Wspomnienie. Wprowadzenie do zapisków o „Pogrzebanym olbrzymie” Kazuo Ishiguro

Kazuo Ishiguro, "Pogrzebany olbrzym"Tekst można przeczytać na stronie PapieroweMyśli.pl

Reklamy

46 thoughts on “Wspomnienie. Wprowadzenie do zapisków o „Pogrzebanym olbrzymie” Kazuo Ishiguro

  1. Luizo, czy ta książka ma szansę spodobać się komuś, kto lubi Tolkiena, Sapkowskiego (a więc fantastykę raczej), względnie przepada za popkulturowym Murakamim, nie lubi jednak zbytniego „upiększania” tekstu? Mam zagwozdkę ;)

    1. Agnieszko, bardzo ryzykowny pomysł. I nie mówię tu o „upiększaniu” tekstu, bo u Ishiguro tego nie ma, ale jest krystaliczność, którą zdefiniować mogłabym jako dystans, pewien rodzaj zimna, wrażenie pustki, będącej (będących) wynikiem zmagania człowieka z własnymi wspomnieniami (i tak jest w każdej jego książce, którą czytałam). Smok czy legenda króla Arthura są znakami, służącymi do przekazywania innych treści. Czytanie tej książki z takim nastawieniem, jak podczas sięgania po książkę np. Tolkiena (Sapkowskiego znam bardzo niewiele, jeszcze w czasach wczesnych nastoletnich coś podczytywałam), przyniesie rozczarowanie.
      To nie jest książka czysto fantastyczna, nie jest tak magiczna i popkulturowa jak Murakami.
      Podsumowując moje chaotyczne myśli – tak, wracam do stwierdzenia, że to bardzo ryzykowne i ja bym nie zaryzykowała : )

      Edit:
      Chociaż… tak sobie jeszcze myślę, że z drugiej strony, jeśli ktoś czytał Tolkiena w tłumaczeniu np. Marii Skibiniewskiej i był oczarowany tym światem… to może warto? Aj, nie pomogę Ci chyba – ごめんね. Ale to dlatego, że ta książka jest zbyt dobra, by ją odradzać.^^’

      1. Pamiętam wywiad, w którym Ishiguro mówił, że czasy arturiańskie to tylko dodatek, umiejscowienie w czasie; że początkowo miał nawet pomysł, by akcję historii umieścić gdzieś w Rwandzie, Bośni, powojennej Francji. Bo zasadniczo chciał napisać nie fantasy jako takie (bo wcześniej kompletnie nawet nie znał tego gatunku, w sensie, nic fantasy nie czytał, nawet Tolkiena), ale „uniwersalną powieść o pamięci i zapominaniu”. Zaintrygował mnie tym.

        Z drugiej strony, ten Ktoś, o kim piszę wcześniej, potrafił przeczytać „Małego księcia” po hiszpańsku i japońsku tylko po to, by porównać przekłady, więc trudno mi jednoznacznie określić, jaki ma stosunek do piękna językowej warstwy tekstu. ;) Ech.

        1. O, muszę poszukać tego wywiadu. Zaintrygowałaś mnie.

          Skoro Osoba, której chcesz ofiarować tę książkę, porównywała przekłady, zastanawiała się nad zakresem znaczeniowym słów w dwóch różnych językach, to chyba bym jednak zdecydowała się na Ishiguro. Chyba tak.

          A Ty? Sięgnęłaś już po prozę Ishiguro? ^.-

          1. Wywiad jest w nr 3 (październik 2015) magazynu „Książki”.

            Ishiguro zaczęłam „Nie opuszczaj mnie”, ale to była końcówka lata i nastrój powieści jakoś mnie przytłaczał, czeka więc sobie na lepszy czas. Może gdy spadnie śnieg? ;)

            Dziękuję za pomoc!

          2. Dziękuję!

            Rozumiem. Nie czytałam tej książki, ale jestem ciekawa, co o niej kiedyś powiesz/napiszesz.

            Nie masz za co – i tak nie jestem w stanie Ci nic doradzić.^^’

  2. przez moment byłem zaskoczony, że u Ciebie pojawiła się fantastyka, ale już wszystko rozumiem. Myślę, że nie traciłabyś czasu na pisanie recenzji książki, której wystarcza streszczenie na obwolucie, a w pewnym sensie to jest definicją fantastyki ;-). Co piszę jako jej dość doświadczony czytelnik.

    Motyw olbrzyma przywiódł mi na myśl Orsona Carda i jego Grę Endera. Pewnie obie powieści łączy instrumentalne wykorzystanie sztafażu gatunkowego, co zresztą Cardowi wyszło na plus. A i nie zaszkodziło Ishigiro.

