„Czym jest »ja«?”. Słowo na marginesach „Drugiego brzegu” i „Na granicy życia” Gao Xingjiana

Widzisz, jak ten piękny świat rozpada się na kawałki. Odbierają ci pamięć i mowę, pętają, uzależniają, manipulują. Czynią z ciebie manekina, marionetkę, kukiełkę pociąganą za sznurki. Gao Xingjian, "Drugi brzeg"Wyzwoleniem może okazać się wejście w głąb siebie i posklejanie „ja”, nie tyle zrekonstruowanie, ile świadome zbudowanie, a nawet rozszczepienie. „Ja” bywa „ty”, „ona”, „on”, a „ty”, „ona”, „on” bywa „ja”. Czym jednak jest „ja”?

W polskim przekładzie oprócz powieści z 1990 roku „Góra duszy” ukazały się także dwa dramaty chińskiego twórcy, mieszkającego od ponad dwudziestu lat we Francji, Gao Xingjiana (ur. 1940). „Drugi brzeg” (1986) i „Na granicy życia” (1991) zaopatrzone zostały przez autora we wskazówki dotyczące wystawienia obu sztuk. Gao przygotował je jako swego rodzaju wprawki dla aktorów, ćwiczenia warsztatowe, by mogli osiągnąć wszechstronność i by zanurzyli się w – można zaryzykować twierdzenie – Parateatr i inne artystyczne projekty kreowane przez Jerzego Grotowskiego (1933-1999). Do polskiego reżysera teatralnego i teoretyka teatru odwołuje się Gao w uwagach do „Drugiego brzegu”, pisząc choćby, że „Metody kształcenia aktora Grotowskiego polegają na pomaganiu aktorom odkryć swe »ja« i uwalniają jego ukrytą energię poprzez wszechstronne ćwiczenia relaksujące ciało i umysł. (…)” [s. 49]. Ale obie sztuki Gao odbierać można w dużej mierze poprzez teatr Tadeusza Kantora (1915-1990), by wydobyć z nich kolejne tony, między innymi dźwięki i ciszę. Publikacja Wydawnictwa Naukowego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w przekładzie Izabelli Łabędzkiej została zaopatrzona przez tłumaczkę w krytyczny tekst „Między życiem a śmiercią, między realnością a snem: ku wyobraźni onirycznej”. Czytaj dalej

Makabryczna baśń. Parę słów o „Bum!” Mo Yana

To pierwsze spojrzenie na świat jest dziecięce, naiwno-niewinne, czyste, krystaliczne. Stopniowo zostaje zbrukane, zaplamione, zakrwawione. Ale jeszcze broni się przed ostatecznym przeobrażeniem. Mo Yan, "Bum!"Pozostają w nim cząstki zachwytu drobnymi elementami, rozbłyskami, fenomenami, zjawiskami „nadnaturalnymi”, które zdają się prawdziwą, autentyczną i integralną częścią (czaso)przestrzeni. Oszołomienie wielowymiarową rzeczywistością, zbieranie doświadczeń, poznawanie, zagłębianie, eksplorowanie pokrętnych ścieżek świata oraz ludzi przyprawiają o zawrót głowy, a niekiedy o obłęd, szaleństwo, paranoję. A jeśliby tak zatrzymać się na etapie dziecięcego postrzegania? Okopać się w iluzorycznym królestwie s(n)łów…

Młodzieniec Luo Xiaotong przybywa do świątyni, gdzie znajduje się Końskie Bóstwo związane z witalnością seksualną. Pragnie, by mnich Lan przyjął go na ucznia. Mistrz pyta, ile miał lat dekadę temu, w 1990 roku. Xiaotong wówczas był dziesięciolatkiem i mieszkał w Wiosce Rzeźników jako syn Yang Yuzhen i Luo Tonga, który uciekł z prowadzącą lokalną knajpę Dziką Mulicą. Po paru latach, gdy matka z synem zajęli się handlem złomem i odkładali każdy grosz, by wybudować wielki dom, wrócił. Ale nie sam, bo z córeczką Jiaojiao. Xiaotong snuje opowieść o swojej chłopięcej afirmacji mięsa czy wręcz miłości do mięsa oraz nieprzeciętnej inteligencji, żywych i śmiałych pomysłach, o wiosce, (w) której przewodził Lan i jako pierwszy zaczął tłoczyć mięso wodą, a za jego przykładem poszli pozostali. Mówi również o symbolicznej zemście na dorosłych, którzy zdemolowali jego świata. Historia Xiaotonga, podzielona na czterdzieści jeden wystrzałów nawiązujących do kupionego niegdyś od starszego małżeństwa moździerza i odnalezionych później czterdziestu jeden pocisków, stopniowo przechodzi w rejestry nie tylko oniryczne, ale i makabryczne, krwawe, lubieżne, erotyczne, zmysłowe, naturalistyczne. Przeszłość odzwierciedlająca się czy odbudowująca się w jego słowach nieustannie bywa rozpraszana widmami, obrazami, festiwalami, rozpasanymi karnawałami, korowodami ludzi pojawiającymi się w świątyni Końskiego Bóstwa czy wreszcie lustrzanym odbiciem Xiaotonga – posążkiem Mięsnego Chłopca utworzonym na pamiątkę dziecka, które kochało mięso. Paralelne opowieści (czasy dziecięctwa Xiaotonga i czas narracji) zazębiają się, zakrzywiają, tworząc błędne koło, z którego w zasadzie nie ma ucieczki. Czytaj dalej

