Oryginał. Słów parę o „Nie opuszczaj mnie” Kazuo Ishiguro

Właściciele cudzego losu, eksperymentatorzy na kruchej, delikatnej konstrukcji ludzkiego ciała, nie chcą dopuścić myśli, że „ich” stworzenia posiadają niezależną duszę, czują i odbierają świat nie tylko sensualnie, ale i pozazmysłowo, że nie są wyłącznie obiektem do badań, wydrążoną powłoką do przechowywania narządów. Ich marzenia, fantazje, pomysły, ich pragnienia, lęki i ból przerażają konstruktorów życia, bo przypominają im ich własne. Każda z istot jest oryginałem, nie czyjąś kalką, kopią. Czasem różnice są pozornie drobnymi, lekkimi odchyleniami, paralaksami, ale gdy przyjrzeć się bliżej, z otwartością, wrażliwością, dostrzec można wyjątkowe, indywidualne cechy, myśli, uczucia.

Trzydziestojednoletnia Kathy niedługo przestanie być opiekunką dawców. Zwykle dawcy są w stanie przeżyć dwie donacje. Kathy jest świetną opiekunką, zatem pozwalają jej czasami wybierać tych, którymi będzie się zajmowała. I udaje jej się trafić na osoby pochodzące jak ona z Hailsham – swego rodzaju internatu. Dziewczyna po blisko jedenastu latach spędzonych jako opiekunka i po spotkaniu swojej niegdysiejszej przyjaciółki Ruth oraz przyjaciela Tommy’ego, zaczyna wspominać swoje dzieciństwo i wczesne nastoletnie lata w Hailsham, a później dorastanie w Chałupach i przygotowywanie się do wyznaczonych ról opiekuna oraz finalnie dawcy. Stopniowo Kathy powraca do odkrycia przez nią i Tommy’ego przerażającej prawdy i zaprojektowanej dla nich i innych dzieci przyszłości, w której ich indywidualne marzenia, plany okazują się bez znaczenia, są fikcją mającą na celu ofiarowanie im namiastki normalności na wczesnym etapie, iluzji zwykłego życia. Czytaj dalej

„(…) wpatruję się w horyzont mojej wyobraźni, / nad którym fruwają w chmurach świecące skrzydła (…)”* O poezji z tomu „Powrót do domu” Li Hao parę myśli

Z drobnych kawałków, fragmencików, pyłu, ziarenek ułożone jak monumentalna mozaika są wymiary świata. A gdyby tak przestawić elementy, przenieść detale z poszczególnych przestrzeni, z(a)mienić kolory, przesunąć światło, nałożyć cień, zakrzywić perspektywę, wybudować lustra, w niektórych miejscach wykorzystać właściwości szkła powiększającego? Może owa gra, zabawa rzeczywistością pozwoli odsłonić chociaż na moment to, co pod powierzchnią, zajrzeć przez sekundę na podszewkę, uchwycić mgnienie tego, co pod nią się skrywa, musnąć istotę istnienia.

W 2018 roku w polskim przekładzie ukazał się tom poetycki „Powrót do domu” chińskiego poety i eseisty Li Hao (ur. 1984). Niedługo przed decyzją o polskim wydaniu przez Kwiaty Orientu z księgarń w Chinach został wycofany nakład książki poetyckiej Li, między innymi ze względu na „zbyt religijną, zbyt reakcyjną” zawartość. Polską publikację starannie przygotowała Joanna Krenz, autorka tłumaczenia i kilku słów o chińskim poecie oraz swoich wędrówkach po Chinach niejako śladami Li Hao, nim go poznała osobiście. Tom zamyka rozmowa o poezji Li Hao z Chen Jiapingiem. Polska sinolog zwraca uwagę na niebywale ważną sprawę, zanim wejdzie się w liryczny labirynt słów i obrazów Li, pisze bowiem, że „jest to poezja, w której trzeba wczuć się w słowo (…)”**. Każde słowo wybrane zostało przez poetę precyzyjnie – nigdy nie spieszy się z publikacją wierszy, szlifuje je, dopracowuje. I dlatego w jego utworach już jeden wyraz potrafi otworzyć nierzadko zdumiewające ciągi asocjacyjne, zaskakujące (kraj)obrazy, jakby autor malował przed odbiorcą to, co dostrzega, odbiera zmysłowo i pozazmysłowo. A to, czemu się przygląda, to współczesny świat i człowiek zmagający się ze swoimi słabościami, lękami, pragnieniami, pożądaniami. Czytaj dalej

