„Są więzienia gorsze od słów.” Kilka słów o „Cieniu wiatru” Carlosa Ruiza Zafóna

Podskórne lęki, niepewność każdej chwili powodują powolny rozpad świata. Skruszone fundamenty, tlące się szczątki, pozostałości po niegdysiejszych marzeniach mogą być zwiastunem upadku. Chyba że ktoś je zbierze, nie pozwolić im sczeznąć, całkowicie zniknąć i odnajdzie inną drogę, prowadzącą wyjścia z mrocznego, przerażającego korytarza, wtedy możliwe będzie wyzwolenie i odrodzenie w nowych słowach, w innym wymiarze świata.

Gdy Daniel Sempre kończy dziesięć lat, jego ojciec – antykwariusz i księgarz – zabiera go do niezwykłego miejsca nazywanego Cmentarzem Zapomnianych Książek. Trafiają tam uratowane przed zniszczeniem i przemiałem księgi, zwykle z likwidowanych bibliotek czy księgarni. Wyłącznie wtajemniczony może wejść do skarbnicy i wybrać książkę, którą uratuje od niepamięci, będzie jej strzegł i ją chronił. Po długim błądzeniu w labiryncie regałów Daniel znajduje albo raczej zostaje znaleziony i wybrany przez „Cień wiatru” autorstwa Juliána Caraxa. Niesamowita, oniryczna, mroczna powieść rozbudza w bardzo młodym czytelniku chęć dowiedzenia się, kim jest autor i co jeszcze napisał. Tym bardziej, że ktoś pali wszystkie dostępne książki Caraxa, jakby wymazywał ślady jego istnienia, przemieniał go w eteryczny cień, zjawę. Dorastający Daniel na rzecz subtelnych porywów serca odłoży na dłuższy czas poszukiwania. Jednakże po swoich osiemnastych urodzinach, gdy jego niewinne marzenie zostanie zbrukane, a on będzie błądził po ulicach w rozpaczy, powróci do niego pragnienie odkrycia tożsamości Caraxa. Śledztwo doprowadzi Daniela do odsłonięcia przerażającej prawdy, zrekonstruowania tragicznej przeszłości. Czytaj dalej

„Toż to tatarska historia, z piekła rodem (…)”.* Na marginesie „Stąd do Tartaru” Rosy Montero

Oddychać i trwać. [s. 14]

Tytułowe „stąd” rozpatrywać można z perspektywy dwóch momentów i miejsc. Pierwszym będą narodziny Zarzy. Wejście kobiety na drogę wiodącą do Tartaru zainicjowali ojciec oraz brat bohaterki. Wyjście (jedynie fizyczne) z piekła związane było z denuncjacją. Ale każda zdrada doczeka się w końcu zemsty. Po kilku latach automatyzm, mechaniczne wykonywanie czynności pozorujących normalne życie (drugie „stąd”) zostało brutalnie przerwane jednym telefonem i słowami: Odnalazłem cię. [s. 12] Gra w kotka i myszkę, iście szachowa rozgrywka właśnie się rozpoczyna. Uciec czy ponownie wejść do Tartaru?

Powieść z 2001 roku, hiszpańskiej dziennikarki i pisarki Rosy Montero, to zapis doby z życia Zarzy. Kobieta naprawdę nazywa się Sofía Zarzamala (zarzamala – dosł. ‘zła jeżyna’; zarza – jeżyna**), jest historyczką, a konkretnie mediewistką, redaktorką w wydawnictwie, przygotowującą właśnie do publikacji Rycerza Róży, epos przypisywany średniowiecznemu poecie Chrétienowi de Troyes.*** Opracowywane przez Zarzę dzieło, co znamienne, posiada dwa, alternatywne zakończenia, jakkolwiek trudno ustalić, czy jedno z nich nie jest zgrabną mistyfikacją, zręcznym fałszerstwem. Analogicznie – wskazuje Montero – z życiem (chociaż odnośnie „autorstwa” nic nie wspomina): istnieją w zasadzie tylko dwie drogi. Ucieczka albo walka. Przegrana albo stabilizacja. Falsyfikat albo autentyk. Tartar albo… Czytaj dalej

