„Czasami coś nam się wydaje”. Słów trochę o „Daleko od Rueil” Raymonda Queneau

„A teraz, no a teraz jest całkiem niedobrze. To nie jest duszność, która chwyta za szyję, jak gdyby szyję ściśnięto dwiema mocnymi rękami, nie, to duszność postępująca wzwyż z mroków przepony, rozchodząca się od pachwiny, no i jest to duszność smętna, zapaść duchowa, kryzys świadomości. A teraz, no a teraz jest całkiem niedobrze, bo to coś gorszego od uduszenia, od blokady, to otchłań fizjologiczna, koszmar anatomiczny, trwoga metafizyczna, bunt, skarga, serce, które bije za mocno, ręce, które się zaciskają, skóra, która się poci.” [s. 17]

Louis-Philippe des Cigales zwany Loufifi, rzekomy hrabia, jest „zapoznanym” poetą w Rueil. Poza tą miejscowością nikt o nim nie słyszał. Loufifi cierpi na nieuleczalną „ontalgię”, chorobę egzystencjalną. Młodzieniec Jacques L’Aumône, syn dziewiarza, uważa, że to ów poeta jest jego autentycznym ojcem. Tym bardziej, że ma przekonanie graniczące z pewnością o swoim arystokratycznym pochodzeniu. Nieustannie chodzi do kinematografu, by oddawać się swej wielkiej pasji, czyli tyleż oglądaniu filmów, ile wcielaniu się w bohaterów i wytwarzaniu własnego potencjalnego życiorysu. Jego wyobraźnia sprawia bowiem, że widzi siebie w rozmaitych rolach. Korowody postaci, liczne perypetie, przygody, wojaże, wzloty i upadki, miłostki i romanse, namiętności, rozczarowania, wygrane i przegrane w iście filmowej narracji prezentuje francuski pisarz Raymond Queneau (1903-1976) w szalonej, rozpasanej powieści z 1944 roku „Daleko od Rueil”.

Mnogość środków wyrazu i zestawianie ich, przebudowywanie, kalejdoskopowe przemienianie, przesuwanie akcentów, detali, kreowanie z dostępnych „materiałów” języka, (pop)kultury i sztuki opowieści czyni z „Drogi do Rueil” wyborne, ekscentryczne laboratorium, w którym co krok-kadr wybuchają mieszaniny, powstają eliksiry, w oparach lekkiego absurdu wytwarzane są przez reżysera(ów) scenariusze i scenopisy oraz kształtowane kukiełki (statyści) mające odgrywać określone role. Ale lalki wyrywają więżące je sznur(ecz)ki i przerabiają, wykoślawiają, poprawiają, modyfikują, retuszują, hiperbolizują czy przekreślają pomysły (prze)twórcy. W tym szalonym teatrze świata, świecie nieco à rebours, wyświetlany jest osobliwy film-kolaż z dotychczas istniejących klatek filmowych, zdjęć, „słowoobrazów”, opowieści, historyjek, anegdotek, dykteryjek, facecji. Już pierwsze odsłony utworu (pięknie-płynne przejście od wątków Loufifiego do Jacquesa, czyli przesunięcie uwagi z jednego aktora na drugiego*) wskazują, że mamy do czynienia-czytania z prozą nieszablonową, wyrywającą się ze schematów (jakkolwiek później zostanie jednak „nazwana”, zametkowana, dookreślona jako zwiastun „postmodernistycznej”), ba! żonglującą schematami (między innymi fabularnymi), wzor(c)ami, językami, kliszami (ha! kliszami filmowymi i kliszami w znaczeniu na przykład utartych, skostniałych fraz), sposobami opisu świata i doświadczeń człowieka, grającą konwencjami, prowadzącą z czytelnikiem dialog i grę.

Queneau sięga w dużej mierze po estetykę kina, filmowy sposób opowiadania historii i filmowe techniki montażu. Bardzo często tworzy (amatorski) film w (amatorskim) filmie, multiplikuje linie czasowe i ustawia je w formie labiryntu, na którego poszczególnych elementach wyświetlane są scenki, obrazy nachodzące na siebie, zazębiające się, wykolejające historię, zmieniające tory opowieści, pędzące ku przepaści, czyli tam, gdzie kończy się wyobraźnia. Autor gra (z) czasem teraźniejszym (zdaje się, że żywcem wyjętym z filmu i przeszczepionym do powieściowego ciała) oraz czasem przeszłym – napięcie między nimi wytwarza specyficzną czasoprzestrzeń, nieco zawieszoną, między granicami fikcji i rzeczywistości, wiecznego „tu i teraz” (wynikającego na przykład z nieustannego odtwarzania filmu czy czytania książki, opowiadania tej samej historii kolejny raz, z gry wyobraźni czy pracy nieświadomości) i ruchu kolistego (w znaczeniu: […]początek-koniec-początek-koniec-początek[…]).

Nie oznacza to jednak, że dominujący film wyklucza w prozie Queneau teatr, chwyty związane z przedstawieniem, sztuką teatralną, dekoracje i aranżacje scen(y). Pojawi się teatralność na kilku poziomach – chociażby (udawanych) przygotowaniach trupy aktorów pod przewodnictwem (reżyserią!) Jacquesa do wystawienia „Mizantropa” czy w strukturze narracji w formie didaskaliów, uwag odautorskich-odreżyserskich. Nota bene, reżyserzy filmu-przedstawiania wybierają jako „miejsca” akcji, reakcji, retrospekcji i antycypacji rozmaite sceny poza tytułowym Rueil. Rueil zaś staje się swoistym centrum, przewrotnym Rzymem, do którego prowadzą wszystkie drogi (filmowej) opowieści-pielgrzymki (peregrynacji?), czy też przestrzenią na swój sposób (na opak) uświęconą, mityczną.

