„Tak, wszystko się gdzieś ze sobą łączy.”* Na marginesach drugiego tomu „Śmierci Komandora” Harukiego Murakamiego

Praktycznie wszystko się zmienia, jest niepewne, zależne, względne. Czasami wydaje się, że światło jest mrokiem, a mrok światłem. Może na obrazie uchwycisz i zatrzymasz ten moment, który stanie się kiedyś albo ideą, albo metaforą. Albo zrodzonym w twojej głowie pojęciem, które przybierze formę, albo przenośnią, która ukryje inny wymiar rzeczywistości, przekaże twoje przeżycia innej osobie. W labiryncie uczuć, sprzecznych emocji, wewnątrz ciemności pochłaniającej od środka, zgubisz drogę, jeśli nie przywołasz ciepłego, słonecznego wspomnienia, najlepiej kogoś bliskiego, ważnego, kto poprowadzi cię, łagodnie mówiąc, że dasz radę przejść przez ciemny las i wrócić do świata pełnego barw oraz dźwięków. W świecie niestałości potrzeba pewnego uczucia, silnego uścisku cudzej dłoni.

Będzie mętnie i niejasno. Kolejne wydarzenia prowadzą malarza-narratora drugiego tomu „Śmierci Komandora” Harukiego Murakamiego do podążenia za ideą, która przybrała ciało tytułowego Komandora z obrazu Tomohika Amady. Bohater odkryje więcej historycznych faktów i traumatycznych przeżyć dotyczących rodu Amadów, w których domu mieszka. Zacznie tworzyć kolejny obraz, tym razem związany z tajemniczym dołem, będzie pracował nad portretem Marie, jego kontakt z Menshikim nieco się rozluźni, ale zacznie coraz bardziej intensywnie myśleć o byłej żonie, Yuzu. Jednocześnie bohater zbyt mocno wejdzie w iluzoryczną krainę cudzej przeszłość i wspomnień, zaburzy granicę między jawą a snem, zdrowiem a obłędem. Czytaj dalej