    Przechodząc do treści: opowieść o pamiętaniu bądź niepamiętaniu to twardy orzech do zgryzienia. Najgorszym koszmarem – według mnie – jest świat, w którym ludzie nie pamiętaliby swojej przeszłości, przeżytych emocji, relacji z bliskimi (niepamięć uniemożliwiłaby konstrukcję trwałych struktur rodzinnych czy nawet koleżeńskich).

    1. Haha, nie no, dawniej zdarzyło mi się coś z fantastyki przeczytać czy też zacząć czytać ; ) Ale wydaje mi się, że to, co innym ofiaruje fantastyka, ja znajduję w anime i mandze.
      Ciekawa definicja fantastyki – zaskoczyłeś mnie ; )
      Racja – to koszmar. Ale, jak też wskazuje Ishiguro, to niekoniecznie musi być koszmar. Świat bez wspomnień jest poniekąd (do pewnego stopnia tylko) światem bezpiecznym, niewymagającym stawiania czoła problemom (zwłaszcza tym, które związane są z relacjami z innymi ludźmi). To trochę utopijna wizja – cisza, czystość, pustka, trwanie. Z jednej strony jest to (od strony teoretycznej) pociągające. Z drugiej – jak zauważyłeś, koszmar(ne).

      1. jestem rozczarowany fantastyką, gdyż choć doceniam czytadła lekkie (czemuś wszak służą), to jednak uważam, że fantastyka powinna mieć mocniejszą nadbudowę dzieł wybitnych. Te się zdarzają. Są to powieści, w których psychologia (acz nie tylko ona) jest dopracowana do poziomu niespotykanego nawet w literaturze wyższych lotów (wszak jakość nie ma określonego domu), a zastosowanie sztafażu gatunkowego umożliwia fascynujące ekstrapolacje. Trochę jak w science fiction (której nie traktuję jako fantastyki) – na tym polu np. Lem czy Zajdel pod płaszczykiem gatunkowej mechaniki stworzyli genialne dzieła traktujące o ludzkości, zniewoleniu, manipulacji, antyutopiach ect.

        Niepamięć kojarzy mi się szczególnie z jednym aspektem: niepamiętaniem o ludziach, którzy odeszli. Czasami zauważam u osób starszych (literatura też to odkryła), że z wielką desperacją kultywują pamięć o umarłych znajomych i członkach rodziny, gdyż tylko w ich pamięci owe osoby trwają. Wygaśnięcie kolejnych ogniw ludzkiego łańcucha czyści tablicę, tak jakby tamtych nie było. To jest przerażające: Twoja egzystencja ma znaczenia póki pamięta o Tobie ktoś, a na pewnym etapie oznacza to garstkę ledwo żywych staruszków. Parcelując niepamięć na takie „odcinki” łatwo zauważyć jak wielkie znaczenie ma pamięć.

        1. Właśnie – to chyba jest niebezpieczeństwo wszelkiej literatury, która staje się popularna. Fantastyka – jak się zdaje (zdaje, bo nie jestem znawczynią tematu ; )) – to teraz taka literatura bardzo popularna, rozrywkowa wyłącznie. Dobrze, że wspominasz o science fiction – też nie uważam tego za fantastykę (samo zresztą słowo „fantastyka” zostało zawłaszczone od pewnego momentu i używanie go w do innych typów literatury czy filmu bywa opacznie rozumiane).

          Otóż to.
          Zresztą z pamięcią o zmarłych tak chyba jest – oni żyją tutaj i teraz (na naszym świecie, tym, którego możemy dotknąć, poczuć), bo ktoś o nich pamięta, przywołuje ich wizerunek, wspomina gesty, słowa, wypowiada (nawet jeśli tylko w myślach) imię, tym samym przywołuje i na swój sposób powołuje do istnienia tutaj, w tej chwili i w tym miejscu.
          Zauważ, że starsi ludzie opowiadają o tych, którzy odeszli, młodym – jakby chcieli przekazać im cząstkę pamięci (i chyba coś w tym jest, bo nigdy nie wiesz, czy nagle sobie nie przypomnisz kogoś, o kim mówili Ci inni ludzie). A co się dzieje z tymi, o których zapomniano, których nikt już nie wspomina albo nikt nigdy nie wspominał? Czy oni nie-istnieją, czy ich fragmenty, cząstka ich nie dryfuje gdzieś po naszej czasoprzestrzeni? Zniknęli, rozpłynęli się? Tak, to przerażające.

          1. w fantastyce przeraża mnie, że tworzą ją autorzy czesto bardzo młodzi, mający niewiele wiedzy praktycznej o życiu, ale tworzący skomplikowane światy, hojnie szafujący śmiercią, odmieniający przez wszystkie przypadki słowa takie jak odpowiedzialność, lojalność ect. Wszystko to takie… wirtualne ;-).

