Wiwisekcja samotności. O „Zatraceniu” Osamu Dazaia kilka słów

Osamu Dazai, "Zatracenie"Tekst można (było) przeczytać na stronie PapieroweMyśli.pl

[Bezpośrednio na blogu od 05.03.2020]

Wielki teatr marionetek posłusznie odgrywających swoje role, konieczność wybrania odpowiedniej maski, za którą skryją się autentyczne intencje i myśli, przeraża tym mocniej, im bardziej samoświadomość jest rozbudzona. Niemożność zmierzenia się z nie tyle iluzorycznym, co fałszywym światem, wykreowanym przez ludzi-społeczeństwo jednostek-lalki, prowadzi albo do choroby psychicznej, albo do poszukiwań jedynego wyjścia – szeroko pojętego wyzwolenia. Bez względu na koszty i konsekwencje wynikające z oswobodzenia się (siebie).

Dwudziestosiedmioletni Yozo (alter ego Osamu Dazaia) niedługo przed rozpoczęciem drugiej wojny światowej dokonuje rewizji swojego dotychczasowego życia. Doświadczanie od dzieciństwa świata ludzi, czyli nieustannego przedstawienia, spisuje w trzech dziennikach. Urodził się na północy Japonii, w małej wiosce. W dziesięcioosobowej rodzinie był najmłodszym i w dodatku chorowitym, acz piekielnie zdolnym, utalentowanym dzieckiem. Jego ojciec zajmował się polityką, toteż nieczęsto przebywał w rodzinnym domu.

W dziecięctwie już Yozo odkrywa barierę dzielącą go od innych ludzi. Nie jest w stanie myśleć o rzeczywistości i o istnieniu (świata oraz człowieka) w taki sam sposób, jak otaczające go osoby. Zdumiewa go dwulicowość i fałszywość ludzi (począwszy od mikro przestrzeni – rodzinna wieś czy szkoła, skończywszy na przestrzeni makro – metropolia) – skrywanie prawdziwych intencji pod uśmiechem, odgrywanie ról jak w teatrze, ciągłe życie w przedstawieniu, umiejętność przebywania i funkcjonowania w rozłamie, między tym, co „wewnątrz”, a tym, co „na zewnątrz”. Nie potrafi przeniknąć tajemnicy interakcji z drugim człowiekiem. Zastanawiające, na ile sam się (siebie) wyklucza ze społeczności, a na ile jest z niej odsunięty przez innych.

Niemniej jednak paraliżujący lęk, obawa przed spotkaniem z Innym i konieczność nawiązania, a później podtrzymywania konwersacji czy choćby strach przed gniewem człowieka (ujawniającym nieokiełzany strumień emocji), przyczyniają się do wytworzenia względnie wygodnego i mało zwracającego powszechną uwagę mechanizmu obronnego – błazeństwa (połączonego z „upiększaniem”, tworzeniem historii angażujących odbiorcę i wywołujących u niego entuzjazm). Rozśmieszanie ludzi, czyli ofiarowanie im prostej rozrywki, stanowi swego rodzaju formę eskapizmu, próbę ucieczki od przymusu porozumiewania się, wymieniania słów. Niewyszukane poza i gra Yozo przyciągają zwłaszcza kobiety. Widzą one w młodzieńcu nieszczęśnika, ale pociesznego, tragikomicznego błazna-zabawkę, lalkę, którą można pozornie dowolnie kształtować. Innymi słowy, Yozo powinien być ucieleśnieniem ich wyobrażeń o mężczyźnie idealnym, zaspokajającym ich potrzeby emocjonalne i fizyczne.

