Żarcik. Kilka słów o eksperymencie powieściowym „Gniazdko dudków” Johna Ashbery’ego i Jamesa Schuylera

A gdyby tak stworzyć układankę, literacki przekładaniec – zdanie za zdanie. Ot, początkowo to będzie tylko zabawa, która przejdzie w słowną potyczkę, pojedynek lingwistyczny, ekwilibrystykę wyrazów i testowanie giętkości języka, możliwości kreacyjnych. John Ashbery, Gniazdko dudków"Ale ani słowa o archeologii mowy, odgrzebywaniu narosłych warstw semantycznych. To ma być tylko igraszka, z iście dziecięcym rozbrykaniem budowanie i rozbijanie słów, fraz, wypowiedzeń. Gra (z) czytelnikiem, roz(g)rywka, szarada, która prowadzi po powierzchni słowa i opowieści, bez konieczności zagłębiania się, wytwarzania sensów.

Przedmieścia Nowego Jorku. Alicja Bush nudzi się jak zwykle. Chciałaby mieszkać w wielkim mieście, a tymczasem dzieli dom z marudnym, zrzędliwym Marshallem. Przychodzi do nich sąsiadka Fabia Bridgewater, która ma słabość do Marshalla, zaś jej brat Wiktor do Alicji. Ta początkowo taka sama jak zwykle wizyta (nie)oczekiwanie pociąga za sobą lawinę słów, kolacji, obiadów, rautów, spotkań, wyjazdów, dziwnych zbiegów okoliczności i kolejnych pojawiających się na „scenie” postaci, przetasowań w talii kart-bohaterów. A czytelnik przysłuchuje się zabawnej, ironicznej, niekiedy sarkastycznej, a czasem tak głupiutkiej i niedorzecznej, że aż śmiesznej, komicznej, parodystycznej wymianie uwag pomiędzy „aktorami” przedstawienia.

W lipcu 1952 roku ceniony amerykański poeta John Ashbery (1927-2017) brał udział jako jeden z odtwórców w kręceniu filmu na podstawie scenariusza równie uznanego poety amerykańskiego Jamesa Schuylera (1923-1991). Gdy wracali do Nowego Jorku, obserwowali i komentowali podmiejskie krajobrazy. By zaradzić narastającej nudzie, Schuyler zaproponował wspólne pisanie powieści – wymiennie po jednym zdaniu. Czytaj dalej

„Pieniądze to koncentrat utopii.”* Słów parę o powieści „Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater” Kurta Vonneguta

Zakrzywione, przerysowane proporcje i detale portretu w poszczególnych załomach oraz przejściach między kolejnymi liniami czy punktami odsłaniają więcej niż pozornie zgodny z percypowaną rzeczywistością szkic. W tych wykoślawionych elementach, powiększających wybrane aspekty, otwiera się anamorficzny labirynt luster wystawiający na próbę ciekawskich.

Młody kombinator, prawnik Norman Mushari podczas pracy w kancelarii McAllister, Robjent, Reed i McGee został oczarowany bajońską sumą pieniędzy należącą do jednych z klientów – rodziny Rosewaterów. Zgodnie z poradą starego McAllistera przed laty Rosewaterowie, by uniknąć podatków spadkowych, powołali Fundację Rosewatera oraz Korporację Rosewatera. Ta druga zajmuje się zarządzeniem kapitału, zaś ta pierwsza generuje dochody, z których mogą dowolnie korzystać kolejni dziedzice fortuny. Tymczasem Eliot, jedyny syn senatora Rosewatera i obecny prezes, zajął się… filantropią. Pojechał do rodzinnego (z zamierzchłych czasów) miasteczka Rosewater, gdzie poza pracą w ochotniczej straży pożarowej wspierał finansowo i duchowo najbiedniejszych. Wielu mówi, że zwariował. W statucie Fundacji zaś kryje się zapis, iż każdy członek zarządu uznany za niepoczytalnego zostanie odwołany. A że Eliot nie ma dziecka, bo z żoną Sylvią, która przeszła już kilka załamań nerwowych i obecnie wypracowała nową, trzecią osobowość, właśnie się rozwodzą, to jedynym spadkobiercą może okazać się mieszkający w Rhode Island biedny daleki krewny, Fred Rosewater. I te bardzo sprzyjające przechwyceniu znacznej sumy pieniędzy okoliczność będzie chciał niecnie wykorzystać Mushari.