            Ze zmarłymi jak z bogami: istnieją deklaratywnie, dzięki wspomnieniom żywych. Nawet Pratchett żartował, że bogowie którzy tracą wyznawców znikają, gdyż nikt o nich nie wie ;-)

          2. Masz rację. To znaczy ten trend do pisania o czymś, o czym nie ma się wystarczająco dużo wiedzy i doświadczenia, widoczny jest w ogóle w literaturze, nie tylko w fantastyce.
            Odbiorcami docelowymi takich książek są ludzie o takich samych bądź mniejszych doświadczeniach, a że takich ludzi wielu, to i najczęściej taką literaturę się promuje.
            Wirtualne – dobre słowo.
            Ale to przerażające, że bez cudzych wspomnień możemy zniknąć (całkowicie?) ; )

          3. Muszę wprawdzie przyznać, że czasami owa wirtualna wiedza jest niezbędna, wszak trudno napisać jakieś sci-fi w oparciu o własne doświadczenia. Mz decydujący jest jednak układ akcentów: jeśli najważniejsze w dziele jest to, co jest wyssane z palca, a cały sztafaż nie służy przekazaniu w interesujący sposób niebanalnej treści to… wiadomo ;-)

            Możemy zniknąć, chyba że wzniesiemy pomnik trwalszy nad spiż ;-P

          4. Jasne (dodałabym nawet, że trzeba mieć i wyobraźnię, i umiejętnie analizować zmiany, które zachodzą w dziejach ; )), nie to jednak miałam na myśli, pisząc, że słowo „wirtualne” jest dobrym. Myślę o słowie „wirtualne” w odniesieniu do różnych aspektów życia człowieka, takich jak przyjaźń, miłość, śmierć, pamięć itd. Czasami zdaje się, że dla ludzi, którzy (nad)używają tych słów w literaturze, są to raczej pojęcia wirtualne, to znaczy nie przeżyli, nie doświadczyli podobnych stanów albo doświadczyli, ale bardzo powierzchownie. No ale to dość daleka dygresja z mojej strony ; )

            Haha, no ba ; ) Ale to się udaje tylko pod jednym warunkiem – ktoś będzie pamiętał ; )

          5. Dygresja daleka ale niewykluczone, że słuszna. W pewnym sensie pełne przeżycie życia „przekręca” licznik i wyklucza – na szczęście nie w każdym przypadku – chęć pisania o tym. Pisanie jest chyba częściej efektem głodu a nie przesytu. Dlatego czytamy częściej o wydumanych przeżyciach niż o rzeczywistych, choć te ostatnie też bywają chwytane w słowa. Ale w takim przypadku mówimy o literaturze innego sortu ;-)

          6. To prawda z tym „pełnym przeżyciem życia” (o ile jest możliwe pełne przeżycie) – nierzadko uniemożliwia pisanie.
            Pisanie jest chyba jednym z wentyli bezpieczeństwa, tak sądzę (pomijam kwestie czysto zarobkowe ; )).
            Tylko pytanie, czego szukamy w literaturze, tak dla siebie? Jasne, że jedni – „wydumanych przeżyć”, inni – „czegoś” więcej ; ) i to „coś” więcej możemy znaleźć u Ishiguro.

          7. aj, właśnie: różnych różności szukamy w literaturze. Czasami rzeczy prostych, czasami skomplikowanych. Kpię z fantastyki, ale w swoim czasie zapewniła mi sporo frajdy. Inaczej jednak rzecz wygląda z punktu widzenia konsumenta, który idzie do księgarni i przez kwadrans wybiera książkę, do której staje się przywiązany. Inaczej z punktu widzenia recenzenta, który dostaje ten szajs pudłami, a i patrząc z góry na wybór pozycji zaczyna mu się w głowie certolić od wydumanych, pretensjonlanych i wspaniale powtarzalnych tytułów kryjących takież fabuły ;-)

          8. Zdaje się, że największa miłość potrafi tyleż się zamienić w nienawiść/rozczarowanie, ile ją/je przynieść ; )
            Sądzę, że większość czytelników, którzy preferują literaturę, hm, ambitniejszą, też sięgają po tę bardziej, hm, rozrywkową, zaspokajającą nie sferę intelektualną, duchową itp., ale sferę emocjonalną. To znaczy ja to odkryłam dla siebie, ale podejrzewam, że sporo osób tak ma.
            Ha, a no pewnie, że jako recenzent inaczej patrzy się na literaturę. A jeszcze tak jak Ty i Iza otrzymujecie sporo książek, które są jakby przez jednego autora pisane i w dodatku marnej jakości, to jasne, że można oszaleć ; )

          9. już nie dostajemy, przygoda z Gildią jest skończona. Wróciliśmy już do trybu kupowania książek, znacznie fajniejszy jest ;-P

            Rozrywka sama w sobie nie jest zła. Źle, że rozrywkowe wydmuszki zajmują coraz większą przestrzeń kultury i praktycznie spychają w niebyt konkurencję. I jeszcze gorzej, że nie dość często obiektywnie ocenia się te propozycje, najczęściej odbiorca ulega jednostronnemu przekazowi reklamowego, z którego wynika, że wszystko jest och i ach.

