Lekcja samotności. Na marginesach „Małego słownika chińsko-angielskiego dla kochanków” Guo Xiaolu

„Jest wiele snów w długą noc.” [s. 315]

W labiryncie znaków i dźwięków, między słowami łatwo się (siebie) pogubić. Krucha, jeszcze nie w pełni ukształtowana, dopiero się konstytuująca tożsamość pod naporem obojętnych twarzy-masek w teatrze świata, w innej czasoprzestrzeni, zaplątana w cudzych kategoriach i pojęciach, albo rozpadnie się na kawałeczki, albo wyjdzie umocniona. Nie można bowiem w obcym królestwie dryfować, Guo Xiaolu, "Mały słownik chińsko-angielskie dla kochanków"liczyć na doraźną pomoc wiatru. Potrzeba stabilnego podłoża. I odważnego gestu, by wyjść poza oniryczność, złudność rzeczywistości, a następnie odkryć siebie.

Ona nazywa się Zhuang Xiang Ciao. Urodzona w 1979 roku w Chinach, w wieku 23 lat przyjechała do Anglii (na)uczyć się języka angielskiego. Jej lingwistycznym przewodnikiem i pomocą w próbach zrozumienia terminów innego świata jest mały czerwony słownik, przywodzący na myśl czerwoną książeczkę Mao. Doświadczanie nowej rzeczywistości rodzi potrzebę stworzenia własnego słownika, w którym poza zdawkową definicją słów znajdzie się miejsce dla ulotnych wrażeń, odczuć, emocji i myśli. Alternatywny słownik, początkowo poświęcony nowym zasłyszanym, pod-słyszanym i kradzionym słowom („Chcę pisać te nowo nauczone słowa codziennie, robić mój własny słownik. Więc uczę się angielskiego szybko. Piszę tu i tam, we wszystkiej sekundzie i wszystkiej minucie, gdy słyszę nowy dźwięk z angielskich ust.” [s. 27]), podporządkowany zostanie dość szybko zmaganiom z samotnością i niezrozumieniem w rozerotyzowanym, sensualnym społeczeństwie, nastawionym na kult „ego”, prymatu mylnie pojmowanej jednostkowości nad wspólnotą.

„Potrzebuję kogoś do chronienia mnie, towarzyszenia mnie, lecz nie gapienia na mnie w ciemnościach. Tęsknię ku uśmiechowi od mężczyzny, tęsknię ku uśmiechowi choćby jedynie pozostającym parę sekund.” [s. 46]

Zagubiona w słowach, obca w języku i na ulicach innego wymiaru rzeczywistości, w labiryncie językowych znaków odnajduje niespodziewanie mężczyznę, z którym chciałaby stworzyć dom. Ale on to starszy od niej o przeszło dwadzieścia lat, artysta niespełniony (twórca rzeźb na swój sposób okaleczonych, ogołoconych, wydrążonych, brakujących), eksperymentator, niegdysiejszy anarchista, zafascynowany brzydotą i cielesnością, traktujący męskie i żeńskie ciało jako materiał, tworzywo. Ucieka od cywilizacji, lecz równocześnie jest w niej uwięziony, bo nie potrafi czy nie chce jej porzucić w pełni, nie tylko zaś w słowach oraz idei. Brakuje w jego życiu realizacji decyzji o odważnym kroku, brakuje działania. Męczą go bóle głowy, mierzi własna inercja, niezdolność do czynu, drażni nieumiejętność zbudowania czegoś trwałego z drugą osobą, konieczność, przymus bycia samym, ale przede wszystkim niemożność odnalezienia równowagi, pogodzenia się (siebie) z samym sobą. Nienasycenie życiem spala go doszczętnie, czyni zeń ciało-skorupę, kadłub bez duszy, istotę niezdolną do miłości.

Jego bierności przeciwstawiona zostaje jej aktywność – ekspansja językowa i cielesna, jej zajmowanie przestrzeni nowego świata, jej odkrywanie siebie i swojej tożsamości w innym języku i w innej czasoprzestrzeni, jej wyrażanie siebie („ja”) w odmiennych słowach. Do tego popchnie ją – paradoksalnie – on, każąc jej wyruszyć w podróż po kilku europejskich miastach. Samotność podczas eskapady będzie trudną, bolesną lekcją dla Chinki, znającej tylko kolektywność, wspólnotę, życie w grupie. Pozostawiona sama sobie musi zmierzyć się z takimi pojęciami – dotąd dla niej abstrakcyjnymi i zakazanymi – jak: tożsamość, indywidualność, jednostkowość, niezależność.