W brawurowej, tragikomicznej satyrze na amerykańskich żłopaczy z Rzeki Forsy o przewrotnym tytule „Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater” z 1965 roku, amerykański pisarz Kurt Vonnegut (1922-2007) przy pomocy między innymi hiperbolizacji utka absurdalną i momentami groteskową opowieść, którą odczytywać można na kilku poziomach, uruchamiając dowolne konteksty oraz motywy. Nic tu nie jest jednoznaczne, nic czarno-białe. Czytaj dalej

Psychohistoria. Słowo o „Preludium Fundacji” Isaaca Asimova

Matematyczne labirynty prowadzą krętymi korytarzami i nierzadko trafiają na aporie, miejsca nie do przejścia. Ale może kiedyś, podczas kolejnej podróży po świecie część kart zostanie odsłonięta, puste pola zacienione i ścieżka chociaż fragmentarycznie zacznie się krystalizować. Granice wiedzy i możliwości niepostrzeżenie przesuną się o następny mikrometr.

Planeta Trantor, siedziba Cleona I władcy Imperium Galaktycznego obejmującego 25 milionów światów, stopniowo ulega korozji, rdzewieniu, podupada, ale widoczne jest to dopiero, gdy bliżej przyjrzymy się poszczególnym elementom, detalom. Marazm i znużenie, rutynowe życie 40 miliardów ludzi zamieszkujących ponad 800 sektorów Trantora, atomizacja i brak solidarności, wzajemne urazy, niechęć, lecz niepopychające do otwartych walk, przyczyniają się do złudzenia stabilności. W tym roku, 12020 e.g., właśnie tu zorganizowano Zjazd Dziesięcioletni matematyków. Pojawił się na nim trzydziestodwuletni Hari Seldon, mieszkaniec małej planety Helion. Na spotkaniu przedstawił koncepcję psychohistorii, która przez laików została opatrznie odczytana… jako możliwość matematycznego przewidywania przyszłości. Mężczyzna, traktujący psychohistorię jak możliwą naukę teoretyczną, ale na pewno nie praktyczną, ot, intelektualną rozrywkę, nawet nie zdawał sobie sprawy z poruszenia i zainteresowania przez siebie wzbudzonego w kręgach władzy oraz pretendentów do tronu imperialnego. Uciekając przed Cleonem I oraz jego doradcą szarą eminencją Demerzelem, którzy chcą wykorzystać „wróżenie” do utrzymania władzy i pokoju w Galaktyce, przemierzy kilka sektorów na Trantorze. Spotkani ludzie, ich historie, problemy, (nie)wierzenia, aksjomaty poszczególnych grup, poglądy i tajemnice będą impulsami do poszukiwań przez Seldona możliwości zastosowania psychohistorii w praktyce. Nic jednak nie jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. Pod pozorami, maskami i gestami kryje się klucz do poznania świata i samego siebie. Czytaj dalej

Pożyczone życie. Parę myśli o „Łaskawszym niż samotność” Yiyun Li

„Miejsca na ziemi nie umierają ani nie znikają, ale można je wymazać, tak jak wymazuje się z pamięci kochanka, z którym miało się pechowy romans.” [s. 78]

Rozpełzający się dźwięk, wzmagająca się kakofonia rzeczywistości wdziera się wszędzie. Yiyun Li, "Łaskawszy niż samotność"Nieustanne pytania, dywagacje, hipotezy, wymyślane potencjalne scenariusze cudzego życia zawłaszczają przestrzeń, zagłuszają samotność. To, czy cię nienawidzę, czy czuję żal za brutalne wtargnięcie do mojego świata i agresywne próby ukształtowania mnie według jakiegoś schematu, wzorca, jest moją sprawą. Zamknę to w sobie, a na potrzeby codzienności dokonam wymazywania, wycinania twojego istnienia z moich wspomnień.

