Studium utraty wiary. O „Szatańskich wersetach” Salmana Rushdiego

Salman Rushdie, "Szatańskie wersety"Tekst można (było) przeczytać na stronie PapieroweMyśli.pl

[Bezpośrednio na blogu od 05.03.2020]

„Sny układają rzeczy po swojemu (…)” [s. 274]

Gwiazda kina indyjskiego, wcielający się w role bogów, olśniewający i zniewalający Dżibril Fariśta oraz aktor o tysiącu i jeden głosach, importowany z Indii do Anglii Saladyn Ćamća uciekają – każdy z nieco innych powodów – z Bombaju do Londynu lotem A1-420. Przeznaczenie, Opatrzność albo Szatan chce, by samolot Bostan, którym podróżują, porwali terroryści. Z wysadzonego w powietrze Bostanu ratują się jedynie dwaj aktorzy. Spadając, Dżibril recytuje niepokojącą pieśń – „Aby się znów urodzić, umrzeć najpierw trzeba”. Ich nieoczekiwany (dosłowny i symboliczny) upadek z nieba rozpocznie szatańsko-anielski pojedynek, przewrotną psychomachię, a metaforyczna śmierć otworzy drogę narodzinom do nowego życia.

Szatański narrator i jego marionetki

Punktem wyjścia dla Salmana Rushdiego są, co jasne, „szatańskie wersety”, czyli apokryficzne wersety Koranu, podobno objawione Mahometowi (Mahundowi) przez Szatana (Szajtana) przeobrażonego w archanioła Gabriela (Dżibrila). Dotyczą one trzech lokalnych bogiń: Allāt, al-‚Uzzā i Manāt. W objawieniu Prorok ogłosił rzekomo, iż można liczyć na wstawiennictwo trzech żeńskich bóstw, podważając tym samym fundamenty swojej wiary. Później stwierdził, że te wersety podyktował mu Szatan. Zaopatrzony w dobry słowniczek podstawowych pojęć (o co zadbał Rebis, wznawiając „Szatańskie wersety”) albo zasobny w wiedzę na temat islamskiego świata, zwłaszcza religii, polski czytelnik podąży za kilkoma (bo przecież nie wszystko będzie dla niego czytelne – i chyba w tym tkwi demoniczność prozy Rushdiego – jest nieprzenikniona, można od-czytywać, pod-czytywać i roz-czytywać ją z różnych stron, deszyfrować z perspektywy muzułmańskiej, chrześcijańskiej, indyjskiej, europejskiej, amerykańskiej, metafizycznej, moralnej, społecznej, dominujących obecnie dyskursów*… i nigdy nie zakończyć żmudnej pracy dekodowania znaczeń ukrytych w znakach!) tropami, drogowskazami prowadzącymi albo w głąb labiryntu znaczeń, albo… na manowce, bo Rushdie to kuglarz, literacki iluzjonista. Choćby gra znaczeń imion i nazwisk bohaterów – na wzór najlepszych brytyjsko-indyjski pisarz obdarza imionami tych, którzy otaczali Mahometa, postacie literackie, a następnie umieszcza je we współczesności, zaburzając czasoprzestrzeń i rozszczepiając, multiplikując wymiary opowieści. Odłamki prawdy (nawiązań do autentycznych początków islamu) dryfują między manipulacjami dokonywanymi na języku.