Nie można jednak całe życie grać, udawać kogoś, kim się nie jest i nie będzie. Yozo psychicznie nie wytrzymuje i gdy Masao Horiki, tokijski cwaniaczek, niedoszły artysta-malarz, wprowadza go nie tylko w przestrzeń marksistów i anarchistów (u których, nota bene, młody mężczyzna odkrywa takie samo zakłamanie jak wśród innych ludzi), ale przede wszystkim w świat alkoholu i prostytutek, Yozo poddaje się temu bezwładnie, powoli dryfując ku samozagładzie, zatraceniu siebie, wyrzeczeniu się człowieczeństwa (oryginalny tytuł powieści można tłumaczyć jako „utratę człowieczeństwa”). Inicjacja w sferę seksualną ma miejsce, gdy jest jeszcze dzieckiem (molestowanie przez służących), ale dopiero wejście w krąg tokijskiej bohemy artystycznej staje się asumptem do wtajemniczenia w alkohol, a później narkotyki (morfinę), kontakty zaś z prostytutkami umożliwiają odnalezienie alternatywnej formy ucieczki – „nie-życia”, życia bez życia, pozorowania życia. Kolejne stopnie upodlenia stanowią swego rodzaju spełnienie pierwotnej myśli Yozo o własnym życiu – przekonany bowiem o paraliżującej niemożności odnalezienia się w świecie ludzi (a przejawiało się to nie tylko podczas prób rozmowy czy zrozumienia toku myślenia drugiego człowieka, ale także w tak drobnych sprawach, jak choćby dokonanie wyboru) nazywa swoje życie „życiem przepełnionym wstydem”. [s. 14] Żadna z wypróbowanych dróg nie oferuje mu wyzwolenia. Nawet poznanie dziecięco naiwnej Yoshiko, która miała być odtrutką na zgniliznę rzeczywistości, a przyniosła cierpienie. Dużo czasu zajmie Yozo rozumienie (ale czy na pewno to pojmie w pełni świadomie?), że źródłem (jego) nieszczęść jest on sam.

„»świat« pozostał dla mnie miejscem bezdennej rozpaczy.” [s. 92]

Wydana w 1948 roku, niedługo przed samobójczą śmiercią Osamu Dazaia powieść „Zatracenie” kreowana jest jako odnaleziony przez bezimiennego pisarza autentyczny dziennik, niepoddany literackiej obróbce. Ów pisarz, w ręce którego znalazły się dziwnym trafem dzienniki Yozo, dodaje jedynie wstęp oraz epilog. We wstępie opisuje trzy fotografie Yozo, pochodzące z różnych lat jego życia. Każde z nich pozostawia na obserwatorze nieodparte wrażenie braku życia, braku naturalności, iluzoryczności istnienia sportretowanego, który przywodzi na myśl raczej manekina o twarzy pozbawionej wyrazu, trupiej, niż człowieka. To twarz jednego z należących do generacji psychicznie okaleczonych. Odrzuconych, napiętnowanych, niezdolnych do podporządkowania się (siebie) regułom społecznym, ale zmuszonym do ogrywania określonej roli (o czym świadczą kolejne piekielne inicjacje Yozo, szczególnie finał jego prób ucieczki).

Przypomnijmy za Henrykiem Lipszycem, autorem tłumaczenia „Zatracenia” oraz krótkiego komentarza do tekstu, że dla powojennego pokolenia czytelników twórczość literacka Osamu Dazaia była wyrazem ówczesnego zagubienia społeczeństwa, konieczności dokonania rozrachunku, przewartościowań, zmierzenia się z rzeczywistością po upadku autorytetów. Dlatego też „Zatracenie” odczytywać można dwojako – jako spowiedź tego, który utracił prawo do „człowieczeństwa”, oraz jako portret japońskiej inteligencji (stan umysłu, kondycję psychiczną) sprzed wojny i tuż po niej. Co jasne, pierwsza droga interpretacji – wychodząca poza japońskie doświadczenia – pozwala wpisać powieść Osamu Dazaia w nurt współczesnej literatury tyleż rozrachunkowej, ile konfesyjnej – osobistej, intymistyki, „powieści o sobie” (jap. watakushi shosetsu) – stanowiąc tyleż interesującą kontrpropozycję, ile cenne dopełnienie (dla) doświadczeń europejskich i amerykańskich artystów.

„Zatracenie” jest rewelacyjną powieścią. Ale bolesną, bo penetrującą ludzką psychikę, odsłaniającą pustkę, złudność, iluzoryczność międzyludzkich relacji, niemożność wejścia do wspólnoty, wyjścia poza samotność i jednostkowość.