Rzecz. Parę słów o książce „Kim Jiyoung urodzona w 1982” Cho Nam-joo

Dlaczego nie pozwolą ci żyć tak, jak chcesz, spełniać swoich marzeń, realizować własnych planów? Dlaczego to zawsze musi być twoja wina? Przecież nie jesteś przedmiotem, lalką, kukłą, wydrążonym manekinem przeznaczonym do służenia. Tyle możliwości przed tobą, tyle dróg.

Koreanka Cho Nam-joo (ur. 1978) opublikowała w 2016 roku książkę, która poruszyła zarówno rodzimych czytelników, jak i odbiorców na świecie. „Kim Jiyoung urodzona w 1982” chyba miała być swego rodzaju manifestem czy też apelem autorki między innymi o rewizję pozycji kobiet w społeczeństwie, wymaganych od nich obowiązków, niesprawiedliwego traktowania czy wreszcie zauważenie doznawanych przez kobiety krzywd. Tymczasem czytelnik otrzymuje hybrydę literacką, w której powierzchownie, dość płytko potraktowano społecznie niezwykle ważne kwestie. No szkoda.

Na początku wydaje się, że to powieść albo nawet powieść biograficzna, ale Koreanka dość szybko w różnych partiach tekstu przechodzi na styl reportażowy, a rzadziej eseistyczny, przytacza fakty, powołuje się na dane liczbowe, zamieszcza przypisy odsyłające do źródeł. Czytaj dalej

Wyzwolenie. Kilka słów o „Pieśni ziemi” Lee Seung-u

Tłumione, skrywane uczucia, uczucia, których się wypierasz, nie chcesz się do nich przyznać, odrzucasz, w końcu znajdą sposób, byś uświadomił je sobie. Bolesnym doświadczeniem jest uzmysłowienie sobie prawdy. Ale jednocześnie koniecznym, by życie nie było nieustanną ucieczką, rejteradą przed własnym cieniem.

Kang Sang-ho podczas porządkowania dokumentów i rzeczy po zmarłym starszym bracie Kang Young-ho trafia na zapiski dotyczące nieznanych miejsc w Korei Południowej, będące materiałem do nowej książki brata. Decyduje się, by ocalić zebrane zdjęcia i teksty, przy pomocy wydawnictwa zredagować je i opublikować jako ostatnie dzieło Kang Young-ho. Wśród nieodkrytych rejonów jest zwłaszcza jeden, który zainteresuje młodszego brata – klasztor Cheonsan, zwany też Zamkiem Hebronu oraz Niebiańskim Domem, gdzie odnaleziono zachwycające, ozdobne inskrypcje na ścianach w podziemiach, wersety z Pisma Świętego przepisywały najprawdopodobniej dwie osoby. Czy to jednak tylko dzieła sztuki, a może ich przeznaczenie było inne? Między 1970 a 1990 rokiem w klasztorze Cheonsan żyła wspólnota religijna, lecz nagle ślad po niej zniknął, pozostały wyłącznie ruiny w ukrytym w górach miejscu oraz pięknie zdobione przepisane teksty z Biblii. Odkrycie klasztoru przyciągnie także uwagę historyka kościoła Cha Dong-yeona, który będzie chciał odsłonić prawdę i cel powstania inskrypcji. Nie zdaje sobie sprawy, jak wstrząsającą opowieść zrekonstruuje. Czytaj dalej

Pęknięte serce. Słówko o „Bajkach” Oscara Wilde’a

Serce czyste, kochające cenniejsze i piękniejsze jest niż jakakolwiek pozłota, ten pozór uroku, urody. Iluzoryczna wartość powłoki, lśnienia zewnętrznego zaślepia i prowadzi do pustki, którą nieustannie trzeba zasypywać kolejnymi złudzeniami, przystrajać, ozdabiać, maskować. Autentyczny blask tymczasem można odnaleźć w drobnych gestach i słowach życzliwości.