Francuski pisarz komplikuje rzecz wprowadzając także wieloznaczność rozmaitych funkcji i ról, przykładowo aktorów-statystów czy reżysera. A tych reżyserów (można też ich nazwać narratorami czy mistrzami gry) mamy w utworze wielu, przeplatają się, wchodzą sobie w słowo, paradują, budują własne korowody, hulaszcze pochody albo ironicznie kierują swoich statystów pragnących zostać wielkimi aktorami na manowce. Jednym z reżyserów jest narrator relacjonujący postępowania poszczególnych bohaterów, innym jest des Cigales*, kolejnym zaś Jacques – dyrektor Teatru Sławnego, reżyser nade wszystko własnego życia i wizerunku, książę des Cigales. Kreuje swoje życiorysy, podróżuje po różnych światach, przestrzeniach, na przecięciu realności i fikcji, codzienności, namacalności i wyobrażeń, snów, onirycznego rojenia.

„Wesz przynosi szczęście, jak gówno i czterolistna koniczyna.” [s. 47]

Narrator gra (z) językiem, kreuje nowe „symbole” (świetną egzemplifikacją są… wszy – lejtmotyw, z lubością poruszany przy praktycznie każdej konwersacji), montuje narrację między innymi z metonimii, neologizmów, onomatopei, kolokwializmów, łacińskich sformułowań i wyrazów, słownictwa naukowego, makaronizmów. Dokonuje przetasowań stylistycznych, interpunkcyjnych, prozodycznych, naśladując język mówiony. Namiętnie stosuje enumeracje, zwłaszcza negatywne. Nie brakuje parentez, przywodzących na myśl didaskalia, dopowiedzenia zakulisowe czy raczej (po)głosy i szepty (chichoty?) zza kadru. Wypowiedzi w dialogach są zwykle krótkie, lakoniczne, wprowadzające swoisty rytm i nierzadko ciągi asocjacyjne (słowo jednego interlokutora pociąga-wydobywa słowo drugiej osoby). Opowieści bohaterów o ich przeżyciach, przygodach, przeszłości – podkolorowanej, hiperbolizowanej, retuszowanej – są monologami z rzadka przerywanymi drobnymi wstawkami od słuchaczy w postaci ich chóralnego podkreślenia zdumienia czy zrozumienia.

Mnóstwo w tym utworze humoru (też czarnego), ironii, sarkazmu, kpiarstwa, napięcia między powagą a żartem – pierwsza scena w utworze to przecież opis wyrzucanych śmieci. Można zaryzykować twierdzenie, że „Daleko od Rueil” to satyra na między innymi bycie omnibusem (Jacques jest między innymi „tancerzem inżynierem”, reżyserem, chemikiem, statystą, aktorem, mistrzem w boksie amatorskim…) czy urojone „choroby”, czego wyborną egzemplifikacją jest „ontalgia egzystencjalna” (która wedle słów jednej z bohaterek „przypomina astmę, ale jest bardziej dystyngowana” [s. 11]) oraz jej warianty: „trwoga substancjalna”, „epilepsja esencjonalna”. Satyrycznego spojrzenia na rozmaite aspekty, przejawy życia intelektualno-naukowego, artystycznego czy codziennego odnajdziemy wiele (vide: poetyckie „opiewanie skarpetek”, bycie słynnym artystą, mieszczański styl życia rodziców Jacquesa).

„Daleko od Rueil” Rayomonda Queneau to świetna zabawa w transponowanie, przeszczepianie, przerzucanie, kompilowanie (samplowanie, o!) rozmaitych narracji popkultury, zwłaszcza filmowej (a gdyby utwór powstał dziś, to może autor sięgnąłby po internetowe filmiki i tę nową estetykę?) na strukturę powieści. Francuski pisarz zaprasza czytelnika do gry, pełnej ukrytych przejść i zapadni, które każą cofnąć się na planszy o kilka pól albo umożliwiają odkrycie jakiegoś ciekawego rozgałęzienia. Rewelacyjna, wyborna roz(g)rywka intelektualna, lecz pod warunkiem, że odbiorca pozwoli się uwieść i wejdzie w narracyjny flirt z Queneau.

——————

Raymond Queneau, Daleko od Rueil, przekł. Anna Wasilewska, PIW, Warszawa, 2021.

To utwór, który otwiera wiele dróg interpretacyjnych, morze możliwości, jedne drzwi prowadzą do kolejnych i tak w zasadzie bez końca.

* Zamieszczę tę uwagę na marginesie, żeby nie spoilerować w tekście głównym. Ostatnia scena utworu i ostatnie słowa „aktorów” pozwalają na dość swobodną interpretację, że Jacques może być wymysłem, alter ego des Cigalesa, wytworem jego wyobraźni. I takie odczytanie demoluje i odwraca do góry nogami całą historię, ale jakżeż wielką czytelniczą frajdę przynosi!

Autor: Luiza Stachura

/Egzemplarz recenzencki/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s