„Wiecznotrwałe milczenie”. Słów-myśli parę o wyborze poezji Yu Jiana – „Świecie wejdź”

Pierwsze dźwięki uformowane w słowa stopniowo narastają jak słoje drzewne znaczeniami. Metafory pierwotne zacierają się, ustępując miejsca kolejnym paralaksom, przesunięciom, anamorfozom, przekształceniom, rozszerzeniom pól semantycznych. W tym morzu możliwości, ogromie odczytań pojawiają się co jakiś czas archeolodzy mowy. Starannie odgrzebują warstwy, by dotrzeć do praźródła, prasłowa.

„Świecie wejdź” – polski wybór wierszy i poematów Yu Jiana (ur. 1954), jednego ze współczesnych chińskich poetów, twórców „poezji (z/dla) ludu”, czerpiącej ze „strumienia życia”, przeciwstawnej „poezji intelektualistów”, zaopatrzony został przez tłumaczkę Joannę Krenz świetnym wprowadzeniem. Zbiór otwiera jednak szkic-esej Yu Jiana z 2017 roku „O rybie, która umie tłumaczyć”, poświęcony zarówno spotkaniu autora z Joanną Krenz, styczności z polską poezją, zdjęciu, które zostało wykorzystane na okładce, jak i poetyckiemu credo Yu, jego wizji języka i metafory, niemożności przekładu z żadnego języka w ogóle, ale szczególnie z języka chińskiego, w którym każda kreska, znak, dźwięk rozbrzmiewający z zapisu i poza nim świadczą o idiomatyczności, nieprzekładalności.*

W kolejnych tekstach wprowadzających w świat poetycki Yu Joanna Krenz przybliża sylwetkę autora, który miał 12 lat, gdy ogłoszono rewolucję kulturalną i jego ojciec został napiętnowany. Doświadczenia tamtego okresu odcisnęły silne piętno na późniejszej twórczości Yu. Nieustannie powraca do swojego chłopięctwa i typowego dla dziecięcia odkrywania świata, a zwłaszcza samego siebie, swojego ciała – ale ten czas zawłaszczony został przez polityczno-społeczne walki, napięcia. Polska sinolog pisze o swoim pierwszym spotkaniu z Yu i rozmowach z nim, przedstawia jego życiorys, literackie i filozoficzne inspiracje, pomocne do roz-czytywana i od-czytywania jego utworów. W odrębnym szkicu Joanna Krenz porusza temat jubileuszu stu lat poezji chińskiej hucznie celebrowanego w 2016 roku, wskazując na kluczowy, przełomowy moment w chińskim myśleniu poetyckim – w 1916 roku pojawił się pierwszy wiersz w tak zwanej „białej mowie”, czyli w języku codziennym, data jego publikacji 28 sierpnia 1916 roku jest symboliczna. Polska sinolog rekapituluje powojenne podporządkowanie poezji polityce, zarysowuje czasy rządów Mao, między innymi rewolucję kulturalną i podziemnie rozwijającą się wówczas poezję, aż po upadek Mao i „poezję mglistą” (której przedstawicielem jest Duo Duo – w przekładzie Małgorzaty Religi ukazały się jego „Wiersze wybrane” w 2013 roku). Zasadniczo „ja” poetyckie „powróciło” do chińskiej poezji po 1976 roku, ale – można zaryzykować twierdzenie – rozproszyło się na liczne strumyki, rzeki, odnogi. Twórczość poetycka od wczesnych lat 80. XX wieku bowiem jest w Chinach nienazwana, nieuporządkowana, przesiąknięta wieloma „izmami”. Joanna Krenz zwraca uwagę, że z grubsza można wyodrębnić dwa nurty czy dwie koncepcje – „strumień świadomości” i „strumień życia”. Pierwsza z nich wyewoluowała dekadę później w „poezję intelektualistów”, zaś druga – w „poezję (z/dla) ludu”. I reprezentantem tej ostatniej jest Yu Jian.