——————

Osamu Dazai, Zatracenie, przeł. z jap. Henryk Lipszyc, Czytelnik, Warszawa 2015.

Autor: Luiza Stachura

20 uwag do wpisu “Wiwisekcja samotności. O „Zatraceniu” Osamu Dazaia kilka słów

  1. powieść zdaje się być ciężka od ładunku pesymizmu. Zarazem jednak wygląda zachęcająco. Piszesz, że jest doskonała lecz bolesna – musi być zatem naprawdę doskonała, skoro doceniłaś mimo emocjonalnych utrudnień…

    1. To bardzo dobra powieść. Ale nie dla każdego. To znaczy – jeśli ktoś nie lubi autoanalizy, jeśli jest modelowym przykładem ekstrawertyka, to niekoniecznie spodoba mu się dość gęsta, duszna narracja Osamu Dazaia. Ale jeśli czytelnik dokonuje autoanalizy, jeśli rozpatruje swoje relacje z drugim człowiekiem dość dokładnie i głęboko, jeśli jest kimś, kto sam siebie wyklucza bądź jest/został kiedyś w jakichś okolicznościach wykluczony itd., to sądzę, że odnajdzie coś, co jest mu bliskie.
      Dla mnie jest to jedna z tych książek, które są bolesne (emocjonalnie), bo wnikające dość głęboko czy też siłą rzeczy zmuszające do głębszego wejścia (w np. swoje relacje z innymi ludźmi, w to, czym te relacje są naznaczone i czym okupione itd.).
      Polecam – jak zresztą zdecydowaną większość japońskiej literatury pięknej opublikowanej w języku polskim ; )

      1. no, ja jestem raczej introwertykiem niż eks, ale czy rzeczywiście przekłada się to na gusta literackie? Muszę przemyśleć, bo to ciekawa idea ;-). Teoretycznie powinienem pasować do modelu czytelnika wskazanego przez Ciebie (o ile można to ocenić obiektywnie).

        Dla mnie jeszcze chyba za wcześnie na taką literaturę. Skończyłem właśnie Themersona i mimo bardzo pozytywnego odbioru książki mam wrażenie, że uciekło mi zbyt wiele z bogatego kontekstu powieści. Zmęczenie, zamykające się oczy i spoglądanie na zegarek o nieprzyzwoitych porach dnia (jaki tam dzień…) to zła kombinacja do zagłębiania się w literaturę wymagającą czegoś od czytelnika… Niestety ;-(

        1. To znaczy – są różni introwertycy i różni ekstrawertycy, co jasne, ale użyłam skrótu myślowego. Bo jednak osobom, które w pewien sposób same się wykluczają ze zbiorowości bądź zostały/są wykluczone oraz osoby, dla których interakcja z drugim człowiekiem jest czymś, co zabiera dużo sił, jest w pewien sposób wyczerpująca, w dodatku obnaża niemożność znalezienia właściwym słów – zwłaszcza takie osoby (a to zazwyczaj introwertycy, nie ekstrawertycy) inaczej odbiorcą prozę Osamu Dazaia, a inaczej osoby, które pewnych stanów nie doświadczyły. Zauważam dość często, że np. ekstrawertykom trudno jest wyobrazić sobie i spróbować zrozumieć cudze wybory w relacjach międzyludzkich, takie jak ucieczkę czy odgrywanie konkretnych ról w celu ochrony samego siebie. Pewnie bardzo niejasno odpowiadam, ale musisz (nie musisz ; )) mi wybaczyć : )

          To też jest tak, że są ludzie o cechach introwertyka i ekstrawertyka, są ludzie mniej introwertyczni/ekstrawertyczni i bardziej. Ale – jak już napisałam – użyłam takiego skrótu, żeby lepiej zobrazować tematykę.

          A Themerson przede mną, o! Co czytałeś?

