Cząstki. Kilka słów o wyborze opowiadań „Owoce wiśni” Osamu Dazaia

„Życiopisanie” jest trochę jak nieustanne zbieranie okruchów, detali (z) każdego dnia i nocy, lęków i zachwytów doświadczanych na co dzień, a następnie przetwarzanie ich literacko, dokonywanie selekcji, ale w nie tak wielkim stopniu retuszu, modyfikacji, mistyfikacji. Kolejne opowieści wynikają z rejestrowania własnych stanów emocjonalno-fizycznych, upadków i prób wyzwolenia. Niekiedy w takich historiach czytelnik może odnaleźć (cząstki) siebie.

„Jestem pisarzem miasta. To, o czym opowiadam, zamyka się zawsze w wąskich ramach mojej osobistej historii.”

[„Roczniki cierpienia”, s. 167]

Wybór opowiadań jednego z dwudziestowiecznych japońskich pisarzy Osamu Dazaia, „Owoce wiśni”, składa się z szesnastu utworów powstałych na przestrzeni 15 lat – począwszy od uważanego za literacki debiut opowieści „Pociąg” z 1933 roku, skończywszy na nieukończonym tekście „Good-bye” (1948). Polski czytelnik ma okazję przeczytać dwa spośród utworów zamieszczonych w „Owocach wiśni” w innej publikacji i odmiennym tłumaczeniu – Goodbye i wybrane opowiadania” (Dialog, 2020). Oba tomy opowiadań prezentują zapisy doświadczania rzeczywistości przez Osamu Dazaia, a właściwie Shūjiego Tsushimę (1909-1948), który zdecydował się wydawać swoje dzieła pod pseudonimem, by nie kojarzono go z rodziną i polityczną działalnością lat młodzieńczych. O obu tych aspektach, zwłaszcza o rodzinie, pisze jednak wiele.

Burzliwa młodość Osamu Dazaia łączy się między innymi z okłamywaniem bliskim, zwłaszcza w kwestii swoich studiów (przerwał je, lecz rodzinie wmawiał, iż nadal się uczy) oraz nieprzerwaną potrzebą wsparcia finansowego; działalnością polityczną związaną z ruchami proletariackimi i wynikającymi z tego aresztami; hulaszczym trybem życia; romansami i nieudanymi próbami samobójczymi; abnegacją, marazmem, poczuciem bycia nieudacznikiem, zakałą, obibokiem, darmozjadem. Czytaj dalej

Podróż(e) w biel. Słów parę o „Relacji Arthura Gordona Pyma z Nantucket” Edgara Allana Poego

Białe plamy na mapach, niezapisane karty, nieodkryte lądy wzbudzają emocje, prowokują do ekspedycji, wypraw, ale i do fantazjowania, onirycznego dryfowania po potencjalnej (czaso)przestrzeni, tworzenia, przetwarzania, dopowiadania, nadpisywania opowieści, historii. Takie rejony, miejsca-niemiejsca są siedliskiem demonów, niesamowitych stworzeń, nieziemskich istot, niewyjaśnionych zjawisk, fenomenów, ukrytych lęków, rzadziej rajskich, słonecznych marzeń, rojeń. Otwierają morze możliwości, kuszą, nęcą, zwodzą, przyciągają, inspirują. I ktoś by rzekł, że obecnie praktycznie nie ma białych plam, że człowiek przemierzył kulę ziemską wzdłuż, wszerz. Ale czy na pewno, czy już nic nie kryje się w naszym wymiarze świata?

Arthur Gordon Pym po latach za namową Poego (sic!) spisuje swoje niezwykłe, zdumiewające przygody z czasów młodzieńczej wyprawy w okolice bieguna południowego. Jako młody chłopak zafascynował się statkami i marzył o podróży, trochę pod wpływem opowieści przyjaciela Augustusa, syna kapitana żeglugi morskiej Bernarda. Rozpalona pasja Arthura, a jednocześnie wyraźny sprzeciw rodziny wobec szaleńczych, niebezpiecznych eskapad morskich, przyczyniły się do wykoncypowania przez młodzieńca i jego przyjaciela potajemnej podróży statkiem Bernarda, który przygotowywał się do wyprawy na połów wielorybów. Przemycony na pokład Arthur miał ukrywać się, aż nie wypłyną na pełne morze, gdzie niemożliwy będzie odwrót. Ale nie zawsze wszystko idzie po myśli planujących i na Arthura posypała się lawina makabrycznych wydarzeń, prowadząca w głąb jednej z kartograficznych białych plam, czyli tam, gdzie otwiera się niesamowity wymiar rzeczywistości niezbadanej, nieodkrytej. Czytaj dalej