Doskonale konstruuje Rushdie narratora – jest immanentną częścią literackiego kosmosu, szatańskim suflerem, który niby skromnie i powściągliwie powie na początku: „nie mogę się wtrącać!”, by później wyjawić: „widziałem wszystko”, „ja znam prawdę”. Narrator-lalkarz zręcznie kieruje swoimi marionetkami, dokonuje na nich eksperymentów demonicznych – miesza im w umysłach, obserwuje z zadowoleniem transmutacje i metamorfozy (zarówno te fizyczne, jak i duchowe) bohaterów oraz danse macabre, w którego orbitę się dostali po wylądowaniu w Londynie. Nie, on nie bluźni, nie recytuje wersetów à rebours, on podsuwa im pytania dekonstruujące ich osobowości. Obaj jego aktorzy (pomijam inne lalki, choć równie ciekawe, zwłaszcza żeńskie postacie – demoniczne kobiety!) wybiorą dwie różne drogi. Jeden podąży za instynktem przemiany, jego „ja” okaże się słabe, labilne, skłonne do „przetłumaczenia się” – szatańskie wspomnienia wepchnięte w jego umysł, rozbudzające zło i pragnienie zemsty, spowodują, że otworzy się na cielesne przeobrażenie w kozła-Satyra, poniżając tym samym siebie i rezygnując z godności oraz człowieczeństwa. Drugi zaś – nawiedzany przez sen ewokujący postać archanioła, odrzuci pozornie mistyczny świat (początkowo zda się, że w dwóch z trzech opowieści literacki archanioł Dżibril obdarzony został przez Rushdiego cechami ludzkimi: inercją, unikaniem działania, pragnieniem pozostania biernym widzem; wyrzeka się on bowiem cech nadludzkich, nie chce być naczyniem czy medium, przez które przechodzą objawienia i bluźnierstwa – ale jaki jest naprawdę? Kim jest literacki archanioł – aktorem Dżibrilem czy…), wybierze rzeczywistość „tu i teraz”, racjonalistyczny świat, spróbuje pozostać nieprzetłumaczonym, jednakże przypłaci za ten wybór utratą zdrowia psychicznego, rozszczepieniem jaźni.

Inny przetłumaczony na angielski

Salman Rushdie komponuje „Szatańskie wersety” ze zdekonstruowanych dzieł literackich, teatralnych, malarskich, muzycznych i filmowych (wymienić kilka z utworami Joyce’a i Bułhakowa na czele to za mało, zagadnienie to wymaga osobnego opracowania, zagłębienia się w kosmos „Szatańskich wersetów”, zwłaszcza, że inspiracje czerpie Rushdie nie tylko z tematyki, motywów, wątków, schematów i rozwiązań fabularnych, ale i ze struktury, ot choćby stosując sprawnie jukstapozycję czy symultaniczność). Obok cytatów i otwartych nawiązań, pojawiają się kryptocytaty, parafrazy zręcznie wplecione w narrację, subtelne i wyrafinowane aluzje. Równolegle tyleż kreuje trzy opowieści (a w każdej z nich kolejne opowieści…), ile prowadzi odbiorcę po trzech wymiarach tej samej przestrzeni, które w finale zazębiają się, kierując do konkluzji, że wszystko jest teatr i kuglarstwo. Bogactwo dźwiękowo-wizualne prozy Rushdiego, chwyty i gesty teatralne oraz zastosowanie techniki filmowej (najazdy kamery, oddalenia, kadrowanie) współgrają z tematyką. Liczne i natrętne pytania retoryczne, onomatopeje, stylizacja języka w zależności od postaci, homonimy, gra słów, rozbiórka frazeologizmów, zaburzenia chronologii (retrospekcje, antycypacje), paradoksy, antymonie imitują kakofonię współczesności, ogłupiający medialny szum (a jakże, „Szatańskie wersety” to także ostra i niewybredna satyra na społeczeństwo medialne i mass media!), a jednocześnie symbolizują tyleż bachiczny pochód, ile demoniczne harce. Spośród licznych motywów (choćby: pieśń i recytacja jako objawienie, słowo-kreacja, ogród, wygnanie, teatr lalek, danse macabre, sobowtór, sen jako nić łącząca różne wymiary i czasoprzestrzenie) najciekawszym i najlepiej przez Rushdiego przetworzonym jest wątek miasta: labiryntu, Babilonu, miejsca grzechu, seksualności, zmysłowości i cielesności, zmiennego tworu, zgnilizny, upadku człowieka, utraty wiary, ateizacji i laicyzacji życia.

