„znaleźć właściwą równowagę między samotnością a tłumem – to jest sztuka (…)”. Na marginesach „Najpiękniejszej dziewczyny w mieście” Charlesa Bukowskiego

Charles Bukowski, "Najpiękniejsza dziewczyna w mieście"Tekst można przeczytać na stronie PapieroweMyśli.pl

Reklamy

15 thoughts on “„znaleźć właściwą równowagę między samotnością a tłumem – to jest sztuka (…)”. Na marginesach „Najpiękniejszej dziewczyny w mieście” Charlesa Bukowskiego

  1. czasami trzeba przekroczyć limes dobrego smaku aby opowiedzieć coś więcej. Czasami jednak owe przekroczenia stają się celem samym w sobie. Trudno ocenić taką książkę – nie czytałem, ale z Twojej recenzji wnoszę, że miałbym nielichy problem. Może kiedyś wpadnie mi w ręce – w co raczej wątpię, bo szukać nie będę – wtedy się zobaczy ;-)

    1. O, to to – drugie zdanie Twojego komentarza doskonale opisuje moje wrażenia podczas czytania tych opowiadań.
      A jednak bym chętnie przeczytała, co Ty sądzisz o takim pisaniu, o pisaniu w taki sposób.

      1. jeszcze chwilę temu czytałem wszystko jak leci, bo ze swoim nieposkromionym apetytem na słowo pisane i konsekwencją w wydzieraniu zegarowi czasu na czytanie, mogłem sobie pozwolić na czytanie dosłownie wszystkiego. Teraz bym się zawahał. Z drugiej strony, nie unikam „takiej” literatury, bo podskórnie wydaje mi się, że świata nie można opowiedzieć tylko w sposób grzeczny, ładny i poprawny. Prawda tkwi zapewne gdzieś pośrodku, więc czasami warto przeczytać jakieś literackie porno. Wiesz, to trochę jak z miłością: można ją zdefiniować pięknymi strofami poety, ale miłość to także coś, o czym poeci milczeli ;-). Przynajmniej niektórzy.

        1. Powiem Ci, że też tak mam – robię większą selekcję, co nie znaczy, że zawsze czytam to, co chcę, ale to inna bajka. Rozumiem jednak potrzebę i konieczność wyboru. Zresztą cieszę się, że na Waszym blogu pojawia się ostatnio np. Lem.

          Jeśli chodzi o Bukowskiego, to jego nazwisko swego czasu często pojawiało się w polskiej przestrzeni medialnej i z racji nie tylko czytelniczych, osobistych, ale i filologicznego wykształcenia chciałam jego sposób odbioru świata przeczytać, zobaczyć i wyczuć sama. W końcu nadarzyła się okazja (co prawda, nie powieść, no ale…), więc ją wykorzystałam.

          Analogia słuszna. Ale jeśli to tylko pisane dla np. pieniędzy (vide: „Jedenaście tysięcy pałek…” G. Apollinaire’a, coby sięgnąć po nieco „starszą” literaturę), to skierowane wyłącznie do tych, którzy na swój sposób lubią „prostą” literaturę pornograficzną, „czystą” (paradoksalnie – czystą) rozrywkę, do której można „dorobić filozofię”, ale po co? Jeśli jednak pisarz chce wyjść poza proste „erotyczne” czy „rozerotyzowane” odczytanie, to musi zadać sobie wiele trudu, w taki sposób skomponować historię, by (prawie) wszystkie elementy (cielesność, seksualność, erotyka, słownictwo – wulgarne i kolokwialne vs. „literackie”, interakcje między bohaterami, napięcie itd.) były sfunkcjonalizowane, budowały opowieść (albo ją rozsadzały – w zależności od przyjętej optyki czy celów). Innymi słowy, taka literatura powinna być intelektualnie wymagająca. Oddziałująca nie tylko na sferę emocjonalną, ale przede wszystkim intelektualną. Rozbudzająca i pobudzająca.
          Ale to takie moje drobne czytelnicze marzenie, że może znajdę takie książki ; ) Owszem, Witkiewiczowi blisko do tego, o czym piszę, podobnie z „Ukrytymi twarzami” Salvadora Dali, „Ulissesem” Joyce’a czy „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta (choćby tom „Sodoma i Gomora”, w innych też), ale to wciąż nie to.