Rzut kośćmi. Kilka słów o „Eksplozji” Jerzego Franczaka

Czy wszystko to rzut kośćmi (który „nigdy nie zniesie przypadku”*), ślepy traf, los wyciągnięty na wielkiej loterii świata, aleatoryczność w procesie „(s)twórczym”, konieczności, koincydencje, przemyślany przez demiurga albo Absolut ściśle realizowany plan, otwarta niezapisana księga? Eksplozja"Wybierz dla siebie, na własny użytek iskrę kierującą, łączącą i rozdzielającą, krzyżującą i odwracającą, przewracającą, przekształcającą, tasującą. Albo wciąż poszukuj, przemierzaj czasoprzestrzenie, różne światy, by odkryć tajemnicę, odsłonić prześwity napięcia między nicością a istnieniem.

Pisarz, literaturoznawca Jerzy Franczak (ur. 1978) poprzez wydaną w 2022 roku „Eksplozję”, (można zaryzykować twierdzenie, że) eksperymentalną powieść zaprasza czytelnika do antropologicznej gry, tyleż literacko-językowych, ile kulturowych szarad. Skonstruowana z licznych detali (istna „detalioza”, ta drobiazgowość w rejestrowaniu i opisywaniu!), elementów (pop)kulturowych transponowanych z rzeczywistości do literatury, patchworkowa, (de)kolażowa, wysłowiona rozmaitymi (szeroko pojętymi) językami współczesności opowieść zaczyna się od tytułowego (domniemanego) wybuchu w krakowskiej winiarni. Narrator na wstępie przewrotnie podsuwa jeden z potencjalnych tropów – ot, za sprawą Filipa, niedoszłego pisarza, nastąpiła eksplozja. Ale taśmę trzeba cofnąć. Wrócić do wcześniejszych kadrów, których czytelnik-(p)o(d)glądacz nie miał okazji poznać. Należy przyjrzeć się ofiarom – nieszczęśnikom, którzy właśnie wybrali się w piątkowy wieczór do tego lokalu. Czym się kierowali? Trzeba prześwietlić ich myśli, słowa, czyny. Zrekonstruować przeszłość, znaleźć źródło, (pra)przyczynę. Przekopać się przez przeszłość nie tylko bohaterów, ale również ich przodków, zrobić istny pochód, korowód protoplastów. Czy to sploty historii krewnych, skoligaconych ludzi, wpisanych nie tylko w linie po mieczu i po kądzieli, ale i pokątne wymiary, zaułki przeszłości, przyczyniły się do tego, że znaleźli się właśnie tu i teraz, o tej porze? Igraszka fatum, a może… Ale o tym za chwilę. Teraz czas na aktorów przedstawienia, którzy utknęli w tej wyrafinowanej „pułapce wiecznej chwili” [s. 91]. Czytaj dalej

Gubienie istnienia. Słowo o „Podziemiu pamięci” Ogawy Yōko

W nocy trwa proces gubienia. Początkowo pokątny, z czasem się rozzuchwala. Drobne i większe elementy zostają utracone, wyrwane z korzeniami, by nie pozostało po nich nic, co pozwoliłoby im kiedykolwiek odrosnąć. Rozmywają się w cieniu snu. Ogawa YōkoPodziemie pamięci"O świcie zaczynasz przemierzać podziurawioną, pełną mikroprzepaści czasoprzestrzeń. Ale zdajesz sobie sprawę, że proces anihilacji sięgnie kiedyś i ciebie. Nie pozostanie nawet głos ani echo.