„Świecie wejdź” składa się z 83 wierszy, z czego 48 należy do dwóch cykli („Karteluszki” i „Słoniowe stopy”, jeden to otwierające tom opus magnum Yu Jiana – „Kartoteka 0”, a pozostałe są rozproszonymi utworami, pochodzą z różnych tomów poetyckich, powstawały między 1982 a 2017 rokiem. Wydawnictwo Akademickie Dialog poezje Yu wydało, co cenne, w wersji dwujęzycznej (łącznie z esejem autora) – polskiej i chińskiej. A zaprezentowana polskiemu odbiorcy twórczość poetycka Yu jest intrygującym wejściem do laboratorium-morza, z którego wyłowić można zaskakujące „słowoobrazy”, „słowodźwięki”, toczące nieustanne zmagania, przeciągające linę między opisami świata takimi jak rzeczownikowy (w tej wersji – cechujący się przemocą, agresywny, ekspansywny, pochłaniający, skostniały, więżący) a czasownikowy (dynamiczny, nieuchwytny, rozwijający, żywotny, witalny, nieskrępowany, lotny). To nie jest silnie zmetaforyzowana poezja, pełna labiryntów słownych, igraszek, gier, kalamburów, przeskoków, prześwitywań – wręcz przeciwnie, tu każde słowo, jak się wydaje, zostało starannie wybrane, przemyślane. Poeta sięga po metafory, ale zestawia je w taki sposób, by móc wydobyć ich pierwotność, prymarne znaczenie. I jest to na swój sposób archeologia mowy, dążenie do odsłaniania praźródła, oczyszczania języka, pojedynczych słów (ich zapisu, dźwięku, znaczenia). Im mniej wyszukanych środków wyrazu, piętrzenia metaforycznych, metonimicznych obrazów czy kreowania zawiłych korytarzy słownych, tym mocniej uderza w czytelnika przerażający zapis doświadczeń i przeżyć Yu w czasach rewolucji kulturalnej.

„Kartoteka 0” z 1992 roku to świetna konfrontacja „nowomowy” („mao-mowy”?), prymatu i dominacji rzeczowników (zwłaszcza skostniałych, utartych fraz), które pętają tytułowego 0, bohatera poematu, z językiem poetyckim oraz językiem sprzed „mowy” kontrolowanej, przyciętej, dostosowanej do wymogów władzy. Przydawkowo-okolicznikowe ciągi, enumeracje (także negatywne oraz związane z wyliczeniami anafory), upraszczanie świata i człowieka poprzez rozkładanie go (świata i człowieka!) i zapisywanie na nowo za pomocą rzeczowników, liczebników, przyimków, skrótowość przekazu (przywodząca na myśl strzały z karabinu), wprowadzenie ruchu wahadłowego „od do” (jakby od ściany do ściany, od punktu do punktu, od słowa/myśli dozwolonego/-ej do słowa/myśli dozwolonego/-ej), generowanie rzeczowników odczasownikowych (podcinających skrzydła lotnym czasownikom) budują rzeczywistość narodzonego 0, jego dorastanie, chłopięctwo, a następnie dorosłość. Urzeczowiają go (czynią zeń rzeczownik), reifikują, czynią z niego trybik w machinie, pozbawiony godności przedmiot. Nota bene, jedynym niemym „ratunkiem” może okazać się brak znaków interpunkcyjnych, chociaż… w wymiarach tej poezji jest zasadniczo ambiwalentnym „znakiem”. Podglądamy-podsłuchujemy jego inicjację w świat słów, które „obrastają ciało jak pasożyty” – są wszędzie, bombardują. Na horyzoncie pojawia się wizja polisemiczności języka, szerokich pól semantycznych, ale „nowomowa” zawłaszcza znaczenia (w wierszu z cyklu „Słoniowe stopy” Yu napisze: „Rewolucję……… się robi w nowym języku urzędowym” [s. 80]). W kolejnych częściach poematu autor zestawia i testuje, egzaminuje różne sposoby mówienia o doświadczaniu świata oraz samego siebie, nazywaniu własnych stanów emocjonalnych, psychofizycznych – wykorzystuje wulgaryzmy, język nauk biologicznych czy wreszcie eteryczny, można rzec, że na swój sposób romantyczny język. Wszystkie one jednak podporządkowane zostają brutalności rubryk i rejestrów, w których wpisuje się hasła, określone frazy, niewykraczające poza schemat. Intrygujące dzieło. W tym poemacie odnalazłam też rys wczesnych wierszy polskiego poety lingwistycznego – Tymoteusza Karpowicza.

