiem jej, zaburzaniem linearności), (prze)meblowaniem i (prze)tworzeniem fikcyjnych światów, niekiedy onirycznych, baśniowych, innym razem nacechowanych absurdem, groteską, czarnym humorem, makabreską, czasem dusznych, parnych ogrodów, innym razem lodowych królestw (nota bene, odnaleźć można choćby echa prozy Franza Kafki). Pojawią się również elementy naturalizmu. Utwory z lat 90. XX stulecia zmierzają w kierunku realizmu i dla czytelników przyciągniętych literackim testowaniem, (de)konstruowaniem, rozbijaniem narracji, wybijaniem z automatyzmu percepcji – co obecne jest we wcześniejszych opowieściach – nie byłoby to dużym rozczarowaniem, gdyby nie to, że Yu Hua przerabia-przetwarza (przepoczwarza) w dużej mierze jeden schemat, (nad)produkuje jego warianty. Mowa o związku mężczyzny z kobietą oraz o zdradzie – zarówno rzeczywistej, jak i wymyślonej, wmówionej, będącej wygodnym pretekstem do tyleż przepracowania problemów w relacji, ile do rozstania się, odejścia, realizacji dramatycznego pragnienia ucieczki, rozpaczliwej rejterady, gdy odkryło się, że związek z konkretną osobą nie jest tym, czego się chce. Ale zdradę dobrze jest pojmować w kontekście opowieści Yu także szerzej – jako porzucenie przyjaźni czy ideałów. Takie odczytanie pozwoli na lepsze wybrzmienie bardziej zawoalowanych tonów. Czytaj dalej

Trzy po trzy. Słówko o „Zamianach” Mo Yana

„Tylko nie denerwujcie się, czytelnicy, że plotę trzy po trzy – tych poplątanych wspomnień mam w głowie po prostu za dużo i rzecz nie w tym, że koniecznie chcę je spisać, ale że one same siłą rwą się na zewnątrz.” [s. 21]

Chiński pisarz Mo Yan (właśc. Guan Moye, ur. 1955), znany polskiemu czytelnikowi między innymi z „Krainy wódki” czy „Obfitych piersi, pełnych bioder”, opublikował wspomnieniowy, autobiograficzny szkic „Zmiany” w 2010 roku. Mo Yan, "Zmiany"Tekst rozpoczyna się od reminiscencji z jesieni 1969 roku, niepozwalającej autorowi przejść do zamierzonego przez niego opisu wydarzeń z roku 1979. Przypomina się bowiem pisarzowi rozgrywka ping-ponga na szkolnym dziedzińcu między koleżanką Lu Wenli a nauczycielem Liu Tianguangiem – nota bene, tenże nauczyciel przyczynił się do wyrzucenia Mo Yana z podstawówki. Mecz zakończył się nieoczekiwanie i przerażająco, gdyż odbita przez dziewczynkę piłeczka wleciała do ust mężczyzny i gdyby nie szybka reakcja innego z nauczycieli, mogłoby zakończyć się fatalnie. Ale nim poznany tę anegdotkę w całości, pisarz w kolejnych dygresjach przybliży nam sylwetki kilku bohaterów (nie tylko owych graczy w ping-ponga, ale i He Zhiwu, zakochanego w Wenli czy wreszcie podziwianego przez chłopców radzieckiego gazika, którego właścicielem jest ojciec Wenli) oraz dołączy… następne dykteryjki.

Bo „Zmiany” podporządkowane są (pozornie) niesfor(matowa)nemu strumieniowi wspomnień, nieokiełznanym ciągom asocjacyjnym, grze obrazów i naporze myśli, wrażeń, brzmień, słów. Nic zatem dziwnego, że pojawią się liczne (prze)skoki czasowe, zaburzona zostanie linearność, zadominuje fragmentaryczność, urywkowość, wyimkowość. Jeden element pociąga za sobą kolejny/-e, a on(e) następny/-e. Czytaj dalej

„(…) prawdziwe zrozumienie znajduje się w sercu i umyśle czytelnika.” Słowo o utworze „O upływającym życiu. Opowieść w sześciu rozdziałach” Shen Fu

W szumie wiatru słyszę twój głos, w promieniach słońca widzę twoją uśmiechniętą twarz. Chwyć mnie za rękę. Razem przetrwamy każdą burzę. Twoja obecność i możliwość dzielenia się z tobą każdą drobną chwilą, umykającym, eterycznym momentem jest dla mnie szczęściem.