          10. Rozumiem. Jasne, że kupowanie jest lepsze (tzn. jeśli się tylko dysponuje odpowiednią gotówką ; )).
            Hm, chyba tym samym można powiedzieć (za Baconem, o ile dobrze pamiętam), że tak naprawdę kto ma wiedzę, ten ma władzę. Dlatego w interesie niektórych jest ogłupienie masy, by móc łatwo manipulować.
            Czasami się zastanawiam, czy te sztucznie wyprodukowane zachwyty nad marnymi książkami są pisane z pełną świadomością (całego mechanizmu, jaki za tym stoi), czy też z uwagi wyłącznie na taką pracę, na zarobek itp., bez refleksji, że to jednak jest przekaz kształtujący potencjalnych odbiorców.

          11. myślę, że częściowo wynika to faktycznie ze względów finansowych. Do tego dochodzi presja grupy: recenzenci często na siłę komentują książki pozytywnie, skoro te mają już większość pozytywnych recenzji (sam uległem parę razy tej presji, w końcu znalazłem półśrodek: starałem się w ogóle nie pisać recenzji książek, które mz były bezwartościowe a uchodziły za cuda świata). No i jest jeszcze kwestia „zanurzenia” – jeśli się non stop przebywa w tej strefie, to się nie ma dystansu i łatwo uwierzyć, że kolejne przygody bohatera o dziwnym nazwisku polegające na pokonaniu wszystkich wrogów, zaliczeniu wszystkich księżniczek i ukradzeniu wszystkich koron mają w sobie coś wartościowego ;-)

          12. Haha, pięknie opisałeś przygody bohatera o dziwnym nazwisku ; )
            Ale tak, zgadza się – odczuwalna bywa presję, taka mniej uchwytna, bo nie jest wyrażona wprost.
            Półśrodek? Hm, ale o takiej książce coś musiałeś napisać, czy po prostu jej nie wybierałeś do recenzji? Bo ja miałam problemy z kilkoma pochopnie wybranymi i nie do końca sobie z nimi poradziłam.
            Ciekawe jest to, że zaczęłam prowadzić bloga nie dlatego, żeby otrzymywać egzemplarze recenzenckie (nawet nie wiedziałam, w swojej ignorancji blogosfery, że coś takiego istnieje), ale gdy po pierwszej fali zachwytu odkryłam, że i tak większość z tych książek „za darmo” są o tym samym, pisanych podobnym, wcale nie dość dobrym językiem, z kiepską redakcją i korektą, to jakoś mój entuzjazm opadł.
            I dlatego świadomie mogę powiedzieć, że wolę takie teksty jak Ty zamieściłeś o Beksińskim. Pisane z wewnętrznej potrzeby. Nie „recenzje”, ale myśli, wrażenia, zapiski na marginesie. To ma swoją wartość. I jest inspirujące, pełne pasji. A to jeden z aspektów pisania, który zgubiłam.

          13. wszystko co napisałaś jest bardzo prawdziwe. Odczuwam podobnie. Dlatego musiałem skończyć z Gildią, choć pretekst był z innej półki.

            Na pewnym etapie, jako pracowity recenzent, dostawałem całe kartony książek, z czego rosnąca część bez zamówienia. Parokrotnie po prostu nie recenzowałem książek, których nie chciałem recenzować, ale to rzadko tak działało. Napisałem parę naprawdę ostrych recek, ale to też nie zapewniło satysfakcji.

            Aby być świadomym konsumentem nie można czerpać z gratisów. Gratisy psują wszystko. Frajdę, przygodę z literaturą.Korzystanie z kultury wymaga wysiłku, także dla recenzenta. Zupełnie inaczej odbiera się książkę, którą się kupi lub choćby pożyczy w bibliotece, a inaczej tę, która przyjdzie sama na nóżkach kuriera. Bo przychodzi taki moment, że zaczynamy traktować książki jak podpórki pod meble lub rozpałkę do kominka ;-).

            Poza tym, powiem szczerze: zatęskniłem za literaturą, która stawia wymagania i jest problematyczna w lekturze. Która byłaby jakimś wyzwaniem. Niekoniecznie wielkim, wszak nie musi to być od razu Ulysses. A mainstream stawia na łatwiznę, na przenikanie przez książki. Notabene, istnieje w kinie tzw. styl zerowy. Oznacza on, że warsztat twórców kina ma być niewidoczny, czyli opowieść ma przekonywać swoją domniemaną rzeczywistością (brakuje wskazań wewnątrz filmu, że jest to film). W przypadku literatury styl zerowy też istnieje, choć z konieczności ma inny charakter. Tutaj trudniej o definicję, gdyż to czytelnik w swojej głowie wizualizuje obraz na podstawie książkowego scenariusza. Problem pojawia się, kiedy cała literatura dąży w stronę stylu zero: wszystko ma być niewidoczne poza przygodą księżniczki szukającej wykwalifikowanego rycerza o odpowiednio zakutej głowie ;-). W kinematografii odpowiedzią na styl zerowy był m.in. dogma. W literaturze… odpowiedzi póki co brak. Choć w pewnym sensie jest nią literatura z wyższej półki.