Przypisy do literatury Nie(istnienia). Niemożność napisania recenzji „Bartleby’ego i spółki” Enrique Vili-Matasa

Prawie wszystkie książki to tylko przypisy, tak nadmuchane, że rozrosły się w tomy. Dlatego piszę tylko przypisy.*

W 1853 roku (dwa lata po wydaniu Moby’ego Dicka) Herman Melville (1819-1891) opublikował niejasną (i między innymi dlatego tak chętnie od-czytywaną przez filozofów), tajemniczą nowelę Kopista Bartleby. Historia z Wall Street. Narrator utworu, asystent sędziego, zatrudnia w swojej kancelarii kolejnego kopistę do pomocy – pana Bartleby’ego.** Mężczyzna początkowo pracuje sumiennie, ba! jego przełożony ze zdumieniem odkrywa, że nigdy, nawet w nocy, nie opuszcza miejsca praca. Na każdą prośbę odpowiada jednak słowami „Wolałbym nie” (I would prefer not to). Z czasem przestaje czynić cokolwiek.***

Hiszpański pisarz Enrique Vila-Matas wprowadza z premedytacją do artystycznej przestrzeni Nieistnienia garbatego kopistę (bezimiennego), który stopniowo odtworzy przed odbiorcą wyimki z literatury Nie, czyli zaprezentuje tyleż protoplastów i epigonów Bartleby’ego, ile wyznawców postawy znamionującej kopistę Melville’a. W tym celu bohater-narrator Vili-Matasa prowadzić będzie specjalny zeszyt przypisów do niewidzialnego tekstu [s. 9], do literatury nieistniejącej materialnie, będącej fantazmatem, niezapisanym i niewydanym w formie książkowej. To literatura jutra. Prawdziwa dekonstrukcja fikcji. Język jeszcze niewynaleziony? Czytaj dalej

„Porządek ukryty w chaosie.”* O (prawie) cyberpunkowych „Łzach w deszczu” Rosy Montero

(…) w pewnym sensie wszyscy jesteśmy podróbkami. [s. 73]

Hiszpańska dziennikarka i pisarka Rosa Montero (1951) zaskakuje. W opublikowanej w 2011 roku powieści Łzy w deszczu** opisuje Ziemię na początku 2109 roku, otwarcie informując o swojej głównej inspiracji przy tworzeniu świata przyszłości – Łowcy androidów (1982) Ridleya Scotta (bazującego, nota bene, na powieści Philipa K. Dicka z 1968 roku, Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?), zwłaszcza o wpływie jednej sceny, rozgrywającej się w strugach deszczu. Zaskakuje tyleż treść, ile konwencja. Montero łączy elementy powieści detektywistycznej, kryminalnej, szpiegowskiej, science fiction i cyberpunku, by opowiedzieć o słabości, lęku, bólu oraz poszukiwaniu własnej tożsamości, a także zarysować mechanizmy władzy oraz podporządkowania społeczeństwa dominującemu dyskursowi. Wiele wątków – część z nich stanowi jednak tylko tło, umożliwiające Montero skonstruowanie przekonującego obrazu jednostki przytłoczonej rzeczywistością.

Powieść hiszpańskiej dziennikarki jest całkiem dobrym przykładem literatury, którą można czytać albo dowolnie zestawiając z różnymi kulturowymi i popkulturowymi wytworami, albo interpretować w oderwaniu od nawarstwienia kontekstów, nadbudowy tekstów (pop)kultury.*** Sporo czytelników pokusi się zapewne o odszyfrowanie aluzji, kierując swoją uwagę na aspekt maskowania, przebierania, przywdziewania innej tożsamości, udawania, czyli nieustannej gry (oczywiście, można powieść Montero odczytywać jako obraz współczesności „przebrany” w kostium cywilizacji przyszłości). Zważywszy, że autorka wprowadza interesujący wątek fałszowania, pisząc o sztuce XXII wieku i dominacji falsyfikatów, gestów mistyfikacji. Oto oszustwo stało się awangardą sztuki XXII stulecia… Czytaj dalej

„Nasza rozkosz to formuła matematyczna.”* Recenzja „Przynęty” Joségo Carlosa Somozy