Oto deliryczna, nieco surrealistyczna przestrzeń współczesności, gdzie wszystko można sprzedać w telewizji, cud trudno odróżnić od hochsztaplerki i manipulacji faktami. Oto świat cwaniaków, kombinatorów, spekulantów, sprzedawców śmierci i seksu, fałszerzy rzeczywistości. Świat relatywizmu moralnego, w którym objawienie poczytane może być jako majaczenie i choroba psychiczna. Świetny przykład znaczeniowej gry dokonywanej przez narratora, a jednocześnie obnażenie relatywizmu współczesności: „Człowiek, który postanawia wymyślić siebie na nowo – według jednego punktu widzenia – przyjmuje rolę Stwórcy; postępuje nienaturalnie, bluźnierczo, dopuszcza się obrzydliwości nad obrzydliwościami. Z innego punktu widzenia można dostrzec w nim tragizm, heroizm w jego staraniach, w jego chęci podjęcia ryzyka – nie wszystkie mutanty potrafią przetrwać. Albo spójrzmy na niego z perspektywy społeczno-politycznej: większość migrantów uczy się przybierać maski, a potem staje się nimi. Nasze fałszywe opisy przeciwko kłamstwom wymyślanym o nas, aby nie wyjawić ze względów bezpieczeństwa własnego skrywanego »ja«. Człowiek, który siebie wymyśla, potrzebuje kogoś, kto będzie w niego wierzył, na dowód, że mu się udało. Znowu zabawa w Boga, możecie powiedzieć. Albo (…)”. [s. 59-60] Każdy (w różnym stopniu) zakłada maski, udaje kogoś, kim nie jest i nie będzie (Ćamcia na przykład moduluje swój głos – ucieka od naleciałości indyjskich, wyzbywa się akcentu, lecz powrót do Bombaju niszczy jego plany o całkowitym „przetłumaczeniu się” na język angielski). Udawanie innego kończy się zwykle zatraceniem własnej tożsamości, utratą kontroli nad sobą. Jednym z największych problemów w powieści Rushdiego jest właśnie kwestia Inności i (nie)przetłumaczalności Innego, wyzbycia się własnej tożsamości pod wpływem okoliczności przez człowieka o słabym „ja” (chęci dopasowania się do rzekomej większości, której zdanie podyktowane jest tak naprawdę przez dominujące „wielkie narracji”, importowane mody i trendy).

„Szatańskie wersety” to nie tyle wskazanie na względną łatwość w manipulowaniu Świętymi Pismami (dobór kanonu, wyłączenie, a niekiedy wykreślenie i zakazanie pewnych dokumentów, apokryficzność tekstów), ile studium utraty wiary, połączonej z utratą ojca, symbolicznym rytualnym ojcobójstwem, które się nie powiodło, nie przebiegło tak, jak powinno i tym samym nie pozwoliło odnaleźć swojego miejsca, pozycji i utrwalić światopoglądu. Dopiero metaforyczna śmierć – dla siebie i dla świata – może przynieść narodziny, otworzyć nową drogę w życiu, ale czy drogę ku autentyczności, czy jeszcze większej fikcji, fałszerstwu i wyzbyciu się „ja”, to już kwestia indywidualna.

Narrator „Szatańskich wersetów” nieustannie podrzuca mimochodem pytanie: „Jaką jesteś ideą?”, innymi słowy – w co i w kogo wierzysz, jaki cel ma twoje istnienie, ba! czy istniejesz naprawdę, czy jesteś jedynie iluzją, snem, ułudą, a zatem marnym statystą powołanym dla kaprysu?

——————

* „Szatańskie wersety” to niestety uczta dla badaczy posługujących się chętnie postkolonializmem i feministyczną krytyką czy psychoanalizą – idealne dzieło do rozbiórki i nadinterpretacji.