          To prawda, że zmęczenie nie służy czytaniu literatury bardzo wymagającej. No ale może kiedyś ; )

          1. wybaczam i/bo rozumiem ;-). Piszesz bardzo zrozumiale. Nasza zdolność wyobrażania sobie postaw jest zawsze przefiltrowana przez osobiste wybory i skłonności. Nawet jeśli bywamy względnie obiektywni, to jest to obiektywność pobłażliwa, nacechowana słabszym lub silniejszym egocentryzmem. Ale jest to rzecz pierwotna, która tkwi w nas. Dzięki silnej woli staramy się przezwyciężyć to ograniczenie. Przynajmniej się staramy ;-)

            Co do Themersona. Przeczytałem Wyspę Hobsona, jego ostatnią książkę. Mam wielką ochotę na Wykład Profesora Mwa czy jak to się tam zwie (pamięć mam dziurawą). Ale na razie się wstrzymam ;-)

          2. Dziękuję ; )
            Tak, nie wiem, czy w ogóle ktokolwiek może być obiektywny (jedynie w teorii, ale czy w praktyce jest to możliwe?). Masz rację, że z jednej strony jest to nasze ograniczenie, ale z drugiej strony zdaje się, że to jeden z tych drobnych elementów składających się na – jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi – człowieczeństwo. Tak jak popełnianie błędów czy niecelowe ranienie innych. Subiektywizm zresztą jest też jednym z przejawów jednostkowości (powtórzenia „jeden”, wiem ; )).
            Ale jestem ciekawa, jak Ty być odebrał „Zatracenie” – może kiedyś będziesz miał okazję (Ty i/albo Iza), żeby przeczytać.

            „Wykład profesora Mmaa” ; ) A, czyli wrócisz do jego prozy – to dobry znak. Życzę Ci zatem owocnego i inspirującego spotkania z jego literackimi światami. Przede mną zaś „Euklides był osłem” – tytuł chwytliwy ; )

          3. Myślę, że okazja się trafi. Kiedy już wpadam w korkociąg lekturowy, wtedy ostro nadrabiam zaległości ;-). Też jestem ciekaw swojego odbioru. Lubię ksiażki, o których chce się rozmawiać lub które stają się przyczynkami do dyskusji, choćby tylko na zbliżony temat. To zawsze odświeżająca odmiana od książek, które się zapomina nawet w trakcie lektury…

            Nad „Euklidesem” też się zastanawiałem, kiedy wybierałem sobie jakiegoś Themersona do recenzji. Jakby nie patrzeć, to autor więcej niż jednego tytułu ;-)

          4. To świetnie!
            Tak, cenne są książki, które stają się nie tylko tematem rozmowy, ale i pretekstem do wymiany spostrzeżeń. Rozwijają, inspirują i nierzadko zaskakują.

            No ba! Ale czasami trudno jest wybrać pierwszą książkę konkretnego autora (jeśli napisał ich wiele), bo – co jasne – od tego wyboru zależy, czy będzie się chciało poznawać kolejne utwory, czy wręcz przeciwnie, czy wykreowany świat zainspiruje, czy zniesmaczy albo odrzuci, albo – co gorsza – będzie obojętny.

          5. tak, tak… wbicie się w nieznanego pisarza jest trudne, z wyjątkiem może jakiejś fantasy, gdzie standardem są cykle po kilkadziesiąt tomów, wtedy wiadomo, że trzeba pierwszy. Choć… gwoli prawdy… nie ma to w sumie znaczenia, w fantastyce w sensie. Themersona poznaję od końca, to niezłe rozwiązanie. Obawiam się, że wcześniejsze, mniej doskonałe tomy, mogą być trudniejsze w trawieniu. Facet ma bardzo szczególną manierę pisarską…

          6. Haha, w sumie racja – niekoniecznie w każdym przypadku ma znaczenie numer tomu, od którego się zaczyna swoją literacką przygodę ; )
            A to tym ciekawej z Themersonem – jestem jeszcze bardziej zaintrygowana niż wcześniej. Wnet się zabiorę za jego prozę.