          Może kiedyś trafisz na jakąś powieść Bukowskiego i może Twoje odczytanie wskaże np. mnie inny kierunek myślenia o jego prozie. Oby ; )

          1. staramy się trochę ożywić nasz blog, zresztą idea pisania o książkach tylko z nurtu mainstream mija się z celem…

            Tak jak piszesz: stworzenie opowieści „poza” ogólnie przyjętymi standardami erotycznymi jest wielkim wyzwaniem. I niestety, nie każdy z „zawodników” w ogóle stara się temu wyzwaniu sprostać. Większość zadowala się hołubieniem narzędzi samych w sobie, podczas kiedy ideał polega na wykorzystaniu „niedobrych” narzędzi w „dobrym” celu. Czysta pornografia – słowo „czysta” jest w tym przypadku ciekawym absurdem – nie spełnia i nie stara się spełniać wymogów tego wyzwania. Jest zresztą, paradoksalnie, równie bezużyteczna jak poezja, koncentrując się na jednej płaszczyźnie i całkowicie ignorując pozostałe. Poezja jest zbyt piękna, zbyt pięknie opisuje miłość, aby mogła dostarczyć prawdziwego opisu – pornografia, zwłaszcza taka lepszej jakości, próbuje tego samego. Piękni ludzie, piękne wnętrza i sam proces wyreżyserowany tak, że staje się nieludzki.

            Z powieści, które próbują pornografizować historie w sposób ciekawy, przychodzą mi na myśl „Łaskawe”, przypadek skądinąd bardzo szczególny. I moim zdaniem jedna z lepszych książek jakie czytałem w ostatniej dekadzie. Ale zarazem książka pełna brudu, trudna w lekturze, odrzucająca.

            Może zdziwi Cię fakt, że nie lubię „scen” w filmach. Powaga. Wkurzają mnie swoją zbytecznością i skrajną banalnością. Wkurza mnie, że we współczesnej kulturze jest tak dużo seksu, a zarazem jest go tak mało. Bo seks który dostajemy to seks fantomowy, wirtualny, zdehumanizowany, liftingowany. Sprowadzony do roli pozycji, która musi się odhaczyć. I tyle ;-).

            A kiedyś pewnie trafię na Bukowskiego. W gruncie rzeczy świat nie jest aż taki duży ;-D

          2. Bardzo się cieszę i podglądam/podczytuję, co (i jak) ciekawego opisujecie, jakkolwiek fantastyki praktycznie nie czytam (małe wyjątki były, może kiedyś będzie więcej), więc nie wiem nawet, w jaki sposób skomentować.

            Łatwo jest wejść w literaturę „głównego nurtu” i w niej długo przebywać, jeśli otrzymuje się egz. rec. – tak zauważam głównie po sobie. To znaczy – jeśli ma się czas wolny (ale nie „kradziony”, jak ja teraz, żeby odpisać), to można sięgnąć po mnóstwo dobrej, wartościowej literatury. W bibliotekach jest mnóstwo takich książek, często zapomnianych, ale czekających na swoich czytelników. Dlatego we wczesnej młodości należy dużo czytać – później czas jest „kradziony” i „stracony” ; )

            Tylko teraz kolejne pytania – ilu czytelników sięgnie po tak „zaprojektowaną” literaturę erotyczną? I czy nie okaże się albo zbyt wyrafinowana, albo zbyt… przeintelektualizowana? No właśnie, jak uniknąć przeintelektualizowania, zbytniego nasycenia?
            W język polskim to brzmi jak wyzwanie: „czysta pornografia”. Ale czy oksymoron?
            A to ciekawe zestawienie z poezją. Zbyt pięknie opisuje miłość, mówisz. Ale w poezji zagościły wulgaryzmy, o miłości pisze się teraz – takie mam wrażenie – albo dosadnie i wulgarnie, albo ckliwie i patetycznie. Brakuje tego, co można odnaleźć u najlepszych poetów – warsztatu. Nie ma „równowagi” (chociaż to też nieodpowiednie słowo) między obiema sferami. Albo fizjologia, obsceniczność, albo pensjonarska, dziewczęca egzaltacja.

            „Łaskawe” – chyba kiedyś gdzieś zapisywałam ten tytuł, ale pogubiłam ; ) Dziękuję! W wolnej (kradzionej) chwili poszukam.