          14. Całe kartony?! To współczuję (chociaż nie – dobre na podpałkę albo… makulaturę ; )) W dodatku nic tak nie irytuje, jak przymus pisania o książce, której się nie zamawiało/dla której szkoda czasu. W pewnym momencie odkrywasz, że wszystko jest pisane w ten sam mierny sposób, a Ty piszesz o tym samym tak samo i nie możesz wyjść z błędnego koła. Wyzwoloeniem, swoistym antidotum jest wtedy literatura tzw. klasyczna, arcydzieła – przynajmniej dla mnie ; )
            Gratisami łatwo się zachłysnąć. Dla jednych (przeważają, niestety, w blogosferze książkowej) będzie to nieustanna „radość”-że-mam-nową-książkę-co-z-tego-że-jest-marna-ale-jest-za-darmo, dla innych okaże się nużącym czy irytującym obowiązkiem. A obowiązek, przymus zabija szczery zachwyt bądź szczere oburzenie książką, którą się wybrało spośród miliona innych. Inaczej – zauważam – działa na czytającego książka wypożyczona z biblioteki/samodzielnie kupiona niż publikacja przesłana do zrecenzowania. Zresztą zdarza mi się do tej pory podczytywać różne „recenzje” i wszystkie są niemalże identyczne. I tak jak napisałeś – zmieniają się tylko imiona bohaterów ; )
            Zgadza się – ja też za taką literaturę tęsknię, za literaturą wyzwalającą, stanowiącą wyzwanie, niepokojącą. Oj, Joyce jest właśnie dobry na orzeźwienie ; ) Widziałam wznowienie „Hotelu Finna” – muszę zakupić. Polecam literaturę skandynawską.
            Styl zerowy? Ciekawe. Nie zdawałam sobie z tego sprawy – dziękuję. To takie wyzbywanie autotematyzmu, usuwanie szwów, jak rozumiem. Oj, ciekawe. A podasz jakieś przykłady filmów?

          15. ujęłaś to perfekcyjnie. Na blogach książkowych dominują „stosiki”, czyli opisywanie stosów otrzymanych do recenzji książek, układanie ich kolorami, kształtami itd. Lub, statystyka w liczenie słów, stron ect. Pewnie ludzie szukają alternatywy dla braku treści w samych książkach ;-P
            Trudna literatura jest w takim przypadku orzeźwiającym odwrotem od łatwizny ;-)
            O kinie stylu zerowego pisał w swoim czasie Przylipiak. Kino nie-zerowe to, jak chyba wspomniałem, cała Dogma. Według Dogmy powstali np. Idioci. Nie twierdzę, że są to wybitne filmy (Idioci są wręcz głupi) jednak stanowią interesujący eksperyment formalny. W paru scenach widać np. jak do kadru dostaje się mikrofon filmowy (ten duży, zwisający z żurawia), innym razem widać np. operatora kamery ect. Czyli chodzi o przypomnienie, że film jest formą, nie tylko treścią. A może nawet głównie formą. Nie pamiętam innych przykładów niż Idioci – eksplorowałem ten kierunek dobrą dekadę temu ;-)

          16. Otóż to – stosiki, statystyki itd. A widzisz, nie pomyślałam, że to może rekompensować marną treść (i formę) książek ; )
            Od teorii (i testowania jej w praktyce) filmu jestem bardzo daleko. To znaczy kino, jak malarstwo i rzeźba, mnie przyciąga (zwłaszcza eksperymentalne), ale odczuwam lęk wynikający z niewiedzy fachowej. Dla mnie to niepewny grunt, toteż tylko się zbliżam, amatorsko podziwiam bądź odczuwam odrazę. Dlatego dziękuję za ten trop! Jak tylko zakończę swoje inne projekty, to powrócę do tego.
            A napisałeś coś na ten temat?

