Erotologia stosowana. Na marginesie debiutu powieściowego Stanisława Ignacego Witkiewicza – „622 upadki Bunga, czyli Demoniczna kobieta”

Stanisław Ignacy Witkiewicz, "622 upadki Bunga, czyli Demoniczna kobieta"Tekst można przeczytać na stronie PapieroweMyśli.pl

Reklamy

22 thoughts on “Erotologia stosowana. Na marginesie debiutu powieściowego Stanisława Ignacego Witkiewicza – „622 upadki Bunga, czyli Demoniczna kobieta”

    1. Dziwi mnie trochę, że jego powieści (bo nie mówię o innych aspektach, odłamach itp. jego działalności i twórczości) nie docierają do większego grona odbiorców.
      A prędko kolejnych wznowień jego dzieł pewnie nie będzie.

    1. Tak, likwidują. Wielka szkoda dla polskich czytelników.
      Podobno ich plany wydawnicze i poszczególne serie wydawnicze mają przejąć inne wydawnictwa – ale jak będzie w rzeczywistości, to się pewnie przekonamy za jakiś czas.

      1. Jakby nie patrzeć, komu będzie się opłacało kontynuować choćby serię „Biografie sławnych ludzi”? Chyba , że będą dotowane z budżetu ;)

        To już się dzieje (przejęcia), ostatnio zwróciłem uwagę na Kunderę wydanego przez WAB, właśnie przez te dziwnie „niewabowskie” okładki, które bardziej kojarzą mi się z takimi wydawnictwami jak PIW, Czytelnik, Iskry :)

        Tak czy inaczej, szkoda, bo znając realia, prawa nabędą duże grupy wydawnicze… więc jakoś optymistycznie się nie nastawiam.

        1. Podobno mają być dotowane, ale jak będzie naprawdę – sądzę, że w stosownym czasie się o tym przekonamy.

          To dobrze – może część wydawców zmieni projektantów okładek na lepszych ; )

          Tak pesymistycznie na to patrzysz? Ważne, że będą wznawiane. Może poprzez to w jakiś sposób pozostaną żywe w czytelniczej świadomości.

  1. wydaje mi się, że trafiła się drobna literówka (oddał wydawcą).

    Pomijając ten nieistotny detal, muszę nadmienić – pewnie się powtarzam – że czytanie o Witkiewiczu jest nieodmiennie fascynujące. Aż się boję czy nie bardziej fascynujące niż czytanie Witkiewicza ;-D.

    Co do likwidacji PIWu… obawiam się, że w dłuższej perspektywie czasu jedyną gwarancją istnienia takich instytucji jest ich opłacalność, choćby naciągana i sklejana taśmą klejącą ;-). Póki coś zatrudnia więcej ludzi niż ma odbiorców jest skazane na niebyt. Smutne, bo kultura teoretycznie nie powinna być przeliczana na złotówki. Z drugiej strony, ktoś te złotówki płaci aby później nie były przeliczane. Pytanie czy PIW nie mógł jednak przetrwać? Czy rzeczywiście nie był w ogóle opłacalny? Nie jestem w temacie, trudno mi zatem odpowiedzieć na te pytania…

    1. Dzięki!

      Nie sądzę, by czytanie o twórczości Witkacego było bardziej fascynujące od doświadczania jego twórczości – no ale to zawsze kwestia preferencji czytelniczych ; )

      Ale które wydawnictwa celujące w publikowanie wyłącznie dzieł dobrych, a nie wszechobecnego grafomaństwa i prozy „łatwej, lekkiej, (niekoniecznie) przyjemnej” można określić jako „opłacalne”? Sztuka wysoka ze swej definicji nie może być opłacalna, bo masy jej nie kupują, nie pojmują, unikają albo sporadycznie (czyt. snobistycznie, wedle mody) po nią sięgają, ale nie by zagłębiać się, interpretować, a jedynie pochwalić „znajomością”, cóż z tego, że powierzchowną ; )
      PIW-u nie chciał (nie wiem, na ile nie mógł, bo w Polsce to wszystko jest możliwe) obronić minister kultury i dlatego PIW jest teraz w likwidacji. Ale to tak w skrócie, to temat na zupełnie inną dyskusję, w innym miejscu.

      1. „Nie sądzę, by czytanie o twórczości Witkacego było bardziej fascynujące od doświadczania jego twórczości (…)”. Otóż to, dziękuję za tekst i pozdrawiam :) R.