            Nie dziwi mnie to, ponieważ mam tak samo i moje odczucia są bardzo podobne albo nawet identyczne. „Bo seks który dostajemy to seks fantomowy, wirtualny, zdehumanizowany, liftingowany. Sprowadzony do roli pozycji, która musi się odhaczyć.” – trafnie to ująłeś; to substytut (nie tylko miłości czy bliskości drugiej osoby). Sceny seksu stały się w pewnym momencie elementem obowiązkowym, swego rodzaju przymusem. Są mechanicznie odtwarzanie, multiplikowane. Nie pełnią w zasadzie żadnej funkcji – są przerywnikiem, często w zupełnie zaskakujących momentach. No ale żyjemy w czasie, gdy intymność jest wystawiana na ulicę i nie ma już ucieczki od świata i od ludzi – wszyscy wszystko muszą zobaczyć. Brakuje odrobiny tajemnicy, gry. Wszystko zdaje się dosłowne, na wyciągnięcie ręki. Dlatego traci na wartości. Przykre. Czy konieczne?

            Tak, świat nie jest duży : ) Chyba że świat wyobraźni (nie tylko literackiej) ; )
            Może Bukowski sam Ciebie zaskoczy w najmniej oczekiwanym momencie. Ale tak jest zwykle najlepiej. Bo przygotowania często utrudniają, nie ułatwiają.

          3. faktycznie, otrzymywanie za free książek do recenzji nieco rozleniwia i sprzyja rozszerzeniu horyzontów, nawet jeśli jest to rozszerzenie poprzez zawężenie ;-). Ale to działa do pewnego etapu, bo czasu rozciągnąć się nie da. A i sama gratyfikacja w postaci książki traci na wartości. Razem z Izą mamy grubo ponad tysiąc książek, nasze rodziny też mają własne biblioteki. Ostatnio łapię się na tym, że rozważam spalenie co mniej wartościowych pozycji bo psują księgozbiór. I wcale mi nie zależy na dostawaniu nowej porcji makulatury…

            Praca na pewnym etapie zabiera czas poświęcony na książki. A jak jeszcze pojawi się małe, wiecznie niezadowolone stworzenie, to już w ogóle kaplica. Nasz młody ma już ponad dwa latka a ja długo trzymałem się na fali, ale niedawno skapitulowałem. Z książki na tydzień zrobiła się książka na miesiąc. I to w bólach ;-D. Rozumiem pojęcie czasu „ukradzionego”. Przebijam je rzucając na stół ideę „egzystencji ukradzionej”, bo przecież czymże jest nasza egzystencja jak właśnie czasem? A skoro czas ukradziony, to jaka egzystencja? ;-D

            Obowiązkowość scen seksu to najgorsza rzecz jaka mogła się przytrafić erotyce. Ale to nie koniec problemu. Jako gorący wielbiciel krótkich spódniczek przyznaję – niechętnie, co prawda! – że niewiele jest rzeczy na świecie bardziej erotycznych niż mignięcie starannie zakrytej kobiecej stopy, podczas kiedy niewiasty w bikini coraz częściej zdarza mi się kwitować przydługim ziewnięciem (i grą wyobraźni, w której ubieram co lepsze sztuki by moja wyobraźnia mogła toczyć grę-w-grze i je rozbierać… ach, być postmodernistycznym mężczyzną nie jest wcale łatwo!). Intymność jest rzeczywiście mocno eksploatowana, w czym wielki udział mają media społecznościowe i dodatkowa ścieżka kariery dostępna niemal dla wszystkich: wystarczy wystawić się na pokaz i już, jest kasa, sława…

            Nie jest to konieczne, choć dajemy sobie to właśnie wmówić. Tak jak daliśmy się przekonać panom od marketingu, którzy byle tylko sprzedawać więcej, drożej i szybciej odwrócili piramidę społeczną. To marketingowcy dali więcej do powiedzenia młodzieży, co samo w sobie nie jest złe, ale zarazem doprowadziło do tego, że współczesną etykę rynku kształtują właśnie młodzi konsumenci, którym intymność nie jest potrzebna, natomiast mocne i natychmiastowe doznania owszem. Przykro mi to pisać, ale czasami nie jest dobrze mieć demokrację we wszystkich dziedzinach życia. Tęsknić będziemy za czasami, w których o kształcie kultury i społecznych trendach decydowali superrecenzenci i goalkeeperzy selekcjonujący treść i subiektywnie ją wartościujący wg. wzorców mało praktycznych, ale przynajmniej spójnych…