(…) nie należy nikogo sądzić po pozorach. (…) nie ma rzeczy czarnych i białych, jest tylko nieskończoność szarości o nieznacznych różnicach w tonach. [s. 147]

W skład madryckiej policji wchodzi Departament Psychologii Kryminalnej. I nie byłoby w tym nic dziwnego i nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w jego ramach funkcjonuje i prężnie rozwija się specjalna komórka odpowiedzialna za szkolenie… żywych „przynęt”: dzieci, młodzieży, kobiet, mężczyzn. Ich celem jest zniewolenie, usidlenie i tym samym wyeliminowanie przestępców. Nikt nie ma prawa wiedzieć o istnieniu „przynęt” – stanowią coś w rodzaju tajnej i niezwykle niebezpiecznej broni.

Do świata zdegenerowanych umysłów Przynęty wprowadza Prolog, ale na grę trzeba poczekać do Rozpoczęcia. O dziwo, to właśnie Antrakt (a przecież antrakt jest przerwą w czasie przedstawienia!) przenosi nas do mikroświata Widza i wykłada na stół Jokera. Właściwe przedstawienie to, paradoksalnie, demoniczny Finał i nie mniej zaskakujący Epilog. Czytelnicy książki Somozy przyglądają się jeden z „przynęt”, Dianie Blanco Bermúdez, która ściga właśnie nieuchwytnego Widza – mordercę prostytutek i emigrantek. Kolejna porażka potęguje frustrację. Diana postanawia przejść na „emeryturę”, ale gdy do łowów na Widza przyłączy się jej młodsza siostra, kobieta zostanie zmuszona przemyśleć swoją decyzję… I chociaż główną osią Przynęty jest zemsta, to należy pamiętać, że nic nie jest takim, jakim się wydaje. A bohaterowie nie tylko zaskoczą nas swoją przeszłością, decyzjami sprzed lat, ale przede wszystkim oszukają czytelników, z łatwością ukrywając się za „maskami”. Poprowadzą nas na manowce, by przypieczętować spektakl diabolicznym, obłąkanym finałem.

Dzisiaj nikt nie jest tym, na kogo wygląda. [s. 22]

José Carlos Somoza nadbudowuje standardową współczesną historię kryminalną – historią zmierzającą w kierunku krwawego, mrocznego thrillera psychologicznego – wizją nie tylko przecież literackiego motywu theatrum mundi, ale całkiem poważnej teorii głoszącej, że świat jest teatrem, iluzją sceniczną, a każdy nasz gest i słowo to starannie zaplanowane i przygotowane składniki przedstawienia. Jakby tego było mało, hiszpański pisarz decyduje się na wprowadzenie do swojej powieści… elementów dzieł dramatycznych Williama Szekspira, elementów – dodajmy – przewrotnie przetworzonych, acz nie zawłaszczonych, co ważne. Czytaj dalej

Sadyzm, masochizm i… kledalizm. O „Ukrytych twarzach” Salvadora Dali*

(…) na tym świecie można rozciągać i powtarzać w nieskończoność godziny wydarzeń, z wyjątkiem godziny śmierci, która jest ściśle określona (…)**

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że wielka osobowość XX wieku, Salvador Dali, poza podtrzymywaniem mitu ekscentryka  kontrowersyjnego twórcy oraz autokreacją ujawniającą się w literaturze intymistycznej (Dziennik geniusza czy Moje sekretne życie) stworzył jedną powieść – Ukryte twarze (1944). Swoją genialność w Ukrytych twarzach Dali zaznacza tylko kilkukrotnie, między innymi w przedmowie oraz (quasi-)autocytatach, czyniąc z siebie osobliwą postać literacką-kreatora, pojawiającą się na zasadzie wspomnienia, uzupełnienia, zwieńczenia. Nadaje tym samym powieści znamion przewrotnego dzieła – niby silnie zanurzonego w konkretnej epoce, ale tak naprawdę surrealistycznego i absurdalnego wytworu niezmierzonego świata artysty, gdzie nieświadomość bierze prym i czytelnik, eksplorując krainę szaleństwa, podąża w głąb przestrzeni naznaczonych niewinnością, czystością, świętością, zbrukaniem, bluźnierstwem, grzechem. Warto podjąć grę z Salvadorem Dali, jeśli preferujemy literaturę wizyjną, eksperymentalną, nieoczywistą, pełną tropów.