Irlandzki poeta, pisarz i dramatopisarz Oscar Wilde (1854-1900), zdaje się, że najbardziej znany z powieści „Portret Doriana Graya”, w 1888 roku opublikował zbiór pięciu baśni i bajek pod tytułem „»The happy prince« and the other tales”, a trzy lata później kolejne cztery utwory w zbiorku „A house of pomegranates”. Historie zamieszczone w obu tych książkach polski czytelnik może odnaleźć w różnych wydaniach i tłumaczeniach, choćby w tomiku „Bajki” z 1988 roku.

Wilde’owskie utwory baśniowe i bajkowe, przywodzące na myśl przypowiastki, kierowane są nie tylko do dziecięcego eksploratora świata literatury, ale także (a może w pierwszej kolejności?) do dorosłych. Czytaj dalej

„Wszystko się rozpada, gdy rozpada się czas”*. Na marginesach „Człowieka o fasetkowych oczach” Wu Ming-yi

Kuglarskie żonglowanie motywami, kreowanie nowych wymiarów przestrzeni, powoływanie światów do istnienia bywa niebezpieczne. Rozrastające się w sposób niekontrolowany, pęczniejące, nieprzycinane, rozgałęziające i rozkorzeniające się pokątne historie potrafią zagłuszyć wzrost trzonu, serca opowieści. Każda jednak chce zaistnieć, zabłysnąć i spalić się jasnym płomieniem, by zachwycić czytelnika swym blaskiem.

Atre mieszka na wyspie Wayo Wayo. Dla tubylców to cały świat. Gdzieś daleko jest Brama Morza, przez którą przepływa się do krainy umarłych. Z jakiegoś nieznanego im zakątka oceanu pojawiali się sporadycznie biali ludzie, ale nie zaprząta to myśli Wayończyków, którzy żyją w rytmie wyznaczanym przez księżyc i morze, dbają, by nie rozgniewać boga Kabanga, przestrzegają wskazówek Starca Morza i Starca Ziemi. Atre jest jednak drugim synem. A drugi syn musi odpłynąć w morze i nie wracać. Opuszcza więc Atre swą ukochaną Rasulę i wyrusza. Po dniach żeglugi, a później dryfowania trafia na zdumiewającą go wyspę – wszelkie stworzenia, które coś uszczknęły z niej, oddając swoje ciało, stały się jej częścią. Tymczasem na Tajwanie, w powiecie H. Alice zrozpaczona po śmierci męża Jacoba i synka Toto, którzy zginęli podczas wyprawy w góry, planuje samobójstwo. Drogi dwojga osób z różnych rzeczywistości przetną się na moment, naznaczając ich życie oraz postrzeganie świata.

Zapowiadało się ciekawie. Czytaj dalej

„Nic nie dzieje się przez przypadek”. Kilka słów o „Prywatnym życiu roślin” Lee Seung-u

Nie możesz nigdzie uciec. Zawsze wykryją twoją obecność. Przejrzą na wskroś twoje ciało, by wyrwać duszę. Ale jest taki wymiar przestrzeni, w której odnajdziesz schronienie, druga strona rzeczywistości, nieco oniryczna kraina – świat roślin powoli rozwijający korzenie, które pod ziemią łączą się, tworząc nierozerwalną całość, pokątne, prywatne życie. Przemieniony w drzewo bezpiecznie będziesz obserwować przemijający czas w oczekiwaniu na spotkanie z kimś ci najbliższym, ukochanym. Kiedyś wasze dłonie znów się połączą. Tym razem nic was nie rozdzieli.