          4. Tak, lecz początki są zawsze na swój sposób oszałamiające. To jak zawrót głowy. Tyle literackich światów i możliwości, ale jak zaczynasz się zagłębiać, poznawać, przebywać (w literackich światach i z literackimi światami), to powoli odczuwasz zmęczenie, potrzebujesz tego, co było niegdyś, co elektryzowało, inspirowało. Takiego orzeźwienia, porywu potrzeba. Innymi słowy, czasami chcesz wierzyć, że zachęcające blurby czy nazwisko autora są wystarczającym pretekstem do sięgnięcia po taką czy inną książkę. Ale nagle okazuje się, że odczuwasz jedynie rozczarowanie i irytację.
            Doskonale to znam, bo też mam tyle książek i co jakiś czas robię selekcję (największa była przy okazji przeprowadzki).

            Haha, tak dzieci są absorbujące ; ) „Egzystencja ukradziona”? Dobre. A czas – w sumie – jest tym, co człowiek wymyślił.

            Ale widzisz, jaka gimnastyka wyobraźni – ubrać, żeby rozebrać ; ) Zauważam, że najbardziej roznegliżowanie, o(b)dzieranie, reifikowanie dotyka właśnie kobiet (i kobiecości). Wizerunek mężczyzn dryfuje albo ku metroseksualności, chłopczykowatości, albo ku bezmyślnej brutalności. Kobieta zaś staje się tylko produktem, który można w rozmaity sposób przekształcać (sic!); zostaje podana mężczyzną kompletnie rozebrana na części. Zresztą wystarczy przejść ulicą, patrzyć i słuchać (w języku odzwierciedla się to, co na planie „wizualnym”), by dostrzec (i usłyszeć) tę dosłowność, obecną wszędzie bylejakość, wulgarność. Nawet nie potrzeba Internetu. Między innymi dlatego lubię oglądać „stare” (czyt. czarno-białe) filmy (nie wspominając o sięganiu po niegdyś stworzoną literaturę).

            Młodzi konsumenci w masie rzeczywiście wpisują się doskonale w ten trend – mocne doznania, zero intymności. Tyleż testowanie granic, ile zaprogramowana konieczność przechodzenia i burzenia wszystkich granic. Dodałabym do tej grupy także sporą część starszych konsumentów hipperrzeczywistości, bo co jakiś czas spotykam takich ludzi na swojej drodze. Niezależna od wieku osobowość, jak się zdaje, ma ogromny wpływ na takie zachowania, na podatność na marketingową manipulację, konieczność opowiadania wszystkiego o sobie, wystawiania wszystkich aspektów swojego życia na pokaz.

            Demokracja jest wymagająca. W sztuce – moim zdaniem – nie jest konieczna, wręcz przeciwnie, szkodliwa. Ale chyba tego nie należy wymawiać na głos, a już tym bardziej zapisywać ; )

          5. bardzo dobrze to ujęłaś. Faktycznie, najpierw jest rozsmakowanie w owym bogactwie darmowych literek, później przesyt i poszukiwanie tego, co dawało kiedyś prawdziwą frajdę. Pamiętam, że kupowanie książek sprawiało mi zawsze większą radochę niż później ich hurtowe dostawanie. Ile to razy stałem w księgarni z pół godziny deliberując nad wyborem jednej z dwóch-trzech pozycji. A dostawanie to dostawanie: krzywo-prosto-byle-ostro ;-). Jestem ostatnio ekstremalnie przesycony literaturą najnowszą. Mam jest stanowczo dość. Irytuje mnie niepomiernie skłonność do produkowania – bez uzasadnienia! – literackich cykli i pisania powieści pięćsetstronicowych i większych, choć zawartej w nich fabuły ledwo starczyłoby na konkretne opowiadanie. Pod tym względem bardziej podoba mi się np. Wizja lokalna Lema, której nie dało się przeczytać na raz, bo nierzadko na jej pojedynczych stronach jest więcej konceptów i myśli niż w niejednej nowej książce! Masakra!