Salman Rushdie, Szatańskie wersety, przeł. Jerzy Kozłowski, Rebis, Poznań 2013.

Autor: Luiza Stachura

12 uwag do wpisu “Studium utraty wiary. O „Szatańskich wersetach” Salmana Rushdiego

  1. Przypis do przypisu: zgroza czasem bierze, kiedy się czyta o tym, co najróżniejsi i najnowsi badacze wytropili w książkach. Ale każdy ma prawo…

    1. Właściwie ten problem dotyczy nie tylko literatury.Ta łatwość przypisywania i nadpisywania treści, znaczeń wszystkiemu (słowom, gestom, czynom) jest przerażająca.
      Niby każdy ma prawo, ale chyba jednak nie każdy ; )

  2. „„Szatańskie wersety” to niestety uczta dla badaczy”

    A ja się zapytam, dlaczego niestety?

    Odnośnie Twojej powyższej tezy, Luizo, mogę rzec przewrotnie, że jednak sporo rzeczy jest dziś zamykanych w jednym znaczeniu – i mówię tu o rzeczach „nieliterackich”. Niech chociaż literatura będzie polem do mnożenia interpretacji ;)
    Intuicyjnie strzelam, że problemem nie jest łatwość, tylko ilość – czyli ten nadmiar, który potrafi oszołomić.

    A mnie tam się podoba ta łatwość przypisywania i nadpisywania, Schulza chcecie się pozbywać? ;)
    Trochę ironizuję, ale jak to często bywa – temat rzeka. Toczyć dyskusje można, a jak jej wstępem jest lektura, to przeważnie mamy do czynienia z dziełem co najmniej dobrym ;) I tak też jest z „Wersetami”.

    1. Krzysztofie,
      moje „niestety” wiąże się z moim światopoglądem – nie jestem zwolenniczką anything goes ani żadnych relatywizmów.

      Nie oszołamia mnie nadmiar, nadprodukcja nadinterpretacji, ale właśnie łatwość w żonglowaniu* słowami i znaczeniami. Interpretacja słowa drugiego człowieka (czy to będzie literatura, czy choćby Twoja wypowiedź) to wielka odpowiedzialność. I dlatego mnie przeraża ten brak pokory, brak prób postawienia się na miejscu „obiektu” interpretowanego (a przecież każdy z nas jest „obiektem” interpretowanym – czy sobie to uświadamiamy, czy też nie). Tyle. Nic więcej ; )

      *Por. choćby piękny zabieg, który ty uczyniłeś na początku komentarza – zacytowałeś moje słowa, ale tylko do wyrazu „badaczy” ; )

      1. problem stary jak szkoła: co autor miał na myśli? A autor w grobie się przewraca (lub też, jeśli żyje, przewraca talony na obiady w barach mlecznych) i za głowę łapie! Faktem, z którego powinien zdawać sobie sprawę każdy bardziej „zaawansowany” czytelnik i amator-twórca jest, iż interpretacja rzadko podąża za dziełem. Bo autor może chcieć więcej niż czytelnik widzieć w danym zdaniu. Może też chcieć mniej. Może się bawić słowem dla samej zabawy, podczas kiedy czytelnik odkrywa w semantycznej melodii rozwiązanie fatimskich szarad.

        Z drugiej strony, interpretowanie (nadinterpretowanie) książek to wspaniała i – mimo wszystko – intelektualna zabawa. Zabawa w detektywa na przykład ;-). Jeśli ma to zwiększyć przyjemność z obcowania z dziełem – why not?

        Wydaje mi się, że wiele by ułatwiło częstsze stosowanie słówek „moim zdaniem” czy też „wydaje mi się”. Ale już w szkole jesteśmy uczeni, że prawdy bywają oficjalne i nie bywają w ogóle. Jakaś interpretacja staje się niespornym faktem i bywa głoszona z ambony przez polonistkę, która przecież dyskutować nie zamierza. Albo, odwrotnie, dopisuje coraz to nowe korowody znaczeń kierując się chwilowym samopoczuciem, każde z nich tagując jako „prawdę ostateczną”.