Dlaczego napisałem tę powieść? (…) Po drugie, dlatego że współczesna historia stanowi wyjątkowo udane tło dla powieści poświęconej rozwojowi i konfliktom wielkich ludzkich namiętności i dlatego że historia wojny, a jeszcze bardziej gorzkiego okresu powojennego, musiała zostać napisana. Po trzecie, dlatego, że gdybym ja jej nie napisał, ktoś inny zrobiłby to za mnie i zrobiłby to źle. Po czwarte, dlatego że zamiast „naśladowania historii” bardziej interesujące jest jej antycypowanie oraz pozwolenie jej w miarę możliwości naśladować to, co wymyśliłeś (…) [s. 10]

W przedmowie Dali wprowadza termin „kledalizm” na oznaczenie trzeciej wielkiej namiętności człowieka. Triada ta – w mniemaniu malarza – składa się z sadyzmu, masochizmu oraz wspomnianego kledalizmu, który (…) oznacza rozkosz i ból wysublimowany dzięki posuniętej do granic ostateczności identyfikacji z przedmiotem uczuć.” [s. 10] Nazwa pochodzi od Solange de Cléda, postaci z Ukrytych twarzy. Kontrapunktem dla tak rozumianej „trzeciej namiętności” stanie się wszechobecna obsesja niemal wszystkich bohaterów na punkcie krwi (bogata symbolika krwi została przez malarza uruchomiona w całej powieści), niewinności, dziewictwa, rozwiązłości, rozpusty, szatańskości i grzeszności, sacrum i profanum, sublimacji, ekstazy religijnej i cielesnej. Czytaj dalej

Zorro i hiszpańska piękność. Recenzja książki „Kto zabił Inmaculadę de Silva?” Mariny Mayoral

Szesnastoletnia Etel, główna bohaterka i zarazem narratorka powieści hiszpańskiej pisarki Mariny Mayoral (ur. 1942) chce stać się mistrzynią słowa pisanego, wirtuozem pióra, luminarzem słowa. Przyznaję szczerze, podzielam od dawna pragnienie Etel. Niemniej jednak dziewczynie z powieści Mayoral przyświecają inne priorytety w dziedzinie pisarstwa niż mnie. Zamiast tworzyć światy równoległe, alternatywne, oniryczne przestrzenie, (nie)rzeczywistości deliryczne, groteskowe i psychodeliczne, młodziutka Etel wybiera pisanie w celu lepszego zrozumienia siebie, swoich uczuć i wrażeń. Jej radość tworzenia i odkrywania tajemnic świata jest urocza. Naprawdę urocza, bez ironii.

Bez wątpienia książkę Mayoral, paradoksalnie, wbrew tytułowi (który sugeruje co najmniej kryminalną historię), polecić można młodszym czytelnikom – romantycznym czy raczej sentymentalnym duszom, wiecznie poszukującym ulotnych i eterycznych miłosnych poruszeń serca. Etel, niezwykle naiwna dziewczynka (nie jest to mój typ bohaterek literackich, otwarcie i szczerze przyznaję-wyznaję), pewnego dnia dowiaduje się od swojego szkolnego kolegi, Juancho, że jej krewna Inmaculada de Silva zabiła dzielnego, ba! legendarnego bojownika, partyzanta o nazwisku Antón del Cañote. Informacja ta stanowi, co nie powinno dziwić, katalizator kolejnych wydarzeń – Etel wraz z Juancho i kuzynką Catarą postanawiają odtworzyć ostatnie chwile Inmaculady oraz Antóna, a także zrekonstruować relacje między dwojgiem młodych ludzi. Każdy świadek podaje nieco inną wersję wydarzeń. Co się stało naprawdę? Oczywiście, nie dowiemy się, pozostaną nam (tak jak i bohaterom powieści Mayoral) domysły, ba! sami możemy podążyć śladami Etel i dopisać swój własny ciąg dalszy – czyż to nie bardziej elektryzujące i ekscytujące, niż jednoznaczne rozwiązanie wszystkich sekretów?