Znamienne, że opowieść trwa rok – od lutego do lutego (od zimy do zimy). W tym czasie miłość czy też zauroczenie dwojga ludzi z dwóch różnych światów rozkwita, dojrzewa i prze-kwita, usycha (symbolem tego będzie ogród artysty). Oboje uczą się od siebie nawzajem odmiennego sposobu patrzenia na życie i czas, innej percepcji rzeczywistości i interpretacji słów. Ona dorośleje, w jej życiu pojawiają się ból i niepokój świadczące o duchowej ekspansji. Za sprawą artysty przechodzi kolejne inicjacje, penetrując głębie swojej psychiki i uświadamiając sobie własną cielesność i seksualność. Tymczasem jej świeżość, dziecięca niewinność i urokliwa niezdarność, naiwność, które przyciągnęły dojrzałego mężczyznę, okazały się autentycznie ożywczym wiatrem. Dlatego on może wreszcie odnaleźć to, czego szukał przez całą burzliwą młodość – spokój ducha, wyciszenie.

Niemalże każda część Małego słownika chińsko-angielskiego dla kochanków zaczyna się od słowa kluczowego dla konkretnej sytuacji czy doświadczenia bohaterki. Do słowa dołączona zostaje lapidarna definicja słownikowa. To punkt wyjścia, wyłącznie nazwanie wydarzenia, stanu psychofizycznego i/czy uczucia. Prawdziwe wyjaśnienie przychodzi jednak z czasem, podczas smakowania słowa, układania go w większych konstrukcjach, dołączania do odpowiedniego kontekstu, odkrywania jego znaczeń, także tych naddanych. Nic zatem dziwnego, że autorka posługuje się kalekim, zdeformowanym językiem, formami dalekimi od poprawności językowej, mylnym, nieumiejętnym zestawianiem słów czy w zasadzie ich zderzaniem, przykładaniem. Tym samym nieświadomie wprowadza element językowej gry na wzór dziecięcego testowania słów, eksperymentowania (ze) słowami – ich brzmieniem, wyglądem i znaczeniem. Doświadczanie nowej rzeczywistości, nowych uczuć (szczególnie miłości) następuje w innym języku. Nieliczne próby przeniesienia chińskiego sposobu myślenia o czasoprzestrzeni i kondycji człowieka na aktualny stan psychiczny bohaterki okazują się w zasadzie niemożliwe. Zda się, że budowa tożsamości musi przebiegać w innym języku, czyli w odmiennym sposobie percypowania rzeczywistości. Zastanawiające, na ile potrzebujemy wytworzyć czy znaleźć odrębny język, by wyrazić nowe doświadczenie. Inaczej mówiąc, nie zawsze i nie w każdej sytuacji „nasz” język (ojczyźniany, rodzinny) będzie w stanie pomóc nam w dotknięciu sedna rzeczy, w nazwaniu tego, czego właśnie doświadczamy. Czasami potrzeba języka z innego kraju, czasami zaś z innego porządku, na przykład muzyki, malarstwa albo poezji.

Mały słownik chińsko-angielskie dla kochanków jest słodko-gorzkim zapisem dorastania. Zmiana optyki, miejsca i języka wpływają na rewizję dotychczasowego życia, konstytuują tożsamość, wyznaczają nowe obszary czasoprzestrzeni, pomagają w odkryciu i rozwoju samoświadomości. To bolesna lekcja samotności – samotności koniecznej, by przekroczyć iluzoryczność, fikcjonalność i zbliżyć się do zrozumienia, czym jest autentyczne życie, które zaczyna się po zrzuceniu wszystkich masek.

——————
Guo Xiaolu, Mały słownik chińsko-angielskie dla kochanków, przeł. z ang. Macieja Mazan, Albatros, Warszawa 2009.

Guo to nazwisko, Xiaolu – imię autorki.

Autor: Luiza Stachura

钟茌 (Zhong Chi), Chain of Desire

http://www.tudou.com/programs/view/oljGEqkSXq4/

Reklamy

7 thoughts on “Lekcja samotności. Na marginesach „Małego słownika chińsko-angielskiego dla kochanków” Guo Xiaolu

      1. Życzenie się spełniło :D w piątek wieczorem szukałam książki, która dobrze by się sprawdziła w drodze „do” i „z” Poznania, i przeglądając półki przypomniałam sobie o twoim wpisie. Postanowiłam Ci zaufać i nie zawiodłam się – bardzo dobra powieść :)

  1. Ilekroć czytam Twoje recenzje to ciśnie mi się na usta, aby powiedzieć Ci, że już samo czytanie Twoich recenzji to przyjemność! Tak właśnie powinno się pisać o książkach!
    Interesujący tytuł. Może uda mi się kiedyś po niego sięgnąć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s