Zbliżający się do czterdziestki Boyang czeka na kremację swojej starszej o sześć lat koleżanki i sąsiadki z czasów nastoletnich, Shaoai. Kobieta wegetowała przez nieco ponad dwie dekady, czyli przez prawie połowę swojego życia, bo odkąd skończyła 22 lata. Jej organizm został zatruty substancją z laboratorium uczelnianego, gdzie pracowała matka Boyanga. Mężczyzna bezskutecznie kontaktował się w sprawie pogrzebu z dwiema osobami – przyjaciółką z lat dziecięcych Moran oraz nastoletnią fascynacją Ruyu. Obie od bardzo dawna uparcie milczą. Wyjechały z Pekinu do Stanów Zjednoczonych, nie odpisują na wiadomości Boyanga, Moran co roku przesyła tylko stałą kwotę na opiekę nad Shaoai. Wszyscy nadal zadają sobie pytanie, co się naprawdę stało. Czy ktoś chciał zabić Shaoai, a może targnęła się na swoje życie, bo po relegowaniu jej z uczelni ze względu na udział w protestach i jawną kontestację rzeczywistości komunistycznej nie mogła zostać nigdzie zatrudniona? A przecież była tak zachłanna życia, tak pewna siebie i buntownicza. Boyang, Moran i Ruyu po śmierci Shaoai wreszcie decydują się na ostrożne przyglądanie się fragmentom przeszłości, potarganym zdjęciom minionego czasu, migoczącym w ciemności reminiscencjom, układając odpryski na nowo, rekonfigurując. Być może robią to, by przestać uciekać, nieustannie kreować i retuszować swoją przeszłość, udawać kogoś innego, odgrywać role. A może chcą mityzować rzeczywistość nadal, tym razem bardziej świadomie. Te introspektywne podróże nie są rozliczeniem, próbą zrozumienia, ale bolesnym doświadczaniem, rozdrapywaniem ran. Czytaj dalej

Jutro. Słowo o „Gdybym miała twoją twarz” Frances Cha

Frances Cha, "Gdybym miała twoją twarz"Przeglądasz się w lustrzanym odbiciu, w witrynach sklepów, na zdjęciach i filmach, w oczach innych. Pod różnymi kątami, z odmiennych perspektyw wycinki z twojego życia i wyglądu są poddawane drobiazgowej analizie przez rodzinę i obcych. Jeśli nie można cię dopasować do preferowanych modeli w społeczeństwie, zostaniesz przycięty, ukształtowany, prawie na nowo ulepiony. A jeżeli odmówisz, to wymażą twoje istnienie, wyrzucą poza margines, byś w ich opowieści-narracji nigdy się nie zjawił i nie skalał jej swoją niemożliwą do przemilczenia bolesną obecnością.

W budynku Color House w Seulu mieszkają dwudziestoparoletnie Ara i jej przyjaciółka z czasów szkolnych Sujin, obok nich zaś Miho, przyjaciółka Sujin, oraz Gyuri. Ich przelotnie widywanymi sąsiadami z piętra niżej są trzydziestoparoletnia Wonna z mężem. Każda z pięciu kobiet żyje w zasadzie wyłącznie z myślą o „dziś”, niekoniecznie rozważając to, co będzie „jutro”. Ich trudna, wyboista przeszłość, brak poczucia bezpieczeństwa i akceptacji przyczyniają się do podejmowania pochopnych decyzji, wplątywania się w raniące je relacje. Są jednak świadome, że we współczesnym społeczeństwie kobieta nadal traktowana jest bardziej jak lalka, rzecz, nieustannie reifikowana, bo ciągłej ocenie podlegają jej wygląd, stan cywilny i urodzone dzieci. Część z nich decyduje się na operacje plastyczne, by wpisywać się w obecne kanony urody. Łudzą się, że zostaną zaakceptowane i odnajdą fragment w przestrzeni dla siebie. Czytaj dalej

Bezpaństwowcy. Kilka słów o „Pachinko” Lee Min Jin

Taka miłość sprowadza tylko ból i łzy. Nie ma prawa zaistnieć, bez względu na to, jak bardzo tego pragniesz. Może być wyłącznie iluzją, onirycznym widziadłem, niespełnioną obietnicą, niedokończonym snem. W codzienności świata skazana jest na zagładę. Zatruwa krew i obciąża jak klątwa. Ale jeśli, jeśli nadal będziesz marzyć o tej miłości, budować dla niej piękne ogrody, to możesz stracić coś cenniejszego, ważniejszego, prawdziwego niż te mgliste rojenia albo zrobić coś, czego nigdy sobie nie wybaczysz.