Po kolejnej włóczędze Gi-hyeon wrócił do domu rodzinnego i dowiedział się, że jego starszy brat U-hyeon w wojsku stracił dwie nogi i co jakiś czas dręczą go napady furii połączone z seksualnym napięciem, które musi rozładować. Matka zabiera go więc regularnie do prostytutek. I być może Gi-hyeon nawet by tego nie zauważył – ich rodzina od zawsze żyła obok siebie, ojciec w milczeniu zajmował się ogrodem, matka skupiała uwagę na pierworodnym i swoim biznesie – gdyby nie niezwykłe zlecenie, które otrzymał. Czytaj dalej

Wiśniowi strażnicy. Kilka słów o „Angliku, który ocalił japońskie wiśnie” Naoko Abe

Opadające co roku efemeryczne, subtelne płatki wiśni w czasach samurajów były symbolem nowego życia, odradzania się. Podczas restauracji Meiji, od lat 70. XIX wieku, ich znaczenie zostało przez ówczesnych przywódców po cichu przesunięte w kierunku śmierci. Delikatność, ulotność kwitnących drzew wiśniowych stała się metaforą poświęcenia życia w imię cesarza.

Zaskakujące w pierwszym momencie okazuje się, że drzewa wiśniowe – jeden z „towarów eksportowych”, znaków rozpoznawczych Kraju Wschodzącego Słońca – ich różnorodne odmiany, bujnie rozwijające się zarówno w dzikich terenach górskich, jak i we wspaniałych ogrodach w rezydencjach daimyō, panów feudalnych podległych siogunowi, po schyłku siogunatu i przejęciu władzy przez cesarza w 1868 roku, wprowadzającego wraz z ówczesnym rządem szybką modernizację na wzór zachodnich państw, tak po prostu wyginęły. Dominowała jedna, niejasnego pochodzenia, łatwa do hodowania, tania i dość szybko przekwitająca Somei-yoshino. Sadzona dla uczczenia ważnych wydarzeń, a jednocześnie uosabiająca ówczesne ideały łatwego do sterowania i manipulowania ujednolicenia, unifikacji, wypleniania różnorodności, która zagrażałaby władzy. Była zapowiedzią japońskiej ekspansji. W tamtym czasie zniknęły choćby takie odmiany jak Taihaku i Daikoku. Obie ze swego ogrodu w hrabstwie Kent angielski podróżnik, botanik, ornitolog, darwinista Collingwood Ingram po wielu nieudanych próbach reintrodukował – dzięki pomocy nielicznych japońskich „strażników wiśni” przesłane przez niego zrazy do szczepienia umożliwiły odrodzenie się tych i innych odmian w Japonii. Można zaryzykować twierdzenie, że gdyby nie Ingram i jego śmiałe, energiczne działania, Japończycy podziwialiby prawie wyłącznie Somei-yoshino. Czytaj dalej

„Na dnie snu szumiał deszcz.”* Tylko słowo-szkic o „Deszczu” Ng Kim Chewa

Niebo się zachmurzyło i zaczyna padać deszcz. Miesza się ze łzami, dlatego nie widać, gdy ktoś płacze. Obraz świata ulega zakrzywieniu. Zamglone elementy stają się nieostre, na swój sposób delikatne, subtelnie, ale i pozbawione szczegółów, jak w świecie krótkowidza. Ale wtedy wyobraźnia podpowiada zgubione-zakryte detale, rysuje linie graniczne, szkicuje obiekty, otwiera morze możliwości. Gdy przestanie padać, przetrę oczy, włożę okulary, świat pokaże inną twarz. Dziś jestem deszczem.

„Deszcz” Ng Kim Chewa jest poetycko-onirycznym traktatem, asocjacyjnym ciągiem obrazów zamazanych kroplami deszczu czy też przekształconych przez wodę, anamorficznych. To laboratorium pisarza pracującego nad opowieścią, „Muzeum Opowieści”, dokonującego nieustannych przesunięć, modyfikacji, montaży, (wy)cięć, lingwistycznej gry. Wydaje się, że autor buduje „Deszcz” z szesnastu autonomicznych utworów, w tym jednego wiersza-pieśni, bo w zasadzie jeśli się uprzeć, każdy szkic jest w stanie funkcjonować pojedynczo, w odizolowaniu, ale poszczególne „segmenty”, elementy układanki, są jak koraliki nanizane na nić czy jak nuty. Dopiero w całości otwierają niezwykłą wędrówkę przez czas i przestrzeń, a towarzyszącą melodię wygrywa deszcz.

Przywodzący na myśl powieść szkatułkową „Deszcz” jest wyławianiem historii pewnej rodziny z mroku niepamięci, z niejasności, sekretnych przekazów. Czytaj dalej