Nikt nie pamięta, od kiedy na wyspie stopniowo znikają poszczególne elementy. „Rzeczy utracone”, rozpływające się detale świata w mgle niepamięci tworzą wyrwy. Tajna policja kontroluje prawidłowy przebieg wyzbywania się wspomnień. Są bowiem ludzie, którzy nie potrafią zapomnieć, jak zabrana przez „łowców wspomnień” piętnaście lat temu matka narratorki, rzeźbiarka. W sercu tych na swój sposób wybranych czy naznaczonych osób wciąż żywe są reminiscencje związane z tym, co zniknęło. Część z nich ukrywa się w tak zwanych melinach, inni symulują utratę wspomnień. Narratorka-przewodniczka po wyspie pełnej pustych miejsc, plam, próżni, jest pisarką. Każda jej powieść dotyczy utraty i właśnie pracuje nad czwartym utworem. Pewnego dnia dowiaduje się, że R., który jest jej redaktorem, zachowuje pamięć rzeczy. Kobieta pragnie uchronić go przed tajną policją i wspólnie z zaprzyjaźnionym staruszkiem, mężem swojej niegdysiejszej, nieżyjącej już niani, obmyślają ryzykowny plan ocalenia.

Ogawa Yōko (ur. 1962) w 1994 roku opublikowała „Podziemie pamięci”, powieść niesamowitą, pełną rozgałęzień, labiryntową, meandryczną, lustrzaną, anamorficzną, z elementami oniryzmu, absurdu, surrealizmu, fantastyki, dotykającą kwestii związanych między innymi z pamięcią, przeszłością, tożsamością, kruchością „ja”, które konstytuowane jest w jakiejś części przez wspomnienia, więzi, nici łączące z innymi ludźmi oraz rzeczami i miejscami. Czytaj dalej

„Ja” wewnętrzne. Kilka słów o „Prawie linii” Pyun Hye-young

Narastające poczucie nieprzystawalności, niemożności połączenia z innymi prowadzi niekiedy do wyzbywania się samego siebie, by nie pozostać kimś obok, na obrzeżach, marginesach, rubieżach codzienności. Prawo linii"Narzędziami do mniej czy bardziej siłowego wmontowania się w społeczeństwo staną się choćby dwa gesty – spełnianie cudzych oczekiwań oraz wpisywanie się w wyznaczone przez tymczasowych reżyserów przedstawienia role. Ale to po pewnym czasie wywołuje frustracje. Za maskami, kostiumami rozrastają się i skrywają gniew, rozgoryczenie i żal, rozczarowanie, nienasycone pragnienie akceptacji, bolesne poczucie krzywdy z powodu odrzucenia, jeśli nie jest się takim, jakim chcą nas widzieć inni. Im dłużej utożsamiasz się z wykreowanym na potrzeby sztuki wizerunkiem, tym bardziej ciemność rozplenia się wewnątrz ciebie, przenika, przepoczwarza, przekształca cię w potwora zdolnego do krwawego odwetu.

Dom dwudziestosześcioletniej Yun Se-o, będący dla niej jedynym bezpiecznym miejscem, scalającym jej kruche istnienie, konstytuującym jej „ja” wewnętrzne, spłonął. Poparzeniu uległ ojciec dziewczyny – jedyny, który chronił ją przed przemocą świata. Rzeczywistość Se-o uległa rozpadowi. Znajdzie jednak osobę winną zrujnowania jej przestrzeni, upadku i powstałej po tym próżni, niemożliwej do zapełnienia pustki. W tym samym czasie nauczycielka Shin Ki-jeong zmaga się z niesatysfakcjonującą pracą, męczącym odgrywaniem ról, ukrywaniem „ja” wewnętrznego, zamiast istnieć autentycznie, zgodnie z samym sobą. Jeden z uczniów ściągnął na nią kłopoty, w wyrachowany i przebiegły sposób wyzwolił w niej agresję, by odwrócić uwagę od swoich wybryków. Jakby tego było mało, kobieta otrzymuje telefon z policji o odnalezieniu jej młodszej przyrodniej siostry. Losy Se-o i Ki-jeong przetną się, by każda z nich mogła nie tylko odblokować cząstkę skrywanych złości, rozgoryczeń, pragnienia zemsty, ale i zdecydować, czy nadal uciekać (od siebie).