          7. Ha ha – no jakbyś pisała o mnie xD czyli Dazai do zapoznania się ;) kiedyś czytałam jedno jego opowiadanie, „Rybką być”, i pamiętam, że mnie ujęło.

  2. Szalenie mnie cieszy, że doczekałam się polskiego wydania. Męczyłam się z angielskim tłumaczeniem ale niestety, nie znam języka na tyle żeby wyczuć wszystkie niuanse i za dużo rzeczy mi uciekało. Co nie zmienia faktu, że powieść zrobiła na mnie duże wrażenie.

    1. O, to teraz doskonały pretekst, żeby wrócić do Zatracenia i być może porównać obie wersje językowe.
      Tak na marginesie – jestem ciekawa, na ile angielskie tłumaczenie, a na ile polskie „zawłaszczają” w jakiś sposób tekst oryginalny.

      1. Nie ma to jak czytanie w języku ojczystym. Świeżo po lekturze muszę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem. Czytając po angielsku za bardzo koncentrowałam się na zrozumieniu samego języka. Dużo słów z którymi nie miałam wcześniej do czynienia, zaglądanie do słownika, nie najprostsza konstrukcja zdań. To wszystko rozpraszało i sens gdzieś umykał.
        Pierwszy raz natrafiłam na „Zatracenie” w formie animowanej. To była jakaś seria poświęcona największym dziełom lit, japońskiej, jeżeli dobrze pamiętam. Jeden odcinek to było właśnie „Zatracenie”, potraktowane dosyć powierzchownie, ale na tyle ciekawe, że zachęciło mnie by zapoznać się z książką. Pamiętam, że nie rozumiałam wtedy zachowania Yozo.
        Teraz kiedy już zapoznałam się z powieścią, mogę powiedzieć, że Osamu Dazai przedstawił problemy bohatera w tak niesamowity a zarazem przystępny sposób, że wszystko stało się jasne.
        Książka trudna, wymagająca trochę empatii ale warta przeczytania.

        1. Pewnie – zupełnie inaczej się czyta w języku ojczystym. Chyba że ktoś jest dwujęzyczny, to pewnie jego doświadczanie literatury umożliwia odkrywanie nieco innych (?) przestrzeni i dróg.
          A nawet nie wiedziałam, że Zatracenie było w formie animowanej – ciekawe.
          Tak, to książka wymagająca. Nie dla każdego. Ale, tak, warto spróbować.

          1. Aoi Bungaku:http://www.filmweb.pl/serial/Aoi+Bungaku-2009-541414
            Zatracenie zdecydowanie najlepiej wyszło. W innych częściach niepotrzebnie próbowano historie uwspółcześnić, np. w „Lesie skrytym pod gałęziami wiśni w pełnym rozkwicie” (piękny tytuł swoją drogą) jeden z bohaterów paradował z iPodem jeżeli dobrze pamiętam. Dziwnie wyszło też „Sedno rzeczy” Natsume Sosekiego. Nie pamiętam za dobrze książki, trochę zresztą myli mi się z „Sanshiro” ale coś mi się wydaje, że zaszła tam jakaś nadinterpretacja. Animacja skupiła się na miłości Senseia i jego przyjaciela do tej samej kobiety, i animacja pokazuje, że ta miłość była odwzajemniona w stosunku do przyjaciela. Może to było w powieści zapisane gdzieś między wierszami, nie wiem.
            Fajnie, że takie animacje czy też wszelkie ekranizacje filmowe powstają. Gorsze czy lepsze, jakoś liczbę osób na pewno zachęcą do przeczytania. Ja w taki sposób znalazłam „Zatracenie” i mam ochotę ponownie przeczytać „Sedno rzeczy”.

          2. O, dziękuję bardzo za link! Wszelkie ekranizacja i adaptacje zawsze niosą ryzyko jakiegoś zawłaszczenia tekstu, stanowią pokusę do licznych nadinterpretacji, to jasne. Ale tak, zgadzam się, że mogą zachęcić do sięgnięcia po „oryginał” : )
            Życzę w takim razie inspirującego powrotu do „Sedna rzeczy”!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s