  2. No ja znowu gdzieś wyczytałem, że to nie tylko „niechcenie” Ministra Kultury w grę wchodzi (bo przecież i podobno szanowny premier Tusk podpisywał się pod listem sprzeciwiającym się likwidacji), ale rzecz rozbija się o majątek wydawnictwa w postaci wartościowych nieruchomości. Nie wiem na ile to prawda, ale coś być musi na rzeczy.

    A co do masówki, cóż, może być tylko lepiej – powoli pojawiają się małe wydawnictwa, które mają naprawdę wartościowe pozycje. Karakter, Dodo Editor, SOT mimo problemów trzyma poziom wydawniczy. Tragedii nie ma, choć widać, że i na rynku wydawniczym dochodzi do fuzji, tworzenia się dużych wydawnictw. Choćby Czarne wspaniale wpisuje się ze swoją ofertą. W dalszej perspektywie sądzę, że te najbardziej „poczytne z czytadeł” będą wydawane tylko elektronicznie. Problemem jest też samo czytelnictwo. Nakłady rzędu 1k-3k egzemplarzy w innych krajach są zarezerwowane dla limitowanych edycji, u nas to niestety rzeczywistość dla małych wydawców i, oczywiście, utrapienie cenowe dla wymagających czytelników.

    Nie ma co marudzić, tylko czytać, kupować i pisać o tych trochę lepsiejszych książkach ;) Kieszeń będzie boleć, a biblioteki wiadomo – nie są priorytetem dla nikogo poza czytelnikami.

    1. Innymi słowy – sprawa jest skomplikowana i brak jednoznacznych informacji. Szkoda. Wszystko w niedomówieniach przemyka.

      Małe wydawnictwa zwykle długo nie wytrzymują – z wiadomych względów. Zresztą sporo dużych wydawnictw nie podołało i teraz są częścią koncernów wydawniczych – i dobrze (bo nadal jest szansa, że część swoich dotychczasowych dobrych książek będą wydawać), i źle.
      Czarne przoduje głównie w reportażach – w większości bardzo dobre książki prezentują w swoich seriach. Pozytywnie zaskakuje mnie to wydawnictwo od dłuższego czasu. Chociaż dobija mnie skład.

      Czytelnictwo czytelnictwem – to ceny książek są wysokie. Nie mówię, że nowości mają być tanie (bo prawa autorskie itd. kosztują), ale klasyka (gdy autor już dawno~ nie żyje)?

      1. Albo nasze zarobki za małe. Za to alkohol mamy tani, nawet ten z wyższej półki.

        Luizo, to zależy. Mówiąc o dobrej książce, mam na myśli taką, która ma sensownie zaprojektowaną okładkę (i nie mówię tu o regularnie stosowanych tzw. „zdjęciach stokowych”), dobrze jest poskładana, o korekcie nie wspominam. Miłym dla mnie dodatkiem jest wstęp lub posłowie. Klasykę można zilustrować – dając jej i atrakcyjności i trochę splendoru. Ja osobiście jestem zwolennikiem książki zaprojektowanej zgodnie z tradycjami. Nie twierdzę, że każda książka ma być dziełem sztuki, ale dobrze, żeby była przygotowana na poziomie (od strony formalnej).
        Pewnie najlepszym rozwiązaniem byłoby wydawanie dwóch lub trzech wersji np. też „kieszonkowych”, ale to nawet na wielkim rynku amerykańskim jest coraz mniej spotykane. Więc jak już czasami sobie pozwalam na zakup książki, to jednak chciałbym, aby była trwale zrobiona, z należytą korektą. Poza tym biblioteki – jasno trzeba powiedzieć, że tu dobra książka – z wiadomych przyczyn – jest jeszcze bardziej wskazana.

        Zresztą, jeśli śledziłaś u Merki komentarze to kiedyś napisałem jak dla mnie powinny wyglądać książki, wspominając o jednej wydawniczej „wpadce” pod postacią baśni Andersena (trzytomowej edycji), która opisywana jest przez wydawcę jako luksusowa, cóż ;)

        Na mój rozum, pewne koszty książki jak projekt okładki, skład, korektą są stałymi kosztami (jednorazowymi), więc im większa ilość egzemplarzy wydrukowanych, tym cenna powinna być niższa. Oczywiście nie siedzę w branży, podejrzewam, że na naszym rynku mogą być jakieś aberracje w całym procesie tworzenia książki, ale mimo wszystko… Grunt to dokonywać dobrego wyboru na półce księgarni lub biblioteki.