Czas mityczny. Kilka słów o „Niewidzialnych” Roya Jacobsena

Drzewo świata rozrasta się w wielu kierunkach. Jego rozgałęzienia i korzenie kształtują labirynt przestrzeni. Niektóre korytarzyki, poboczne, po-kątne zaułki zostają oderwane przez porywy wiatru, nieustanny ruch w drzewie czy inne czynniki i subtelnie dryfują, tworząc odrębny, pozornie autonomiczny mikroświat. W takim mikrokosmosie wiecznie trwa „teraz”, mityczny cykl narodzin i śmierci, odradzania (się) i obumierania, niezakłócony przez podróżników, eksploratorów drzewa. Ale kiedyś to „teraz” zostanie złamane, przerwane, zdradzone przez mieszkańców. Nie zawsze udaje się ocalić mikroświat, czasem tonie w rzece niepamięci.

Wyspa Barrøy jest „miniaturowym kosmosem”, jak ziarnko piasku, ale z własnymi regułami, wyznaczanymi przez przyrodę. Zamieszkują ją rybak Hans Barrøy, jego żona Maria, ich córeczka Ingrid, siostra Hansa Barbro, ojciec Hansa Martin. Do okolicznych wysp rodzina Barrøy płynie, gdy potrzebuje konkretnych produktów – nie są trwale odcięci, odizolowani. Norweski pisarz Roy Jacobsen (ur. 1954) w powieści „Niewidzialni”, pierwszym tomie sagi o wyspie Barrøy, przedstawia kilkanaście lat z dziejów Hansa i jego bliskich. Autor wprowadza czytelnika w mikroświat, pozwala podglądać ich zmagania z morzem, próbuje uchwycić relacje między członkami rodziny Barrøy, ale robi to w dużej mierze z perspektywy Ingrid. Jak dziecko dorastając, poznaje, eksploruje najbliższą przestrzeń, by później móc albo pozostać i rozwijać miejsce, albo wyruszyć do nowych rejonów, tak Ingrid uczy się rytmu wyspy, rytmu morza, rytmu życia na wyspie, nieobawiania się wielkiej wody czy wreszcie niegdyś ściśle określonych, a z czasem zachwianych ról kobiety i mężczyzny żyjących na wyspach. Czytaj dalej

Zachwyt światem. Słówko o „»Lisku Gonie« i innych baśniach” Nankichiego Niimiego

Subtelne szkicowanie świata poprzedzone wnikliwymi obserwacjami, przysłuchiwaniem się szeptom przestrzeni, pozwala dostrzec piękno i niezwykłość rzeczywistości. Żaden element nie jest przypadkowy i zbędny. Ta różnorodność, wielobarwność ubogaca świat, jest w nim miejsce na bezchmurne niebo i na deszcz, na światło i na ciemność.

Nankichi Niimi (właściwie Shōhachi Watanabe) urodził się w 1913 roku, zmarł w wieku 29 lat na gruźlicę. Tworzył głównie poezję i krótkie utwory prozatorskie dla dzieci. Niewiele jego utworów zostało przetłumaczonych i opublikowanych poza Japonią. Polski czytelnik ma okazję zapoznać się z piętnastoma baśniami i bajkami Japończyka, niekiedy porównywanego do Hansa Christiana Andersena, jakkolwiek różni tych twórców między innymi kreacja literackiego świata – w przeciwieństwie do Andersena w twórczości Niimiego świat najczęściej jest piękny, ciepły, nie zaś mroczny i ponury. Co ciekawe, na podstawie jednej z opowieści Niimiego powstało w 2011 roku anime „Lampa dziadka” (おぢいさんのランプ, Ojisan no lamp), natomiast utwór „Lisek Gon” jest lekturą w japońskich szkołach. „»Lisek Gon« i inne baśnie”, ozdobiona grafikami i kaligrafią tłumaczki Joanny Zakrzewskiej, to druga książka z serii „Yume” wydawnictwa Kirin, przybliżająca baśnie, fantastykę i opowieści niesamowite z Japonii. Czytaj dalej