          17. Tak sobie myślę, że jak się człowiek wciągnie w książkę i da ponieść tworzonym przez nią emocjom, to ma chyba gdzieś ile ma ona stron i jak się prezentuje okładka. Tak samo nie kumam podsumowań ile się napisało słów ect. Taka koncentracja na drugorzędnych sprawach nie bierze się chyba znikąd ;-)

            Też mam bardzo amatorską wiedzę w temacie filmu, choć pewnie i tak lepszą niż z teorii malarstwa. Ale, jak widzisz, nie przejęło mnie to aż tak ;-P. Sama pisałaś, że czasami warto zająć stanowisko także w tematach, w których nie jest się specem ;-P. Tak więc tym się nie wykręcaj ;-). O teorii kina nic nie pisałem – ten etap mojego życia to okres sprzed wielu lat (głównie podstawówka, liceum i trochę studia). Wtedy bloga nie prowadziłem. Jak już to bardziej interesuje mnie interpretacja filmów, zwłaszcza jeśli tworzą one jakiś obszar do analizy. W temacie kina stylu zerowego polecam książkę Przylipiaka pod takim właśnie tytułem.

            Z innej beczki: co to właściwie jest wiedza fachowa w temacie sztuki? Kino jest łatwiejsze do eksploracji niż malarstwo bo jednak z założenia jest sztuką mniej elitarną. Nie trzeba przecież wiedzieć co to jest sjużet ect. Założę się, że jako widz masz doświadczenie wcale nie mniejsze niż ja czy ktokolwiek inny spoza grupy „specjalsów”.

          18. Trafne spostrzeżenia – okładka czy liczba stron nie są istotne, jeśli książka, po którą sięgamy, jest tym, czego szukamy, jeśli „coś” z nami robi.
            A, racja – jakoś dawno temu, jak w miarę na bieżąco śledziłam te najpopularniejsze blogi o książkach, to zauważyłam zaczątki liczenia napisanych słów i wywołało to mój uśmiech ; )
            Haha, tak, czasami warto amatorsko się wypowiadać xD Tylko nie mam odwagi tego zapisywać. Co innego rozmowa, co innego zapisanie. I chyba dlatego się wykręcam ; )
            Rozumiem. Szkoda jednak że nic nie napisałeś, chętnie bym poczytała : )
            O, super – poszukam w wolnej chwili tej książki. O filmie napisałam raz jeden – „Cold fish” (http://japonia-online.pl/article/539), ale to też nie było takie, jak zamierzyłam. Brakowało mi większej wiedzy na temat filmu.
            Fachowa wiedza? Chodzi mi o aparat krytyczny, umożliwiający analizę (nie tylko interpretację). Dzięki temu możliwe jest zupełnie inne spojrzenie na dzieło – na przykład świadomie dostrzegasz pewne nawiązania czy odstępstwa, eksperymenty itd. To jest jak z tradycją – jeśli sie jej nie zna, to trudno z nią świadomie polemizować, negować czy odrzucać. Podam Ci taki przykład – w japońskiej popkulturze jednym z elementów na swoj sposób modnych był (jest?) krzyż. Ale on tam jest pusty semantycznie. To tak jak u nas na przykład znak yin i yang. Mówię o skali masowej, czyli o przeciętnych odbiorcach takich elementów. Innymi słowy, można zostać na powierzchni – obrazu, filmu, literatury, rzeźby (czyli znaku – specyficznego języka) – ale można też wejść głębiej, dostrzec zależności i współzależności między poszczególnymi elementami. To jak wspólnie tworzą harmonijną całość. Roboczo i w skrócie nazwałam to fachową wiedzą ; )

          19. Ja to się nawet spotkałem z podsumowaniami miesiąca ile kto przeczytał stron, jaka średnia czytania / dzień ect. Nie żebym miał coś przeciwko statystykom, sam lubię liczby (dziwne u humanisty, ale true), jednak w skali w jakiej się to przejawia było to zadziwiające i nieco śmieszne.

            Fachowa wiedza w takim ujęciu o jakim wspominasz jest zaiste bardzo użyteczna. Ja zwykle ułatwiam sobie życie stawiając konteksty nad detalistyką czyli chętniej oceniam dany artefakt przez filtr odniesień i nawiązań niż szczegółowej wiedzy technicznej (której na ogół mi brak). Z drugiej strony, tych kontekstów też mi często brak. Z pewnością nie podjąłbym się oceniać powieści japońskiej (choć Kurosawę atakuję chętnie…) – właśnie z uwagi na kompletną nieznajomość kodu. Przykład krzyża jest genialny. Przecież nie ma szans żeby wiedział o tym ktoś kto o tym nie wie ;-P.