Chiński urzędnik i sekretarz, ale także pisarz i malarz Shen Fu urodził się w 1763 roku w Suzhou. Nie znana jest dokładna data jego śmierci. Shen Fu, "O upływającym życiu. Opowieść w sześciu rozdziałachPozostała po nim proza konfesyjno-wspomnieniowa „O upływającym życiu. Opowieść w sześciu rozdziałach”. W zamyśle twórcy dzieło miało składać się sześciu części: „Szczęście małżeńskich komnat”, „Drobne przyjemności”, „Trudy życia”, „Radość podróżowania”, „Historia pobytu w Zhongshan” oraz „Styl życia”. Dwa ostatnie rozdziały jednak albo zaginęły, albo nigdy nie powstały. W przedmowie do polskiego wydania utworu Katarzyna Sarek przedstawia między innymi okoliczności odnalezienia manuskryptu „O upływającym życiu”, przybliża konstrukcję i tematykę dzieła, wskazuje też na innowacje w zakresie narracji.

Shen Fu kreśli piękny portret swojej ukochanej, przedwcześnie zmarłej żony Yun. Tytuł utworu zaczerpnął z frazy pochodzącej z wiersza Li Baia (701-762), ulubionego poety swojej małżonki. Katarzyna Sarek zwraca uwagę czytelnikowi na unikatowość, wyjątkowość, a nawet prekursorstwo opowieści Shena, wynikające chociażby z faktu, że „prywatne doświadczenia i uczucia jednostki” były wówczas właściwe poezji, w powieściach natomiast przede wszystkim kalejdoskopowo zmieniały się wydarzenia oraz pojawiało się mnóstwo postaci. Czytaj dalej

Prywatny słownik. Kilka myśli o „Chinach w dziesięciu słowach” Yu Hua

Słowa są podstępne. Skradają się, narzucają, wymuszają swoje wy-słowienie, a uciekają, rozpierzchają się, gdy ich potrzebujesz. Niekiedy są dla ciebie wręcz niewidzialne, przezroczyste, jakby stanowiły tylko rusztowanie ukryte w ścianie tekstu, za tynkiem z ornamentów dźwięków. Ale innym razem w jakimś wierszu wyzwolone szerokie pola semantyczne wyrywają cię z automatyzmu, niepokoją, zachwycają albo przerażają. Wtedy widzisz i słyszysz je doskonale, olśniony ich ogromem, mocą.Chiny w dziesięciu słowach" Za moment jednak rozpadają się w proch, giną w potokach kakofonii codzienności.