        Pomyśleć, że chciałem tylko napisać… że fajna recenzja ;-). I super, że wzięłaś na wokandę Rushdiego i to właśnie tego Rushdiego. Pewne książki są ciekawe nie tylko jako powieści, lecz również jako przyczynki do dyskusji i recenzji. Teraz jeszcze czekam na „Ulissesa” i to bynajmniej nie Tennysona ;-)

        1. Hm, ja po prostu mam problem z tym, że pewne odczytania robią zawrotną karierę, ustawiając tok myślenia wielu przygodnych odbiorców, którzy nie są w stanie samodzielnie pomyśleć o konkretnej książce. Po prostu potrzebują gotowych interpretacji. I tu jest wiele pole do nadużyć, manipulacji, nadinterpretacji dzieł. Żeby później coś komuś zamanifestować… Ale to moje prywatne podejście.

          Rushdie jest kuszący, bo – właśnie! – zrobiono mu „taką” reklamę. I być może jego nazwisko nie byłoby wymieniane wśród najważniejszych pisarzy, gdyby nie „taka” reklama – tak mnie to zastanowiło po przeczytaniu Szatańskich wersetów, nota bene książki, której się zasadniczo nie czyta, ale się o niej „wie”.

  3. Luzio,
    jasnym będzie, że te nasze kilka zdań niczego nie są w stanie wyczerpać w temacie, ale nie chciałbym, żeby to, co napiszę było w tonie jednoznacznie oceniającym.

    W związku z tym, że zajmujesz się badaniem literatury odpowiem tak: czy to nie jest tak, a żeby się postawić na miejscu obiektu „interpretowanego” trzeba mieć w sobie trochę wyobraźni, której nieodzownym elementem jest relatywizm?

    Przypominam Schulza, bo jego twórczość, jego poglądy stanowią „ubolewanie” nad tym, że wszystko jest „zamurowane jednym sensem”. Bez relatywizmu nie byłoby jego twórczości.

    A i tak myślę, że dzisiaj się szafuję odpowiedzialnością. W końcu trzeba przywołać całą literaturę postmodernistyczną, bo w gruncie rzeczy negowanie relatywizmu jest negowaniem założeń tej literatury. Możesz mnie posądzić o rozcieńczanie odpowiedzialności, o nadmierną, efekciarską interpretację, ale jak to często bywa nie można demonizować (a przynajmniej nie powinno się) ani odpowiedzialności, ani relatywizmu.

    Zacytowałem tylko część zdania, którą chciałem podkreślić i która dopytywała się o dookreślenie – o Twoje niejednoznaczne, niewyjaśnione „niestety” :)

    Odpowiedzialność jest dzisiaj „rozrywana”, a mnie się pojawia w głowie twórczość Conrada, Herberta, którzy dużo o niej pisali, a w gruncie rzeczy jeden i drugi (z)relatywizował te pojęcie do wierności – ów słynne Conradowskie . Tak – można się w tym dopatrywać nadmiernego pesymizmu.

    Ot, tyle – trochę moich osobistych impresji myślowych.
    A tak w ogóle – jest staroświecka! :P

    1. Hm, Krzysztofie, to jest temat, na który można mówić/pisać wiele, ale w zasadzie w jakim celu? Żeby sprawdzić, kto ma „silniejsze”, bardziej przekonujące argumenty? Nie sądzę, by którakolwiek ze stron miała „silniejsze” argumenty. Każdy badacz, pisarz, czytelnik, interpretator wybierze swoją drogę. I będzie to wybór podyktowany światopoglądem, którego fundamentem zawsze powinno być to, czego się doświadcza na co dzień.