            Istnieje zawsze możliwość recenzowania w sposób oczywisty subiektywnego (bardziej subiektywnego niż zwykle) – można pisać o odczuciach tu-i-teraz, bo przecież odbiorca nie musi się wstydzić swojej niewiedzy. I ma prawo mówić o swoich odczuciach nawet jeśli jego ocena z konieczności jest subiektywna przez nieznajomość kontekstu i kodu. Dlatego jak trafię jakieś głupie young aduld (jak się nazywają dwa określenia równoznaczne?) to nie patrzę na kody i inne sruty-tuty tylko walę wprost. Tak samo powieści/książki o zombie, nieumarłych, wampirach ect – wszystkie one zasługują na koszenie równo przy ziemi, chyba że trafią się niezłe. Nie trafiają się niezłe ;-)

          20. Zdumiewające – czasami zastanawiam się, dlaczego niektórzy ludzie o takich rzeczach piszą. Chyba czyta się dla siebie, a nie dla statystyk? Chyba ; ) Chociaż podobne zjawisko (może nie na taką skalę, ale jednak) zauważyć można z filmami, muzyką, a nawet teatrem.
            Właśnie mnie często brak tych odniesień (mam na myśli odniesienia do innych dzieł czy do poglądów), jeśli oglądam obraz czy film.
            Są takie elementy kultury, których nieznajomość – co jest przerażające, jeśli się jest tego świadomym – wyklucza, uniemożliwia pełne uczestnictwo i współtworzenie, komunikację na poziomie wyższym niż dosłowny. Literatura, film, malarstwo, rzeźba pełne są elementów kultury, znaków, kodów.
            Tak, racja – subiektywne „tu i teraz”. Powoli nabieram takiego dystansu. I chyba właśnie owarinaiyume mi w tym pomaga. Ale to jest trudne, jeśli chcesz napisać zadowalający dla samego siebie tekst.
            Haha, jasne, że twory popkultury, które są puste, nie niosą za sobą treści, zasługują na takie traktowanie. Szkoda na nie czasu. To znaczy – dla tych, którzy lubią statystyki, to pewnie nie szkoda ; )
            Dwa określenia równoznaczne, synonimiczne? Chodzi Ci o słowo „ekwiwalent”?

          21. Ludzie są różni i za różnymi celami podążają. Jako wspomniałem, lubię liczby i nauczyłem się dobrze wśród nich czuć (choć nie byłem dobrym matematykiem w szkole, by być delikatnym). Lubię szukać relacje pomiędzy liczbami, choć nie w sensie teoretycznym a praktycznym (czego przykładem jest np. ekonomia będąca zapisem praktycznych relacji pomiędzy liczbami). Tak więc poniekąd rozumiem ten trend, ale zarazem nie popieram w sferze kulturowej. Literatura, malarstwo, film – to powinno być wolne od statystyki. Jest oczywiście inaczej, także w sferze twórczej. Zobacz sama ile dzieł powstaje na zasadzie konstrukcji modułów: autorzy biorą to co się sprzedaje i co powinno być (sex, cycki, wampiry, szybkie samochody, strzelaniny, pościgi ect) i konstruują z tego, jak z klocków lego jakąś układankę. To poniekąd działanie matematyczne, coś jak tworzenie wzoru.

            Wszystko już było, zatem wszystko co powstaje tworzone jest poprzez konstytucję relacji pomiędzy kontekstami. Po prostu nic nowego – absolutnie, czysto nowego – już powstać nie może, zresztą nawet gdyby powstać mogło, to i tak nie łyknąłby tego odbiorca, który wszak poszukuje tego co już zna, ale w odświeżonej formie. Stąd np. Bondów mamy już ponad dwadzieścia, Mission Impossible sztuk pięć, Szczęk, Rambo ect tudzież po kilka odsłon, nie wspominając o tysięcznych odcinkach telenowel… Tyle, że popularny odbiorca rozumie konteksty nieco inaczej niż np. literaturoznawca czy kinoznawca. Dla niego kontekst to przywalenie pałką z wielkim napisem „uwaga, to było w takim a takim filmie” w łepetynę.

            Owarinaiyume nie przyczyni się do zbudowania większego dystansu, bo zbyt mocno jesteś zaangażowana w to o czym piszesz. I zwyczajnie zbyt wiele o tym wiesz. Tego nie przekreślisz ani nie uda Ci się udawać, że tego nie ma. Co przecież nie jest złe. Z dystansem musisz spróbować z innymi tematami ;-P

            O, ekwiwalent jest ok ;-)

          22. Wiem, wiem. Też lubię liczby (na tyle, że żałuję niepodjęcia innych studiów, kiedy jeszcze mogłam). Tymoteusz Karpowicz mówił za Banachem, że przestrzeń jest cyfrą. Ty właśnie masz na myśli świadome podążanie za liczbami, współzależnościami itd. A to, co jest na blogach, zdaje się statystykami dla pokazania, jakim się jest „molem książkowym” ; )
            Zgadzam się z Tobą. Publiczna przestrzeń jest zainfekowana tym, co się sprzedaje (tak chyba było zawsze?) i rzeczywiście można/trzeba w tym dostrzec matematyczne działania. Wszystko odbywa się według wzoru. Wzoru na sukces. Z drugiej strony jednak czasami niby składniki się zgadzają, ale wyczekiwanego sukcesu brak… Sądzę, że takie momenty są najciekawsze.
            Trafne spostrzeżenia. Tylko pytanie – ile osób jest świadomych takich mechanizmów, ile osób to dostrzega?
            Może w takim razie kiedyś spróbuję z filmem. Albo z malarstwem. Może poprzez dialog? Ciekawe. Muszę jednak zakończyć to, co nieuniknione, i pewnie pod koniec roku spróbuję. Podejmę wyzwanie, o ; )
            Chodziło Ci o inne słowo?