Około 2009 roku Yu Hua (ur. 1960) skomponował, a rok później opublikował zbiór dziesięciu esejów i felietonów o Chinach, jego celem było „w dziesięciu prostych słowach zmieścić niekończący się potok wypowiedzi o dzisiejszych Chinach, (…) w luźnej narracji, nieograniczonej czasem czy przestrzenią, połączyć obserwację, analizę i osobiste anegdoty (…).” [s. 12] Tymi wyrazami kluczami, wytrychami-pretekstami do mówienia o Państwie Środka są: (人民) lud, (領袖) przywódca, (阅读) czytanie, (写作) pisanie, (鲁迅) Lu Xun, (差距) różnice, (革命) rewolucja, (草根) niziny społeczne, (山寨) podróbki, (忽悠) bujanie.* We wszystkich szkicach wchodzących w skład „Chin w dziesięciu słowach” Yu wprowadza anegdoty, dykteryjki, tragikomiczne opowieści, dygresje, elementy autobiograficzne, niekiedy też wplata wydarzenia i epizody, które wykorzystał po literackim przetworzeniu w swoich utworach. Chiński pisarz zasadniczo koncentruje się na dwóch punktach w historii Chin – czasach Mao Zedonga, zwłaszcza (drugiej połowy) rewolucji kulturalnej i jej pokłosia (1966-1976), oraz reform Deng Xiaopinga (Chińskiej Republice Ludowej przewodził od 1978 do 1989**). Tyleż śledzi, ile wskazuje na kilka istotnych według niego elementów świadczących o rewolucyjnym dziedzictwie w kwestiach społecznych, a szczególnie gospodarczo-ekonomicznych. Pozostaje jednak wrażenie zbytniego uproszczenia w przywoływanych przez Yu sytuacjach dla zobrazowania jego tezy o olbrzymim wpływie rewolucji kulturalnej i rządów Mao Zedonga na rozmaite społeczno-obyczajowe, polityczno-gospodarcze patologie, wykoślawienia, pokątne interesy, upadek wartości w Chinach na początku XXI wieku. Można pokusić się o głębszą analizę, wejście w wartki strumień jeszcze wcześniejszych niż druga połowa XX stulecia okresów w dziejach Państwa Środka i tam znaleźć liczne strumyki i rzeki wydarzeń, decyzji, uwarunkowań determinujących dzisiejsze Chiny. Dlatego warto traktować twierdzenia Yu jako jego prywatne czy publiczne (podlegające też autokreacji) szkice, spostrzeżenia, obserwacje, eseje, felietony, nie natomiast jako literaturę faktu, rzetelny reportaż. Czytaj dalej

Gry pamięci. Kilka tylko słów o „Krzyku w deszczu” Yu Hua

Na planszy pamięci poszczególne słowa, gesty, sceny układają się w dynamiczne obrazy. Odwracają świat na nice, przesuwają akcenty, żonglują momentami, niekiedy tworzą kolaże, mozaiki, zdają się puzzlami, a innym razem wybierają dekolaże, palimpsesty, demolowanie minionego czasu, spychanie, zamazywanie, wycinanie, nadpisywanie. Yu Hua, "Krzyk w deszczu"Manipulują słowami, czasem i przestrzenią, bohaterami i wydarzeniami. Ale dzięki tym zabiegom możesz żyć wieloma życiami, nieustannie zmieniać coś w zeznaniach, kreować przeszłość praktycznie dowolnie. To – ostrzeżmy na wstępie – niebezpieczne, bo łatwo jest zmultiplikować „ja”, rozszczepić je, zdezintegrować, pogubić (siebie) w labiryncie fałszów, otworzyć przepaść, otchłań. Zaryzykujesz?

Sun Guanglin powraca pamięcią do lat dzieciństwa, gdy jako sześciolatek został oddany do adopcji i mieszkał w mieście z przybranymi rodzicami – wojskowym Wang Liqiangiem i eteryczną, chorowitą Li Xiuying. Ale po pięciu latach niespodziewanie powrócił do rodzinnej wsi Nanmen, do ojca Sun Gunangcaia, matki i dwóch braci – starszego Guangpinga oraz młodszego Guangminga. Jego wspomnienia wiążą się z eksplorowaniem świata, nawiązywaniem znajomości i przyjaźni, próbami odnalezienia swojego miejsca wśród domowników, rówieśników i w społeczeństwie. W reminiscencjach odbijają się inicjacje w śmierć i w seks, liczne doświadczania odrzucenia, rozczarowań, porażek, upokorzeń, ale i rozbłyski małych radości.

W 1992 roku chiński pisarz Yu Hua (ur. 1960) opublikował meandryczny utwór „Krzyk w deszczu”. To wariant, reinterpretacja zarówno Bildungsroman, powieści o formowaniu, dorastaniu, dojrzewaniu, powieści inicjacyjnej, jak i szkicu rozrachunkowego, sięgającego w rejony „intymistyki”, pamiętnikarstwa (wprowadzającego między innymi retusze), fragmentów konfesji, „poetyki pamięci”, opowiadania samemu sobie przeszłości czy raczej różnych jej potencjalnych wersji, jednakże wyłącznie subtelnie dotykających, ledwo muskających równoległych linii czasowych. Można zaryzykować twierdzenie, że „Krzyk w deszczu” jest swego rodzaju żonglowaniem, bawieniem się reminiscencjami, zrekonstruowaniem i/czy sfabrykowaniem wydarzeń, słów, emocji i uczuć z minionego czasu oraz próbami uchwycenia i zrozumienia zarówno samych decyzji dorosłych (rodziców, opiekunów, nauczycieli), jak i ich wpływu na losy dzieci (narratora oraz jego kolegów), w tym między innymi na percypowanie świata, rozumienie relacji międzyludzkich, umiejętności budowania więzi, konstytuowanie się tożsamości, kształtowanie osobowości. Czytaj dalej