Jak się wydaje, Mayoral wcale nie chce ofiarować czytelnikowi prostej opowieści o odkrywaniu tajemnic przeszłości, wręcz przeciwnie – z jednej strony historia Inmaculady i Antóna ma stanowić asumpt czy pretekst do napisania przez Etel wymarzonej powieści, z drugiej zaś – dziewczyna liczy, że jeśli zrozumie tajemniczy związek kobiety z wyższych sfer z partyzantem, to wówczas łatwiej jej będzie określić swoje uczucia względem Juancho. Czytaj dalej

Hagiografia dwudziestego pierwszego wieku? Recenzja „Trzech żywotów świętych” Eduarda Mendozy

Trzy opowiadania, kryjące się pod pozornie wieloznacznym, przewrotnym, ba! niektórzy powiedzieliby, że kontrowersyjnym tytułem, powstały w różnych okresach życia i twórczości hiszpańskiego pisarza, dość dobrze znanego w Polsce (ot, chociażby za sprawą Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa), Eduarda Mendozy (ur. 1943). Tytuł Trzy żywoty świętych koresponduje oczywiście z, pisanymi już od starożytności, legendami o świętych (męczennikach), a zatem stanowi niewątpliwą aluzję do hagiografii. Czy jednak poszczególne opowiadania, czytane w oderwaniu od narzuconej nam odgórnie, instytucjonalnie idei, myśli przewodniej, rzeczywiście odsyłają nas ku zdekonstruowanym żywotom świętych? A gdyby przeczytać każde opowiadanie jako odrębne dzieło literackie, pozwolić im zaistnieć jak twory (chociaż częściowo) autonomiczne, nieuwikłane w dyskurs quasi-religijny?


Trzy żywoty świętych* otwiera, pisany w pierwszej osobie, utwór Wieloryb (pomijam konotacje biblijne). Oto biskup Fulgencio Putucás z San José de Quahuicha w 1952 roku podczas Kongresu Eucharystycznego trafia do pewnej barcelońskiej rodziny. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że wielebny jest człowiekiem o zupełnie innej naturze niż większość europejskich kapłanów. Jego podróż do obcego kraju zamieni się w wyprawę w poszukiwaniu własnej drogi. Peregrynacja biskupa ma na celu, jak się zdaje, doprowadzenie go do (z)rozumienia znaczenia i sensu życia – tak, nie do nadania sensu, ale do zrozumienia. Fulgencio Putucás przekracza swoje dotychczasowe „powołanie”, by dążyć wpierw w kierunku pijaństwa, łajdaczenia się, aż ku kontemplacji, wyciszeniu. Dość interesująca wydaje się koncepcja narratora, który spogląda na wydarzenia z co najmniej dwóch perspektyw. Wspomina spotkanie z biskupem po wielu latach, a zatem gdy narrator-bohater jest już człowiekiem dojrzałym. Jednakże próbuje jednocześnie odwzorować i przywrócić swoje myśli, spostrzeżenia z czasów dzieciństwa oraz wczesnej młodości, kiedy na jego drodze pojawił się ów niecodzienny gość, przewrotny święty. Czytaj dalej

Pamiętaj o obietnicy. Recenzja „Księcia Mgły” Carlosa Ruiza Zafóna

Od razu się przyznam, że książek Carlosa Ruiza Zafóna nie czytałam do tej pory, toteż Książę Mgły (nota bene debiutancka powieść Zafóna) jest pierwszym przeczytanym przede mnie utworem tego hiszpańskiego pisarza. Nie miałam żadnych wyobrażeń, jak wygląda (literacki) świat wykreowany przez Zafóna, żadnych „przedsądów”, ba! nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać, poza tym, iż Książę Mgły jest powieścią (raczej) młodzieżową.


Fabuła – jak to w przypadku książek pełnych magii i kuglarskich sztuczek – nie jest specjalnie zaskakująca (przynajmniej na pierwszy rzut oka). Ot, troje rodzeństwa (Max, Alicja i Irina) wraz z rodzicami przeprowadzają się do tajemniczego domu. Już od początku mają miejsce zdumiewające i kuriozalne zdarzenia, w które wplątują się dzieci, rodzice zaś pozostają w swoim „racjonalnym” świecie (świecie bez magii).