        1. A że za niskie zarobki, to wiadome ; ) Alkohol jest tańszy i lepiej wyeksponowany. Analogicznie papierosy. Zresztą wielu ludzi wychodzi z założenia: „co ja później z tą książką zrobię?” (takie pytanie usłyszałam m.in. od koleżanki na polonistyce – gdzieś w okolicach drugiego roku studiów – gdy jej powiedziałam, że ta konkretna lektura, której szukała, kosztuje 4,50 zł). Tak jakoś szkoda im na książkę, ale na piwo czy papierosy już nie. No ale każdy wybiera to, czego potrzebuje w danej chwili.

          Hm, nie wiem, czy książkę, o której piszesz – z sensownie zaprojektowaną okładką itd. – nazwałabym „dobrą”. Książka po prostu tak, jak opisałeś, powinna wyglądać. Świetna redakcja i korekta, skład itd. to podstawa, ba! to powinna być norma (bez względu na to, czy mamy do czynienia z arcydziełem, czy literaturą bardzo popularną, masową).
          „Książka ma być dziełem sztuki” mówisz. Dla mnie niekoniecznie, chociaż przyznaję, że doskonale opracowane (od początku do końca przemyślane) książki w pewien sposób zachwycają i inspirują; podziwiam pięknie wydane książki. Ale nie wymagam, by wszystkie były dziełami sztuki – wolę podziwiać w antykwariatach białe kruki. Podziwiać z oddali, bo i tak mnie nie stać na ich zakup ; )
          Dawniej (jakkolwiek to nie zabrzmi) wydawano przecież książki w kilku wersjach – teraz najwyżej mamy do wyboru oprawę broszurową albo twardą (brakuje mi książek zszywanych…), sporadycznie pojawiają się wydania kieszonkowe, ale one niewiele są tańsze od broszurowych.

          Tak. Ale czyż dookreślenie „luksusowe wydanie” to nie doskonała reklama? ; ) Nieważne, że czytelnik będzie przeciwnego zdania, gdy już kupi. Istotne, że kupił. Wydał pieniądze. Jest zysk. Problem z publikowanymi baśniami i bajkami polega na tym, że zwykle rysunki są albo koszmarne, albo jest ich zbyt wiele – kiczowato, bez gustu i smaku. Niewiele było (i jest) wydań autentycznie pięknych. Szkoda.

          Pewne koszty to m.in.: prawa do wydania książki w kraju x, tłumacz (o ile taki jest niezbędny ; )), redakcja, korekta (chociaż ona teraz jest na umowę o dzieło i umowę-zlecenie), opłacenie etatów redaktorów, skład, okładka (nie tylko projekt, ale na przykład koszt zdjęcia wykorzystanego na okładce), druk (+ oprawa broszurowa, twarda, ze skrzydełkami itd.), promocja. Problem polega na tym, że jednak w Polsce sprzedaje się niewiele egzemplarzy jednego tytułu. Innymi słowy – jeśli chciałbyś wydać „622 upadki Bunga”, to musisz się liczyć z tym, że niewiele osób kupi tę książkę. Bo: albo sporo osób już ma, albo czytało z biblioteki, albo ściągnęło w formie e-booka (bo na przykład woli wersję elektroniczną), albo pożyczyło od kogoś, albo nie lubi Witkiewicza, bo ma traumę po „Szewcach”, czyli po szkolnym „przerabianiu” arcydzieł literatury polskiej i światowej.

          1. „Niewiele było (i jest) wydań autentycznie pięknych.” – Czy możesz podać przykład „autentycznie pięknego” wydania baśni/bajek? Proooszę… :)

          2. Jasne – jak dla mnie na przykład „Baśnie” Andersena z ilustracjami Szancera.
            A odnośnie „Bajek” – mówiąc/pisząc „bajka”, mam na myśli w pierwszej kolejności te autorstwa Jeana de La Fontaine’a – wydane w PIW-ie w np. 1971 roku.

          3. Posiadam „Baśnie” Andersena z ilustracjami J.M. Szancera (NK, 1972). Nie lubię całostronicowych, kolorowych ilustracji Szancera, ale te mniejsze, „szkicowe”, czarno-białe – zachwycają. Dzięki za odpowiedź.

  3. Też tak uważam.
    Wiesz, niektóre postaci Szancera przywodzą mi na myśl… postaci mangowe. Szczególnie portrety kobiet z „Pana Kleksa”.
    Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s