      „czy to nie jest tak, a żeby się postawić na miejscu obiektu “interpretowanego” trzeba mieć w sobie trochę wyobraźni, której nieodzownym elementem jest relatywizm” – hm, trzeba – moim zdaniem – mieć samoświadomość (czy to masz na myśli, pisząc o wyobraźni?); trzeba zastanawiać się nad swoim istnieniem, byciem-w-świecie. A to, że ja istnieję, jest dla mnie jako człowieka faktem, nie jest względne. Ale podejrzewam, że wiem, o jakim relatywizmie piszesz. Tylko widzisz – ja nie uznaję istnienia świata, ludzi, elementów przestrzeni za coś relatywnego (bo może np.: śnimy, a może nie istniejemy, tylko jesteśmy wytworem czyjegoś umysłu/in., fantomem, zachcianką, lalką itd.).

      Innymi słowy – dla mnie relatywizm rozmywa wszystko, pozbawia poczucia istnienia. Równie dobrze mogę być, jak i nie być. A to się przekłada później na moje podejście do drugiego człowieka i jego wytworów (w tym literatury).

      Jestem w stanie zaprezentować np. „Szatańskie wersety” jako dzieło idealnie feministyczne, antyreligijne czy jako wytwór tłumionych popędów (zwłaszcza seksualnego i popędu do śmierci) albo zgodnie z krytyką gejowską. Tylko – pytam – po co? By udowodnić, że mogę z tej książki stworzyć dowolny (pre)tekst (niby-kontrsygnatę), w którym zamanifestuję „ja” albo dowolną tezę, teorię, pogląd? Dla mnie to za mało. Bo mogę tak zrobić ze wszystkim. Mogę dokonać dekonstrukcji, żonglować elementami kultury, pozować na erudytę i bawić się z układanek słownych. Mogę śledzić wszystkie tropy rozrzucone przez Joyce’a pod kątem wybranej metodologii – silnie nacechowanej politycznie i społecznie, a to, co nie pasuje do założeń wyjściowych, odrzucić, ale po co? Żeby udowodnić, że np. krytyka feministyczna jest „zbawcą” kobiet, które żyją pod batem mężczyzn, są ofiarami represji kultury patriarchalnej, co widać w dziele x, y, z? To są dla mnie słabe metodologie.

      Owszem, miałam krótki epizod parę lat temu czegoś w rodzaju oczarowania (zaczarowania) możliwościami dekonstrukcji (do tej pory została mi między innymi przypomniana przez Derridę aporia), postmodernistycznego kuglarstwa itd. Ale w pewnym momencie zadałam sobie pytanie: do czego mnie to doprowadzi? Czy nie zmierzam na manowce? Nadinterpretacja jest łatwa i szeroko dostępna. Nadpisywanie znaczeń słowom i tekstom tak, by pasowały do wyjściowej tezy, jest łatwe. I tego się boję – tej łatwości w przycinaniu, wycinaniu, wybieraniu fragmentów, które doskonale, idealnie ilustrują konkretną tezę. Może dlatego ostatnio bliżej mi do powolnego, stopniowego wchodzenia w tekst i słowo. Nie do „rewolucji”, która za chwilę zostanie przewyższona kolejną „rewolucją”, ale do tego, co będzie trwalsze. I dla mnie cenniejsze.

      To nie jest tak, że jestem przeciwniczką nowych odczytań – wręcz przeciwnie, sama do tego dążę. Ale nie kosztem zawłaszczenia tekstu i podporządkowania go z góry ustalonej tezie. Dlatego teraz dogłębnie czytając poezje Miłobędzkiej, mam sporo problemów – bo ja założyłam coś innego, ale słowa i wpisane w nich znaczenia prowadzą mnie w inne miejsca. Czy mimo to powinnam podporządkować je swojej tezie, czy może wziąć odpowiedzialność za to, co przeczytałam i do jakich wniosków doszłam, by następnie zmodyfikować swoją tezę?