„Lunatyczna noc”. Myśli parę na marginesach „Dnia, w którym umarło słońce” Yan Liankego

Zewnętrzna granica snu jest subtelna, przyciąga kuszącymi obietnicami spełnienia marzeń, ofiarowania śmiałości umożliwiającej przezwyciężenie swoich obaw i porzucenie wstydu. Dzień, w którym umarło słońce"Łatwo jednak jest zgubić się w onirycznym królestwie. W tych labiryntowych, meandrycznych ścieżkach pełno zaułków, substytutów, imitacji szczęścia tak hipnotycznych, że nie sposób uciec z ich objęć. Wewnętrzna granica snu jest lustrzanym murem, blokuje próby wyjścia.

„Lunatycy mają chyba zawsze twarze nieruchome i nieme jak cegły w murach miejskich. Oczy niby zamknięte. Wywrócone białkiem na zewnątrz. Patrzą nie na świat, ale do środka siebie. widzą to, co dzieje się w śnie. Ale nie widzą nic ze znajdującej się poza snem wioski i pozasennego świata. nie widzą znajdujących się na zewnątrz snu drzew i traw. Chyba że takie drzewo czy trawa nagle przenikną do snu.” [s. 84]

Tej upalnej nocy z czerwca na lipiec w wiosce Gaotian wielu ludzi zaczęło lunatykować. Somnambuliczne wędrówki prowadziły ich w pole lub na klepisko do pracy albo ścieżką samobójstwa, zamożnych zaś w otchłanie hulanek i swawoli. Im dłużej mrok sięgał do serc i dusz, tym więcej zbrodni zostało popełnionych. Niektórzy zebrali się na odwagę, by zrobić coś, o czym w sekrecie marzyli, inni wykorzystali stan zamroczenia jako pretekst do przestępstw. Ale bandyci i złodzieje ustąpili miejsca okrutnym rewolucjonistom pragnącym spełnić sen przeszłości o potędze poprzez rzeź. Czternastoletni i lekko niedorozwinięty umysłowo Li Niannian, syn właścicieli sklepu z artykułami pogrzebowymi „Nowy Świat”, jako jeden z nielicznych czuwał i był świadkiem makabrycznych, krwawych wydarzeń. W związku z chroniczną niemożnością pisania, na którą cierpi jego sąsiad słynny literat Yan Lianke, to Niannian postanowił zwrócić się do bogów i bóstw, by natchnęli go do opowiedzenia historii „lunatycznej nocy”, niekończącego się snu.

W 2015 roku ukazała się oniryczno-surrealistyczna, wielopoziomowa powieść „Dzień, w którym umarło słońce” chińskiego pisarza Yan Liankego (ur. 1958). To mroczna, bardzo gęsta, nasycona symbolami, znakami, dychotomiami, ambiwalentnymi elementami, poetyckimi sformułowaniami, aluzjami, (krypto)cytatami, odwołaniami do dzieł kultury i do historii* opowieść o człowieku błądzącym w ciemnościach, pozbawionym świat(ł)a, wpadającym w odmęty szaleństwa, obłędu, paranoi. Na granicy jawy i snu, w miejscu przecięcia światła i mroku, dnia i nocy budzą się upiory, demony żądne krwi. Wejście w oniryczną pułapkę sprawia, że ludzie stają się widmami, kukiełkami-marionetkami w teatrze snu – karykaturalnym odbiciu lustrzanym teatru świata. Czytaj dalej