W rybackiej wiosce Yeongdo kołu Pusanu, w Korei okupowanej przez Japonię, Yangjin po kilku poronieniach rodzi córeczkę Sunję. Wraz z mężem Hunem prowadzą pensjonat, są zgodną, ciepłą rodziną. Po śmierci ukochanego Huna zaradna kobieta wraz z Sunją zmagają się z postępującymi w kraju biedą i głodem. Pod koniec 1932 roku przybywa do nich Peak Isak, koreański pastor, który docelowo jedzie do Osaki, gdzie mieszka i pracuje w fabryce jego brat Yosep (tak, ich imiona są zaczerpnięte z Biblii) oraz jego żona Kyeongeui. Mężczyzna jest delikatnego, wątłego zdrowia i podczas wyprawy nawróciła do niego gruźlica. Przebywa więc w pensjonacie, gdzie opiekuje się nim życzliwa i serdeczna Yangjin. Tymczasem młodziutka Sunja na targu poznaje enigmatycznego, przyciągającego mężczyznę Ko Hansu. Jest niby handlarzem ryb, ale podejrzanie niezwykle majętnym jak na te czasy. Czytaj dalej

Miłość. Kilka słów o zbiorze opowiadań „Ministerstwo moralnej paniki” Amandy Lee Koe

Jesteś dla mnie powietrzem, tobą oddycham. To, co robię, robię dla ciebie. Każdej chwili wołam cię, biegnę za tobą, próbując cię dogonić, ale ty wciąż się oddalasz. Dostrzeż mnie. Jestem tuż za tobą. Tworzysz piękną, czarującą aurę, przyciągającą mnie i zniewalającą. Ja nic jednak dla ciebie nie znaczę. Jeśli teraz rozpłynę się, zniknę z tego świata, to nawet tego nie zauważysz.

W czternastu opowiadaniach zamieszczonych w zbiorze o intrygującym tytule „Ministerstwo moralnej paniki” singapursko-amerykańska pisarka Amanda Lee Koe konstruuje mikroobrazy miłości odrzuconych, niespełnionych, nieakceptowanych społecznie czy bagatelizowanych przez drugą osobę. Wyidealizowane uczucie prowadzi do labiryntu, z którego nie ma wyjścia. Im dłużej żyje się w ułudzie, iluzorycznym świecie, tym tyleż boleśniej odczuwa się rzeczywistość, ile po prostu się ją odrzuca, neguje, wypiera ze świadomości. W singapurskiej przestrzeni przecinają się losy kochających za bardzo, zbyt namiętnie, zachłannie oraz kochanych, lecz niekoniecznie odwzajemniających uczucie, bawiących się, igrających, wykorzystujących. Czytaj dalej

Podróż(e) w biel. Słów parę o „Relacji Arthura Gordona Pyma z Nantucket” Edgara Allana Poego

Białe plamy na mapach, niezapisane karty, nieodkryte lądy wzbudzają emocje, prowokują do ekspedycji, wypraw, ale i do fantazjowania, onirycznego dryfowania po potencjalnej (czaso)przestrzeni, tworzenia, przetwarzania, dopowiadania, nadpisywania opowieści, historii. Takie rejony, miejsca-niemiejsca są siedliskiem demonów, niesamowitych stworzeń, nieziemskich istot, niewyjaśnionych zjawisk, fenomenów, ukrytych lęków, rzadziej rajskich, słonecznych marzeń, rojeń. Otwierają morze możliwości, kuszą, nęcą, zwodzą, przyciągają, inspirują. I ktoś by rzekł, że obecnie praktycznie nie ma białych plam, że człowiek przemierzył kulę ziemską wzdłuż, wszerz. Ale czy na pewno, czy już nic nie kryje się w naszym wymiarze świata?

Arthur Gordon Pym po latach za namową Poego (sic!) spisuje swoje niezwykłe, zdumiewające przygody z czasów młodzieńczej wyprawy w okolice bieguna południowego. Jako młody chłopak zafascynował się statkami i marzył o podróży, trochę pod wpływem opowieści przyjaciela Augustusa, syna kapitana żeglugi morskiej Bernarda. Rozpalona pasja Arthura, a jednocześnie wyraźny sprzeciw rodziny wobec szaleńczych, niebezpiecznych eskapad morskich, przyczyniły się do wykoncypowania przez młodzieńca i jego przyjaciela potajemnej podróży statkiem Bernarda, który przygotowywał się do wyprawy na połów wielorybów. Przemycony na pokład Arthur miał ukrywać się, aż nie wypłyną na pełne morze, gdzie niemożliwy będzie odwrót. Ale nie zawsze wszystko idzie po myśli planujących i na Arthura posypała się lawina makabrycznych wydarzeń, prowadząca w głąb jednej z kartograficznych białych plam, czyli tam, gdzie otwiera się niesamowity wymiar rzeczywistości niezbadanej, nieodkrytej. Czytaj dalej