„Są więzienia gorsze od słów.” Kilka słów o „Cieniu wiatru” Carlosa Ruiza Zafóna

Podskórne lęki, niepewność każdej chwili powodują powolny rozpad świata. Skruszone fundamenty, tlące się szczątki, pozostałości po niegdysiejszych marzeniach mogą być zwiastunem upadku. Chyba że ktoś je zbierze, nie pozwolić im sczeznąć, całkowicie zniknąć i odnajdzie inną drogę, prowadzącą wyjścia z mrocznego, przerażającego korytarza, wtedy możliwe będzie wyzwolenie i odrodzenie w nowych słowach, w innym wymiarze świata.

Gdy Daniel Sempre kończy dziesięć lat, jego ojciec – antykwariusz i księgarz – zabiera go do niezwykłego miejsca nazywanego Cmentarzem Zapomnianych Książek. Trafiają tam uratowane przed zniszczeniem i przemiałem księgi, zwykle z likwidowanych bibliotek czy księgarni. Wyłącznie wtajemniczony może wejść do skarbnicy i wybrać książkę, którą uratuje od niepamięci, będzie jej strzegł i ją chronił. Po długim błądzeniu w labiryncie regałów Daniel znajduje albo raczej zostaje znaleziony i wybrany przez „Cień wiatru” autorstwa Juliána Caraxa. Niesamowita, oniryczna, mroczna powieść rozbudza w bardzo młodym czytelniku chęć dowiedzenia się, kim jest autor i co jeszcze napisał. Tym bardziej, że ktoś pali wszystkie dostępne książki Caraxa, jakby wymazywał ślady jego istnienia, przemieniał go w eteryczny cień, zjawę. Dorastający Daniel na rzecz subtelnych porywów serca odłoży na dłuższy czas poszukiwania. Jednakże po swoich osiemnastych urodzinach, gdy jego niewinne marzenie zostanie zbrukane, a on będzie błądził po ulicach w rozpaczy, powróci do niego pragnienie odkrycia tożsamości Caraxa. Śledztwo doprowadzi Daniela do odsłonięcia przerażającej prawdy, zrekonstruowania tragicznej przeszłości. Czytaj dalej

„Młodość jest piękna właśnie dlatego, że tak szybko przemija.” Trochę słów o „Czerwonych dziewczynach. Legendzie rodu Akakuchibów” Kazuki Sakuraby

Ten piękny świat zdaje się efemerydą. Mogłoby się wydawać, że niedługo już nie będzie po nim śladu. Ale nie. Ślad zostanie, cząstka twojego istnienia w przestrzeni nie pozwoli na całkowite zniknięcie, rozpłynięcie się we mgle. Odnajdziesz go w szumie wiatru, świetle księżyca, promyku słońca, kroplach deszczu.

Mieszkańcy gór zwani „cudzoziemcami” to koczowniczy lud, który przybywał do wioski Benimidori i pomagał w ceremoniach, zwłaszcza pogrzebach samobójców, gdy mieszkańcy palili wiązkę trawy tokonen wydzielającą fioletowy dym. Pewnego razu „cudzoziemcy” porzucili trzyletnią dziewczynkę. Mała Manyō została przygarnięta przez młode małżeństwo Tada. Dziecko obdarzone było darem jasnowidzenia. W dzieciństwie wieszczka nierzadko określana jako dziwoląg zmagała się z dokuczającą jej rówieśniczką Midori, córką szkutników Kurobishi, ale z czasem się z nią zaprzyjaźniła. Po latach na dorastającą Manyō zwróciła uwagę Tatsu, pani z najmożniejszego w okolicy rodu Akakuchibów. Matrona zdecydowała, że któregoś dnia dziewczyna wyjdzie za mąż za jej syna Yōjiego.