            Kobiety – niestety lub stety, sam jeszcze nie wiem – stały się ofiarami własnej seksualności. Są piękną płcią, a to zapewnia im pobyt w miejscu, z którego nie chcą uciec same i/lub nie chcą ich wypuścić faceci. Nie twierdzę, że mi to przeszkadza, bo wszak jestem konsumentem ;-P. Zresztą, dostrzegam także paradoks przeciwny: debiologizację relacji damsko-męskich. Pomiędzy traktowaniem i lokalizowaniem kobiet jako obiektów a traktowaniem ich jako podmiotów rozciąga się niezagospodarowany stan pośredni, w którym jest miejsce i na porywy biologii i na szacunek dla drugiej osoby. Oczywiście przesadzam, mówiąc „niezagospodarowany”, choć en masse tak to chyba wygląda… A wracając do dosłowności – mam nadzieję, że kiedyś ona przeminie, bo wszak przesyt to przesyt, występuje nawet w takich dziedzinach i nawet u fascynatów bieżących trendów.

            Przeraża mnie powszechna wiara w marketingowe frazesy. Nie przestaję słyszeć zapewnień – w ustach ignorantów, czyli normalnych, zwykłych ludzi – że przecież ktoś tam, gdzieś, o nich dba. Że skoro np. jakiś produkt jest dopuszczony do sprzedaży i reklamowany w telewizji to jest dobry. W aptekach regularnie słyszę pytania o leki z reklam telewizyjnych itd itp. Niewiele jest w tym świecie miejsca na wybory indywidualne: należy jeść i pić to co wszyscy, a właściwy schemat jest serwowany pomiędzy filmami, czasami także w ich trakcie (product placement).

            Demokracja w sztuce się nie sprawdza, to fakt ;-)

          6. Tak, znam to doskonale. Zresztą kupowanie sobie książek jest dla mnie większą radością niż – paradoksalnie – ich dostawanie ; )
            Jest jeszcze druga tendencja – poza cyklami i słowotokiem (dostrzegalne przede wszystkim w fantastyce i quasi-sagach obyczajowych) – skrótować, szczątkowość narracji, produkowanie ok. 80-120 stron o niczym (zwykle to wylewanie swoich frustracji w niewybredny sposób) i nazywanie tego powieścią. Brakuje kondensacji myśli, skupienia, inteligentnego posługiwania się słowem – czyli wykorzystywaniem jego znaczeń.

            Tylko zauważ, że mężczyzn to nie dotyka w aż taki sposób – owszem, co jakiś czas pojawia się w publicznej/medialnej przestrzeni mężczyzna jako obiekt, rzecz, ale to marginalne zjawiska i zaraz budzące sprzeciw. To się wiąże z tym, co piszesz o „debiologizacji relacji”. Dominują skrajności, brak równowagi – albo coś jest białe, albo czarne, albo jest podmiotem o wysokiej samoświadomości, albo jest rzeczą/maszyną. Wydaje mi się, że właśnie dlatego tak wiele osób zmaga się z problemami natury psychicznej, które odzwierciedlają się nierzadko w destrukcyjnym albo/i zaburzonym stosunku do cielesności czy seksualności (nie tylko epatowanie, ale i unikanie, maskowanie, „unisex”). Młode kobiety stopniowo przejmują „męskie” zachowania, młodzi mężczyźni zaś – „kobiecie”. To taka ucieczka.
            Hm, może dosłowność się już powoli przejada (sama zjada), kto wie.

            Manipulacja jest przerażająca, jeśli jest się jej świadomym, jeśli ma się na tyle silną osobowość, żeby dostrzec próby nacisku, wpływu. Niektórym zdaje się, że życie byłoby łatwiejsze, gdyby się pewnych rzeczy nie dostrzegało, nie wyłapywało fałszów, zgrzytów, świadomego wprowadzania w błąd, dezinformacji. Ale takie życie byłoby raczej wegetacją, a człowiek byłby marionetką, lalką. Problem polega na tym, że większość ludzi żyje taką namiastką życia. Zastanawia mnie, dlaczego chcą, żeby zamiast nich myślał ktoś inny?, żeby ktoś inny decydował o kierunku, treści, znaczeniu?