Południowokoreańska pisarka Pyun Hye-young (ur. 1972) w 2015 roku opublikowała powieść „Prawo linii” poświęconą między innymi kwestiom przypadku, pozorów i kłamstw w relacjach międzyludzkich, powiązań, więzi, nici łączących poszczególne osoby i wpływających na ich los, podejmowane decyzje. Czytaj dalej

„Wiek braku wątpliwości”. Słowo o „Złotych czasach” Wang Xiaobo

W młodzieńczej ucieczce od absurdalności świata jednym z nielicznych miejsc, gdzie można się skryć, wydaje się ciało. Chociaż kruche i delikatne, to jeszcze nie zostało w pełni zawłaszczone przez czas i okoliczności.Wang Xiaobo, "Złote czasy"

Chiński pisarz Wang Xiaobo (1952-1997) powołał do istnienia swoje alter ego*, literackie wcielenie – Wang Era, łajdaka i obwiesia, jak o sobie mówi, zmagającego się z seksualnym nienasyceniem bohatera wielu opowieści*. W tomie „Złote czasy” opublikowanym w 1991 roku, a pisanym od 1982 roku, prezentuje wyimki z życia młodzieńca podczas rewolucji kulturalnej w Chinach, zwłaszcza inicjacje w seks i w śmierć. Trzy utwory wchodzące w skład książki: „Złote czasy”, „Trzydzieści lat, wiek dojrzałości” oraz „Lata płyną jak woda”, zbudowane zostały na zasadzie retrospektywnych obrazów – w dużej mierze dykteryjek, historyjek, opowiastek, epizodów – a w ich obrębie pojawią się ciekawie wprowadzone antycypacje („rozkołysujące” opowieść), symultaniczność, paralelizmy, streszczenia, elementy dialogów imitujących sceny ze sztuki teatralnej czy wypowiedzi przywodzące na myśl literaturę faktu, reportaż à rebours, na opak. Nie brakuje – jak w „Miłości w czasach rewolucji” – aluzji literackich i artystycznych, nawiązań, trawestacji, cytatów. Kanwą (a może wyłącznie jedną z licznych inspiracji, przykładowym kluczem do deszyfracji „Złotych czasów”?) jest dla Wanga „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta**. Autor odczytuje cykl powieści francuskiego pisarza jako rejestrowanie „płynących jak woda lat”, które „są wszystkim, co posiada człowiek, to jedyne, co naprawdę do niego należy. Wszystkie chwile szczęścia i smutku, które w mgnieniu oka umykają przez palce jak płynąca woda.” [s. 231] A rozmaicie przekształcana i rozwijana (w trzecim utworze) fraza „lata płynące jak woda” stanie się refrenem, nada rytm opowieści i będzie rezonować z innymi utworami Wang Xiaobo. Czytaj dalej

„Pierdolamento”*. Kilka słów o opowiadaniach z tomu „Drogie dziecko” Liu Maruli

Chcesz być „na chwilę”, tymczasowo, „aż-nie-znajdzie-się-ktoś-lepszy-niż-ty”, „na zastępstwo”? Chcesz zostać „klinem”, antydotem na cudzy zawód miłosny albo zabawką, kimś (czymś) do rozrywki, do wykorzystania i odrzucenia, bez zobowiązań? Liu Marula, "Drogie dziecko"Czy naprawdę tego chcesz?

Liu Marula (właśc. Liu Zijie, ur. 1980) to tajwańska eseistka, scenarzystka, dziennikarka, pisarka. Określana jest jako jeden z głosów tajwańskich kobiet XXI wieku, zrywający z tradycyjnymi, społecznie uwarunkowanymi i utrwalonymi modelami, rolami i sposobami mówienia oraz pisania o kobietach. W polskim przekładzie ukazało się dziesięć opowiadań Liu Maruli, powstałych między 2001 a 2013 rokiem. I pierwsze, co widoczne będzie, gdy sprawdzimy daty napisania poszczególnych utworów, to narastająca ironia oraz wyostrzający się dowcip autorki, ocierający się sarkazm, gorzkie uwagi wplecione w opowieści, ale nierzadko także niestety pierwiastek nieprawdopodobieństwa podważający interesująco zarysowany wstęp i koncepcję narracji. Tajwańska twórczyni ma tak zwane „lekkie pióro”, swobodnie żongluje słowami, frazami, motywami, wątkami, seksualnymi ekscesami i zmysłowymi doznaniami bohaterów, literackimi obrazami, kadrami przywodzącymi na myśl filmowe. Tak nagle jak wchodzimy w literacki świat i życie poszczególnych postaci, tak samo szybko (i bez ostrzeżenia) z niego wychodzimy, bez puenty, bez zamknięcia – ot, czytamy o epizodzie albo kilku wyimkach, uzupełnionych retrospekcjami, by lepiej zrozumieć sytuację i mieć niezbędny kontekst, najczęściej bez nadmiarów i dodatków. Narracja w większości utworów płynie warto, w dużej mierze pozbawiona jest przestojów i dłużyzn, ale pojawiają się zgrzyty, choćby mało autentyczne sytuacje i zdarzenia. Co gorsze, jeśli zagłębić się w te sprawnie napisane opowieści, okaże się, że są mniej czy bardziej atrakcyjną wydmuszką, kuglarską, prestidigitatorską sztuczką, iluzorycznie i powierzchownie mogą błyszczeć, nęcić i przyciągać, lecz są puste semantycznie, wydrążone. Jak bohaterowie. Czytaj dalej