„Czerwone dziewczyny” (2006) japońskiej pisarki i autorki mang Kazuki Sakuraby to saga o rodzinie Akakuchibów. Narratorką jest Tōko*, wnuczka Manyō. Dziewczyna dokonuje rekapitulacji historii swojego rodu, wychwytuje radości i tragedie, marzenia i plany oraz ich realizacje przez członków Akakuchibów, przygląda się również kolejnym przemianom społeczno-obyczajowym i gospodarczym w Japonii od czasów powojennych do początku XXI wieku, czyniąc z nich tło dla burzliwych dziejów rodu. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale pewne elementy warto nakreślić, między innymi by być świadomym mnogości motywów, wątków, tematów, tropów. Czytaj dalej

Szkice do (o)powieści. Słów parę o „Oryginale Laury” Vladimira Nabokova

W ogrodzie pisarza rosną pojedyncze karty – jedne zapisane, inne puste, wciąż oczekujące na swoją kolej. Niecierpliwi chcą wejść i wyrwać lekko naszkicowane, zarysowane literackie światy, które dopiero dojrzewają, nie nabrały jeszcze kolorów, bohaterów i opowieści, nie zostały ułożone, nadal dryfują. Delikatne, kruche fragmenty światów mogą rozpaść się pod wpływem dotyku. Są narażone na liczne wypaczenia, nadinterpretacje, nadpisywania, cudze fantazje i pomysły. Niektóre nigdy nie dorosną i powinny wiecznie przebywać w cieniu albo ulec spopieleniu, a z ich popiołów może kiedyś narodzi się coś innego.

Schorowany, często przebywający w szpitalu Vladimir Nabokov w drugiej połowie lat 70. XX wieku zaczął pracę nad powieścią „Oryginał Laury” – rozważał jeszcze inne tytuły, choćby „Umieranie to świetna zabawa”, który pojawi się jako podtytuł w opublikowanej pierwszy raz w 2009 książce. Przed śmiercią w lipcu 1977 roku Nabokov przekazał swojej żonie, by spaliła karty katalogowe, na których spisywał plan „Oryginału Laury”. Stało się jednak inaczej i rękopis przechowywano w banku w Montreux, w Szwajcarii. W 2008 roku syn pisarza, Dimitri Nabokov poinformował o swojej decyzji wydania 138 kart katalogowych z tyleż niedokończoną, ile po prostu nienapisaną powieścią, z jedynie fragmentarycznym planem utworu, zapisanymi myślami, pomysłami, zarysem fabuły. Pod koniec 2009 roku zredagowany przez Dimitriego Nabokova rękopis ukazał się w Nowym Jorku oraz Londynie. Polska publikacja w przekładzie Leszka Engelkinga pojawiła się w 2010 roku, zaopatrzona w komentarz krytyczny i rzetelnie przygotowana od strony technicznej – każda strona to zdjęcie oryginalnej karty katalogowej, pod którą znajduje się polskie tłumaczenie.

Notatki do „Oryginału Laury” wskazują na opowieść o dwudziestoczteroletniej Florze, żonie majętnego, acz fizycznie nieatrakcyjnego neurologa Philipa Wilda. Czytaj dalej

Żart? Kilka słów o „Sprawie Niny Frank” Katarzyny Bondy

Czasem przyglądam się ludziom, którzy mnie mijają. Jakie jest ich życie, jakie są problemy, smutki i radości, co czują, czego się boją. Dokąd idą, skąd wracają, co i kto na nich czeka. Czasem sama wymyślam ich potencjalne historie, ale zastanawiam się, jakie opowieści mogliby mi przedstawić, gdyby zamienili ze mną kilka słów.

W końcu postanowiłam przeczytać pierwszą polską powieść poświęconą profilerowi.* I poczułam rozczarowanie. Chyba najlepsze w tym wszystkim było… zakończenie podważające całą opowieść, taki – zdaje się – żarcik od autorki. A co, jeśli to nie był żart?