            Tylko pytanie, kto się przeciwstawi dominacji w sztuce dziwnie pojętej demokracji? ; )

          7. mamy zatem tak samo w temacie kupowania książek ;-). Może dlatego, że książka to nie sama tylko treść pomiędzy okładkami, ale pewien rytuał, zaczynający się w księgarni (lub bibliotece)… Hurt zabija rytuały ;-)

            Co do treści i kwestii słowotoków dodałbym jeszcze, że wielką bolączką literatury popularnej – akurat nie fantastycznej – jest nachalny product placement. Zwłaszcza widoczne jest to u amerykańskich pisarzy (którzy de facto są kopiowani przez pisarzy z całego świata, więc trend dawno już się rozprzesrzenił). I tak, bohater zamiast pić piwo pije Corrsa, Millera czy Heinekena. Zamiast wsiąść do samochodu wsiada do Audi z określonym silnikiem, a tapicerka tego auta jest skórzana i kremowa. Niewiasty noszą buty od Jimmiego Cho, faceci krawaty od Zegny itd itp. Ten product placement staje się w ten sposób treścią książki, a czytelnik się gubi – bo przecież czytając uważnie musimy się zastanowić czy dany szczegół ma znaczenie, prawda?

            mężczyźni rzeczywiście rzadko bywają przedmiotami pożądania, choć w dawnych czasach bywało z tym różnie. Wszak cała niemal kultura antyczna skupiała się na estetyce męskiego, nie kobiecego ciała. To jeszcze funkcjonuje, choć w ograniczonym zakresie.

            Życie byłoby dużo łatwiejsze, gdyby się było baranem ;-). Ale pomiędzy byciem baranem a niebyciem jest granica, której nie da się przekroczyć. Piszę skrótowo, więc nie odwołuję się do np. fałszywego poczucia niebycia baranem, bo wszak nie raz od ludzi ze strefy polityki czy kultury słyszało się niewybredne wypowiedzi tego typu…

            Ja się nie przeciwstawię… choćbym bardzo chciał ;-D

          8. Sądzę, że sporo osób wytwarza i odprawia taki rytuał (skoro już to tak nazwałeś), jeśli chodzi o kupowanie książek, ale w dużej mierze to właśnie oni nie tworzą blogów. Bo czasami trudno jest podzielić się tym, co jest dla nas w jakiś sposób ważne czy stanowi jeden z punktów w naszym porządku dnia itp.
            Otóż to – hurt, masowość zabija(ją) rytuały ; )

            Słuszne uwagi. Tzw. lokowanie produktu jest irytujące, ale dla świadomych uczestników kultury. Pozostali przyjmują przekaz i podążają za „trendami” marketingowców. Zresztą wiadomo od dawna, że popularna literatura amerykańska jest tworzona przez ghost writerów, a nie przez „autentycznych” pisarzy, których uśmiechnięte twarze zdobią okładki książek. To doskonałe miejsce dla sprzedawców marzeń. Gotowy produkt zostaje wtłoczony w ramy „literackości”, która konotuje (paradoksalnie) elitarność, inteligencję itp., czyli automatycznie podnosi status społeczny odbiorcy.

            Tak, ale to była w inny sposób prezentowana fascynacja. Teraz dominuje nachalność, obsceniczność. Im obrzydliwiej, tym lepiej.

            Ano ; ) Albo owcą, o ; ) Tak. Problem jest złożony i wymaga szerszego, dokładniejszego omówienia.

            Haha, ależ proszę bardzo ; )

          9. czasy są dziwne, bo nawet ostatnio sobie z Izą uświadomiliśmy, że nasze rodziny są motorami materialistycznego podejścia do świata. A kiedyś to niby starsze pokolenia były kotwicą broniącą – lub starającą się bronić – przed takimi rewolucjami. Dzisiaj to pokolenia 50+ nadają rytm taplaniu się w morzu zbędnych produktów, z konsumpcjonizmu czyniąc styl życia. Wiem, że to nie do końca ma związek z literackim lokowaniem produktu, ale przecież jednak się to wiąże…

          10. Tak, racja. Paradoksalnie właśnie sporo osób z pokolenia naszych rodziców pozwala się zmanipulować koniecznością gromadzenia dóbr. Jest to zapewne wynikiem m.in. czasów ich młodości, ówczesnych marzeń itp., a z drugiej strony to jakby rekompensata współczesnej mizerii.
            Wszystko się wiąże, ma na siebie wpływ ; )

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s