„385

Koń biegł przez step

spętany przez poetę

zamknięty został w stajni przymiotników

dobry koń

zdechły koń”

[z cyklu „Karteluszki”, s. 71]

24 wiersze z cyklu „Karteluszki” powstawały między 1996 a 2017 rokiem. To w dużej mierze zapiski chwil(i), z dominacją czasu teraźniejszego, „tu i teraz”, ale czasu jako strumienia żłobiącego koryto rzeki, „zmieniającego wymiary” i rozmiary przestrzeni. Joanna Krenz wybrała 24 wiersze z cyklu poświęconego rewolucji kulturalnej – „Słoniowe stopy” (z lat 1999-2012). W tych utworach poeta konfrontuje swoje chłopięctwo, młodzieńcze fascynacje, pożądanie, namiętności z brutalną, bezwzględną codziennością rewolucji i działań czerwonogwardzistów, wieców, poniżania i katowania „wrogów klasowych”. Pojawiają się również (mikro)portrety poetyckie różnych osób. W wierszach rozproszonych z lat 1982-2017 tych wizerunków, szkiców literackich ludzi pojawi się więcej, w dodatku odnajdziemy „portrety” miejsc (vide: Chengdu, Irak). Odczytamy w tej części zbioru także zaskakujący utwór „Świecie wejdź” – przewrotną, słodko-gorzką afirmację świata, który zaprasza „ja” liryczne do siebie, gdy tylko odczuje taką chęć, lecz trzeba się spieszyć, bo po pewnym czasie (wyczerpane? rozczarowane? znużone?) „ja” poetyckie zamknie drogę do siebie przed światem (czyli przed tym, co zewnętrzne). W wyborze z tego cyklu dominować będą utwory poświęcone wodzie (i jej formom, „odmianom”: morzu, oceanowi, jeziorom, rzekom, strumieniom), ale rozumianej metaforycznie. Można ją odczytywać jako prapierwiastek, „wiecznotrwałe milczenie”. Ludzie, ich wizje, działania, marzenia przemijają (vide: wiersze o ojcu, matce), a woda przetrwa, pochłonie i ogarnie w sobie wszystko, bo jest jednym z praźródeł, fundamentów świata i człowieka. Drugim praelementem, ale tylko zarysowanym w przedstawionych polskiemu czytelnikowi wierszach, będzie drzewo, najczęściej w onirycznej, sennej scenerii – innym wymiarze świata czy świecie odwróconym, odbiciu wodnym, sennym.

„(…) ja magazynier……. w składzie pustki

W moim śnie piętrzą się początki wszystkich rzeczy (…)”

[„We śnie drzew”, s. 38]

Wybór wierszy Yu Jiana „Świecie wejdź” to wejście w ciemność języka (poetyckiego), jego mroczne korytarze, w których zachowały się tyleż pozostałości, fragmenty, ile pierwotne (o)znaczenia, pierwsze doświadczenia człowieka uformowane w słowa. Odgrzebywanie narosłych warstw, oddzielanie kolejnych naddanych znaczeń, przekształceń, przesunięć, eksplorowanie wydrążonych przejść prowadzi do wyświetlania czy naświetlania prze(d)świtów praźródła i może być drogą do stopniowego odkrywania fragmentów, odłamków tajemnicy istnienia.

——————

Yu Jian, Świecie wejdź = 于坚, 世界啊 你进来吧, z chiń, przeł. Joanna Krenz, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa, 2017.

* Kilka cytatów z eseju Yu, dotyczących języka, poezji, przekładu:

„Język jest arcydziełem Boga. Uwodzi nas, pęta, raz zanurzywszy się w nim, nie jesteśmy w stanie się wyrwać.”

Yu Jian, O rybie, która umie tłumaczyć, [w:] tegoż, Świecie wejdź = 于坚, 世界啊 你进来吧, z chiń, przeł. Joanna Krenz, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa, 2017, s. 7.

„Jądro poezji stanowią rzeczy takie jak sól. W każdym miejscu na świecie sól jest słona, ale ma inny skład, pozyskuje się ją i przetwarza na różne sposoby.”

Tamże, s. 8.

„Język składuje (…) w sobie czas, jest strażnikiem ciemności. Przestrzenie można przemieszczać, łączyć, spajać, ale język jest domeną czasu, zjawiskiem duchowym. Jest pramatką świata. (…) Poezja jest przyczółkiem ciemności i niebytu. (…) Poezja jest czasem języka, jej zdolność do kreowania wspólnoty polega na tym, że poprzez opowiadanie i »składowanie« ciemności, prowadzi ona do powstania niewidzialnej, transcendentnej jedności, współuczestnictwa, komunikacji. (…)”

Tamże, s. 8.

„Język nie jest narzędziem, jest bytem. To język warunkuje stanowienie narodów. Utrata języka jest równoznaczna z utratą świata.”

Tamże, s. 9.

„Nie wolno wierzyć w przetłumaczalność poezji. Sensem istnienia języka jest jego nieprzetłumaczalność.”

Tamże, s. 9.

„Przekład, choć z pozoru zdaje się rozjaśnieniem, w istocie stanowi proces oświetlania ciemności ciemnością.”

Tamże, s. 10.

Autor: Luiza Stachura

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s