      Dominacja „ja” – za bardzo się odsłaniam, niedobrze ; )

      Nie jestem pewna, czy wyraziłam się jasno. Dlatego napisz, czy nie zmierzam swoją odpowiedzią na manowce ; )
      /A tak na marginesie dziękuję za komentarzowe uwagi, bo zmuszają do dłuższego i pełniejszego myślenia./

  4. Wybacz, początkowej części pierwszego akapitu nie mogę zrozumieć. Nasz światopogląd jest wynikiem doświadczenia, ale ja bym już tak stanowczo nie zawężał go do „czasowości” („na co dzień”). Wyobraźnia nie jest elementem oderwanym od rzeczywistości, a i samo czytanie jest rodzajem doświadczenia – doświadczania wyobraźni.

    A na czym swojej istnienie opierają ludzie? Jak do tego ma się wiara?

    Otóż to, dlaczego mam odbierać komuś prawo do swojego odczytania? Więc jak mam to zrozumieć, że literatura (postmodernistyczna, ale nie tylko) jest tylko wydmuszką?
    Dekonstrukcja nigdy nie była łatwym zadaniem i nie za bardzo mogę pojąć Twój tok myślenia. To jak nie będzie interpretacji to nie będzie tez? Tak uważasz? Mówimy o potrzebie istnienia krytyki feministycznej czy o jej kształcie (jakości?). A jakie są dla Ciebie słuszne metodologie?

    „Gdzie przebiega granica między zawłaszczaniem tekstu i podporządkowania go sobie?

    >>> Czy mimo to powinnam podporządkować je swojej tezie, czy może wziąć odpowiedzialność za >>> to, co przeczytałam i do jakich wniosków doszłam, by następnie zmodyfikować swoją tezę?
    >>> Dominacja “ja” – za bardzo się odsłaniam, niedobrze ; )”

    Te słowa są pokłosiem Twoich doświadczeń czytelniczych ze Wschodnich rubieży świata. Możesz to nazywać nadinterpretacją :)

    Na manowce to mnie sprowadzasz, bo od kilku lat z precyzja chirurga, z naleciałością uczelnianej terminologii, dokonujesz wiwisekcji literackiej. Czy Ty aby nie nabrałaś wątpliwości do tego, co namiętnie robisz od lat? ;)

    /Na marginesie czasami można znaleźć najlepsze rzeczy ;) /

    1. I dlatego mówię o tym, co ja uważam, w co ja wierzę, stąd moje „niestety”. Inna osoba nie użyłaby tego słowa, a wręcz przeciwnie – napisałaby/powiedziałaby, że to świetne dzieło do (…).

      Nie odbieram nikomu prawa do odczytań takich czy innych – przeraża mnie tylko łatwość i nadmierna popularyzacja tych „rewolucyjnych” odczytań. Z tym wiąże się łatwość manipulowania. Dlatego pojawiło się moje „niestety”.

      Wątpliwości są zawsze.
      A z wątpliwości powstaje najwięcej ciekawych odczytań – czyż nie?

      1. Pewnie!

        Dobrze nam się zazębia ten dygresyjny dialog ;), bo wszakże nad manipulacjami nie ma co lamentować, trzeba pisać, mówić, prezentować i wyjaśniać swoje zdanie/poglądy/odczytania. I to jest chyba najlepsza puenta :) Poza tym świetnym dziełom nie można zaszkodzić ;) No chyba, że się wrzuci je do przerobienia na szkolnej 45-minutowej lekcji ;)

        1. Tak, racja – zaszkodzić nie można, bo kiedyś i tak zostaną jeszcze inaczej odczytane.
          Zauważasz, jakiego słowa używa się najczęściej do omawiania literatury w szkole? Przerobić. To mówi samo za siebie ; )

          Otóż to – dobre podsumowanie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s