Wydawać by się mogło, że Zafón w pełni wykorzystał schemat fabularny młodzieżowej powieści „magicznej”, niewiele dodając od siebie. Nic bardziej mylnego. Magia i czary, pojawiające się na kartach Księcia Mgły, mogą zdumiewać nie tylko dziecko czy młodego człowieka, ale także dorosłego czytelnika – powieść Zafóna jesteśmy bowiem w stanie odczytywać na nieco wyższym poziomie, niż tylko jako interesującą propozycję spod znaku „magii dla młodzieży” czy „niesamowitych przygód” młodych bohaterów.

W Księciu Mgły odnajdziemy wiele elementów znanych z powieści (i filmów) grozy – oczywiście, nieco ułagodzonych, wszak to książka też (przede wszystkim?) dla młodszych czytelników. Niemniej jednak niektóre wydarzenia czy sytuacje z Księcia Mgły potrafią przestraszyć i starszych odbiorców (dobry przykład z szafą, która – mimo iż jest tak „ogranym” „rekwizytem” – skutecznie buduje napięcie i podnosi ciśnienie czytelnikowi). Co ciekawe, Zafónowi udało się świetnie połączyć tak ambiwalentne symbole, jak „cyrk”, „cyrkowiec”, „mag”, „wrak statku”, z dość trudną problematyką, powiązaną z odpowiedzialnością, moralnością, etyką, wywiązywaniem się ze złożonych obietnic. Czytaj dalej

Balansując nad Przepaścią. Recenzja „Eksploratorów przepaści” Enrique Vili-Matasa

Mogłabym zaryzykować twierdzenie, że w stanach granicznych, takich jak zdrowie-choroba, zdrowie (psychiczne)-choroba psychiczna, równowaga (psychiczno-cielesna)-zaburzenia (psychosomatyczne), jawa-sen, zmierzamy się z tą częścią świata (czy może raczej przestrzeni), z której istnienia nie w pełni zdajemy sobie sprawę na co dzień albo po prostu nie chcemy przyjąć do wiadomości takiej ewentualności. Innymi słowy, to, co wielu nazywa „metafizycznością”, albo to, co w buddyzmie określa się mianem „pustki”, przybliża się do nas z wielką mocą w momentach „prześwitu”, na granicy, podczas przekraczania jednego stanu (ducha, umysłu) i wchodzenia w kolejny. Takie stany Enrique Vila-Matas będzie nazywał „przepaścią”, natomiast tych, którzy wyruszą na poszukiwania owej „przepaści”, „rozpadliny”, „pęknięcia” w gładkiej tafli świata, hiszpański pisarz określi mianem „eksploratorów”.


Enrique Vila-Matas urodził się w 1948 roku w Barcelonie. Plotka głosi, że zaczął pisać pod wpływem ekscentrycznego sposobu bycia… Witolda Gombrowicza. Jest autorem zarówno powieści, opowiadań, jak i zbiorów esejów. Jego dzieła tłumaczone są na wiele języków, w tym i na język polski. W Polsce już dwudziestego drugiego września 2010 roku światło dzienne ujrzy kolejna książka Vili-Matasa, po utworach: Bartleby i spółka, Paryż nigdy nie ma końca oraz Krótka historia literatury przenośnej. Eksploratorzy przepaści, bo o nich mowa, to zbiór osobliwych opowiadań, opowieści z podróży do kresu ludzkiej (samo)świadomości.

Trudno mówić o fabule w kontekście tak wielu opowiadań, zważywszy, że niektóre z nich są niezwykle krótkie – tak, iż momentami przywodzą na myśl swoistą prozę poetycką, minitraktat czy (mini)esej (Samotna sława zdaje się być bardziej esejem niźli opowiadaniem), nie mówiąc już o tych utworach, które swoją strukturą przypominają swego rodzaju kartkę z księgi cytatów ze światowej literatury (choćby Jeszcze jedna opowieść chasydzka czy Epilog). Czytaj dalej