W Mielniku nad Bugiem zamordowano znaną i ukochaną przez wielu fanów seriali aktorkę Ninę Frank, głównie wcielającą się w rolę zakonnicy, a w rzeczywistości prowadzącą hulaszczy tryb życia. Dotychczas w małej miejscowości największymi przestępstwami, którymi zajmował się podkomisarz Eugeniusz Kula, były rodzinnej bijatyki i awantury czy oszustwa matrymonialne. Z nie do końca wiadomych dla mieszkańców względów do sprawy przydzielony został pierwszy w Polsce profiler, czyli psycholog policyjny zajmujący się tworzeniem portretu psychologicznego mordercy – Hubert Meyer. Mroczne sekrety Niny Frank stopniowo wychodzą na jaw. Ale czy naprawdę pomogły w rozwikłaniu zbrodni?

„Sprawa Niny Frank” Katarzyny Bondy składa się w zasadzie z co najmniej dwóch (o)powieści. Pierwsza, kryminalna, dotyczy morderstwa i kolejnych działań podejmowanych przez policję. Celowo nie piszę, że przez profilera, gdyż jego jako profilera-zawodowca jest akurat stosunkowo niewiele. Najwięcej miejsca zajmuje Hubert Meyer, który mierzy się z… własną żoną i jej pozwem rozwodowym. Czytaj dalej

„I stało się tak. Stało się tak i nie powiodło się tak.” Kilka słów na marginesach „Czteroksięgu” Yan Liankego

Za pomocą słów powołaj do istnienia kruchy, delikatny świat. Jeśli chcesz wziąć go w ręce, musisz uważać, by nie rozpadł się, nie roztrzaskał. Jest pełen światła, blasku. Taki piękny, ulotny świat. Ale gdy jego mieszkańcy zaczną ci się sprzeciwiać, bluźnić, oskarżać, to co wtedy zrobisz?

„Nie bali się zmarłych, bo sami już przeszli śmierć.” [s. 325]

Można powiedzieć, że „Czteroksiąg” chińskiego pisarza Yan Liankego jest utworem o budowanym nowym człowieku z końca lat 50. XX wieku w Chińskiej Republice Ludowej, czyli o człowieku poddanemu reedukacji i uczestniku kampanii „Wielkiego skoku naprzód”, ale także o człowieku, który nadzorował „prawicowców”. Warto przypomnieć pokrótce, jak wyglądała wówczas sytuacja w Państwie Środka. Po powstaniu Chińskiej Republiki Ludowej pod koniec lat 40. XX wieku i związanej z nią szybkiej industrializacji i kolektywizacji wsi, Mao Zedong widząc narastające niezadowolenie społeczne, które mogłoby doprowadzić do obalenia władzy, rozpoczął w 1956 roku polityczno-kulturalną „Kampanię stu kwiatów”. Chwilowa odwilż w postaci między innymi częściowego ograniczenia cenzury, możliwości oceny partii komunistycznej, szybko obróciła się przeciwko rządzącym. W latach 1957-1958 w odpowiedzi na rosnące społeczne niezadowolenie z władzy i masową krytykę partii komunistycznej Mao Zedong zainicjował „Kampanię przeciwko prawicowcom”. Każdy, kto został uznany za „prawicowca”, był przymusowo reedukowany poprzez pracę – zsyłano go na wieś, by tam dokonała się przemiana w prawomyślnego obywatela. W 1958 roku Mao Zedong zdecydował o wprowadzeniu jeszcze jednej kampanii, tym razem gospodarczej, nazwanej „Wielkim skokiem naprzód”. Celem było przekształcenie Chińskiej Republiki Ludowej w potęgę przemysłową. W tym czasie zakładano nie tylko gigantyczny wzrost produkcji rolnej (wyznaczano nierealne liczby, jakie miały osiągać zbiory), ale także masowe wytapianie stali, by prześcignąć kraje Zachodu. Efektem okazała się olbrzymia klęska głodu w okolicy 1960 roku. Ludzie jedli rośliny, ale pojawiały się przypadki ludożerstwa. Władze izolowały tereny wiejskie i tuszowały prawdę o sytuacji, tłumacząc głód klęskami żywiołowymi.* W tym momencie historycznym kończy się „Czteroksiąg”.

Ale można powiedzieć, że jest „Czteroksiąg” utworem o próbach odnajdywania sensu życia, szukania odpowiedzi na pytania, po co i dla kogo żyję, jaka jest moja droga, jakie jest znaczenie mojego cierpienia, bólu, jaki jest sens tego wszystko. Czytaj dalej