Fabryka automatów. Słów kilka o „Strefie próżni” Nomy Hiroshiego

Poddawany przemyślanej reedukacji zamieniasz się w kukiełkę, wydrążone ciało do wykonywania mniej czy bardziej bezsensowych rozkazów, podyktowanych kaprysem, znudzeniem albo chęcią zagarnięcia większych przywilejów, zgromadzenia bogactwa. Lecz gdzieś tam poza otchłanią reifikacji, poza fabryką automatów, robotów produkowanych z ludzi, istnieje „prawdziwe” życie. Strefa próżni"To tam zapieczętowana i ukryta została samoświadomość. Bo gdy kiedyś uda ci się powrócić do domu, odnajdziesz i wyzwolisz „ja” z więzów.

Początek 1944 roku, wojskowe koszary w Osace. Po dwóch latach więzienia, na trzy miesiące przed końcem kary, wychodzi niegdysiejszych pracownik intendentury i starszy szeregowiec Kitani Riichirō. Początkowo ukrywa swój pobyt w areszcie, korzystając z ogólnego wrażenia żołnierzy, że wrócił ze szpitala. Magnetyczna, elektryzująca siła i tajemnicza przeszłość Kitaniego przyciągają jednego z wojskowych zajmujących się kancelarią, Sodę Harajiego. Chciałby zaprzyjaźnić się z tym mężczyzną stroniącym od innych, wyraźnie odbijającym się w „strefie próżni” – jak nazywa Soda koszary. Ich pełna nieporozumień, niedopowiedzeń znajomość naznaczona jest z jednej strony pragnieniem krwawej zemsty Kitaniego na osobach, które niesłusznie skazały go na więzienie, oraz miłością do prostytutki Hanae, z drugiej zaś – próbami przełamania tchórzostwa i oportunizmu przez Sodę, uzmysławiającego sobie z przerażeniem, że wojsko czyni z ludzi automaty do wykonywania rozkazów, odhumanizuje, niszczy godność i jednostkowość – wszystko pod maską walki o ojczyznę. Pod sloganami bowiem ukrywają się podłe, wyrachowane działania żądnych władzy i przywilejów.

W 1952 roku ukazała się antywojenna powieść japońskiego pisarza, krytyka literackiego Nomy Hiroshiego (1915-1991) o znamiennym tytule „Strefa próżni”. Polskie wydanie pojawiło się bardzo szybko, bo w 1957 roku, ale niestety oparte o francuskie tłumaczenie, w dodatku słabe literacko, kulejące językowo, pełne widocznych ściegów, zszyć, przeskoków narracyjnych (jakby coś usunięto, wycięto, zdemontowano – albo to tylko wrażenie…), niezgrabności stylistycznych. Szkoda, bo pełne niuansów, intrygujących znaków, elementów jak choćby strumienie świadomości (bardziej w stylu Virginii Woolf niż Jamesa Joyce’a), gorzkie w wymowie dzieło Nomy zasługuje na czytelniczą uwagę – może kiedyś doczeka się wznowienia, ale tym razem w tłumaczeniu z oryginału. Czytaj dalej