Szkice do (o)powieści. Słów parę o „Oryginale Laury” Vladimira Nabokova

W ogrodzie pisarza rosną pojedyncze karty – jedne zapisane, inne puste, wciąż oczekujące na swoją kolej. Niecierpliwi chcą wejść i wyrwać lekko naszkicowane, zarysowane literackie światy, które dopiero dojrzewają, nie nabrały jeszcze kolorów, bohaterów i opowieści, nie zostały ułożone, nadal dryfują. Delikatne, kruche fragmenty światów mogą rozpaść się pod wpływem dotyku. Są narażone na liczne wypaczenia, nadinterpretacje, nadpisywania, cudze fantazje i pomysły. Niektóre nigdy nie dorosną i powinny wiecznie przebywać w cieniu albo ulec spopieleniu, a z ich popiołów może kiedyś narodzi się coś innego.

Schorowany, często przebywający w szpitalu Vladimir Nabokov w drugiej połowie lat 70. XX wieku zaczął pracę nad powieścią „Oryginał Laury” – rozważał jeszcze inne tytuły, choćby „Umieranie to świetna zabawa”, który pojawi się jako podtytuł w opublikowanej pierwszy raz w 2009 książce. Przed śmiercią w lipcu 1977 roku Nabokov przekazał swojej żonie, by spaliła karty katalogowe, na których spisywał plan „Oryginału Laury”. Stało się jednak inaczej i rękopis przechowywano w banku w Montreux, w Szwajcarii. W 2008 roku syn pisarza, Dimitri Nabokov poinformował o swojej decyzji wydania 138 kart katalogowych z tyleż niedokończoną, ile po prostu nienapisaną powieścią, z jedynie fragmentarycznym planem utworu, zapisanymi myślami, pomysłami, zarysem fabuły. Pod koniec 2009 roku zredagowany przez Dimitriego Nabokova rękopis ukazał się w Nowym Jorku oraz Londynie. Polska publikacja w przekładzie Leszka Engelkinga pojawiła się w 2010 roku, zaopatrzona w komentarz krytyczny i rzetelnie przygotowana od strony technicznej – każda strona to zdjęcie oryginalnej karty katalogowej, pod którą znajduje się polskie tłumaczenie.

Notatki do „Oryginału Laury” wskazują na opowieść o dwudziestoczteroletniej Florze, żonie majętnego, acz fizycznie nieatrakcyjnego neurologa Philipa Wilda. Czytaj dalej

Warzywożerczy wampir. Kilka słów o „Kicającej grozie”, czyli pierwszym tomie „Królikuli” Deborah Howe i Jamesa Howe’a

Czytanie jest niebezpiecznie, bo rozbudza wyobraźnię, która nierzadko pozwala widzieć w rzeczywistości elementy fikcji, magii, literackich światów, zaburza osąd i prowadzić może do zabawnych sytuacji albo obłędu. Ale co, jeśli poszlaki w realnym świecie kierują bezsprzecznie do konkluzji, że w książce opisano to, co naprawdę teraz przeżywasz? Czy to fikcja ożyła czy iluzja okazała się rzeczywistością?

Narratorem i jednym z głównych bohaterów pierwszego tomu powieści „Królikula” Deborah Howe i Jamesa Howe’a jest… pies Harold. Przedstawia niesamowitą historię, która spotkała jego rodzinę. Otóż państwo Monroe i ich dwóch synów, Tobiasz i Piotrek, poszli do kina, by obejrzeć „Draculę”. Na jednym z siedzeń znaleźli zawiniątko z małym królikiem i zdecydowali się zabrać go do domu, gdzie czekali na nich pies Harold i kot Czesław – oba zwierzaki są ulubieńcami rodziny i współuczestniczą w życiu Monore’ów. Przy króliku pozostawiono kartkę, na której napisano coś w jednym z dialektów regionu Karpat, co odczytać mógł wyłącznie Harold. Notatka była krótka – „Proszę, zaopiekujcie się moim skarbem”. Monore’owie postanowili zatrzymać królika i nazwać go Królikulą – jako połączenie słowa „królik” i tytułu filmu, na który udali do kina. Czytaj dalej