          23. matematyka jest uniwersalnym językiem wszechświata, zatem wszystko da się opisać liczbami. Oczywiście nie zmienia to faktu, że są one równie sztuczne i wirtualne jak każdy język…

            Kiedyś, przypomniałem sobie, liczyłem ile książek rocznie czytałem. Pamiętam, że oscylowałem zwykle w granicach 90-100-105 czy coś takiego. Od paru lat jednak czytam znacznie mniej a i ochota na liczenie minęła. Sprawdzałem jednak, jakiś czas wstecz, ile recek spłodziłem dla Gildii literatury. Wyszło mi, że zgrzeszyłem ponad pół tysiąca razy. Konstatacja ta przyczyniła się, jako jedna z wielu, do decyzji o odejściu… Po prostu co za dużo to nie zdrowo. Liczby zatem pomagają w procesach decyzyjnych ;-P

            Spróbuj, spróbuj. Dialog to w ogóle dobra forma, o ile nie służy dojściu do z góry określonych wniosków, bo w takim przypadku jest stratą czasu ;-P.

          24. A co jeśli liczba nie jest sztuczna, nie jest wirtualna? To znaczy – nie znamy autentycznej struktury i porządku wszechświata, dlatego – jak zauważyłeś – konstruujemy sztuczne języki, dzięki którym określamy wszystko, co rzekomo odbieramy jako zewnętrzne wobec nas (i jako to, co wewnątrz nas). No ale jeśli naprawdę wszechświat jest liczbą?
            O, to ja tyle czytałam na polonistyce, bo nawet większe były listy lektur ; ) Ale zdecydowanie wolę spokojne tempo czytania, po którym mam czas na przemyślenie, na to, żeby „coś” ta literatura ze mną zrobiła : )
            Oooo, ponad 500 recenzji – niezły wynik.
            Tak, liczby pomagają w wielu sytuacjach.
            No pewnie. Najlepszy dialog jest taki, który inspiruje, uczy czegoś, otwiera.

          25. wydaje mi się, że matematyka i liczby nie mogą być naturalnym językiem wszechświata bo są stworzone przez nas ;-). Weźmy pod uwagę, że liczby bywają różne (systemy dec, hex, ale i rzymskie, arabskie) a wszechświat jest ponad to ;-)

            Też preferuję spokojne tempo, dlatego teraz czytam książkę na miesiąc ;-P

          26. Hm, ale nie chodzi mi o liczby w naszym ludzkim rozumieniu. To znaczy coś, co odkryliśmy, nazywamy tak czy inaczej, ale istnieje jeszcze tyle nieodkrytego. Tak sobie tylko myślę luźno. Hm… czasami przyjemnie pomyśleć, że może jesteśmy na dobrej drodze do odkrycia istoty ; )
            Hehe, to dobre tempo jest – wbrew pozorom. Zwłaszcza przy dziełach wartych czytania.

          27. w takim ujęciu matematyka faktycznie jest uniwersalnym językiem ;-). Kluczem do tego jest kwantyfikowalność rzeczywistości, to niesamowite że wszystko – wszystko co wiemy/znamy – poddaje się liczbom.

            Definicją tempa optymalnego jest chyba czytanie na tyle powolne by lektura nie miała cech wyścigu, ale i dość szybkie by nie zdążyć zapomnieć przeczytanej treści ;-P

          28. To prawda, że niesamowitym jest, jak wszystko poddaje się liczbom – jeśli się nad tym zastanowić, to łatwo o zawrót głowy. No jasne – zależy od perspektywy i od rzeczywistości (jeśli ktoś przyjmuje, że istnieje wiele rzeczywistości – w tym rzeczywistości każdego człowieka) czy od innych okoliczności ; )
            Od długiego czasu brakuje mi matematyki w takiej zorganizowanej formie cyklicznych lekcji. Zawsze jest wygodna wymówka – brak czasu.

            Haha, genialne podsumowanie! ; )

          29. ja czasami rzucam się na książki poświęcone teorii matematyki i pochłaniam je z przyjemnością, choć niewiele z nich rozumiem ;-P

          30. z matematyki? Nie, od dłuższego czasu nic takiego nie czytałem ;-). A wczoraj skończyłem Trumana Capote – Z zimną krwią. Niezłe, więc mogę polecić ;-). Z wcześniej przeczytanych książek… to chyba Szwejka ;-). Bardzo pozytywnie się nim rozczarowałem, zresztą chyba przebloguję jego reckę z gildii ;-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s