Antroponomastyka. Kilka słów o książeczce „Podbipięta, czyli co się kryje w nazwiskach” Michała Rusinka

Młodsi i starsi eksploratorzy lingwistycznych przestrzeni zagłębiają się niekiedy w jeden z działów onomastyki, badającej nazwy własne – antroponomastyki, która zajmuje się nazwami osobowymi (antroponimy), czyli między innymi: imionami, nazwiskami, przydomkami czy przezwiskami i pseudonimami. Michał Rusinek, "Podbipięta, czyli co się kryje w nazwiskach"Na początek na własny użytek oglądają ze wszystkich stron swoje imię i nazwisko, by odczytać zakodowane w nich znaczenia, odniesienia, aluzje. Z czasem pasja badawcza może się rozrosnąć i dekodować zaczną kolejne nazwy.

Literaturoznawca, tłumacz i pisarz Michał Rusinek (ur. 1972) w kolejnej ze swoich książek dla (naj)młodszych podróżników po językowych (czaso)przestrzeniach sięga po nazwiska i to, co (albo kto!) się w nich maskuje. Publikację „Podbipięta, czyli co się kryje w nazwiskach” rysunkami uzupełniła graficzka i ilustratorka Joanna Rusinek. Tylko szkoda że kilka stron nie jest w jaśniejszych kolorach albo odcieniach, bo tekst i tło trochę się zlewają. Zawarte treści skonsultowane zostały z językoznawcą, dialektologiem, leksykografem Arturem Czesakiem. Wbrew pozorom nie jest to książeczka wyłącznie dla dzieci i młodzieży, ale również bardzo ciekawy wstęp dla starszych czytelników i dobry impuls, by przebudzić w sobie dociekliwego detektywa językowego. Czytaj dalej

Motyl. Myśli parę o „Białej elegii” Han Kang

Skrzą się śnieżne kwiaty wyhaftowane przez mróz na szkle. W lodowych korytarzach pałacu, w ciemności śmierci rozbłyskują światła życia, migoczą jak gwiazdy, promyki nadziei. Han Kang, "Biała elegia"Twój delikatny oddech jest świadectwem istnienia i stabilizatorem świata. Dlatego nie odchodź, zostań.

Pomysł na „Białą elegię” Han Kang (ur. 1970) przebłyskiwał przed 2016 rokiem, jeszcze zanim autorka zdecydowała się na przyjazd do Warszawy na zaproszenie koreanistyki Justyny Najbar-Miller, ale to w Polsce zaczął się krystalizować i tu powstał szkic pierwszej części. Południowokoreańska pisarka przyjechała ze swoim synem i w okresie zimowym. W mroźnym powietrzu, w śnieżnej aurze przyglądała się miastu pełnemu blizn, odbudowanemu wskrzeszonemu po wojnie z ruin, zgliszcz. Przebywanie w osamotnieniu w obcym miejscu, gdy nie zna się języka, wydobywa z mroku niepamięci dawne wspomnienia, które napływają strumieniami, jakby zostały wreszcie uwolnione, wyzwolone. Któregoś dnia Han Kang, rozmyślając o koncepcji „Białej elegii”, zdecydowała, by na początku upamiętnić pierwsze dziecko swojej matki. Jej matka bowiem przedwcześnie urodziła córeczkę, która przeżyła dwie godziny. Na chwilę jednak otworzyła oczy i patrzyła na mamę. Kobieta szeptała dziecięciu, by nie umierało, jakby wzywała je do przekroczenia punktu granicznego, przejścia, wytrzymania kryzysu. Odejście dziecka, niejako pozostawienie przez niego (pustego) miejsca, dało przestrzeń do narodzin autorki. I jednym z węzłów „Białej elegii” będzie ta wstrząsająca myśl – gdyby nie czyjaś śmierć, ktoś inny by się najprawdopodobniej nie urodził.

Utwór południowokoreańskiej pisarki utrzymany jest w poetyce lekko onirycznej, to swego rodzaju medytacja, zbiór śnieżnych szkiców, esejów, prozy poetyckiej, minitraktatów poświęconych stracie, pożegnaniu nie tylko najdroższej osoby, ale i samego siebie, odchodzeniu każdego dnia po kawałku, cząstce. Czytaj dalej