Przebaczenie. Słów kilka o „Naszych szczęśliwych czasach” Gong Ji-young

Niewiele na polskim rynku wydawniczym dalekowschodnich powieści, w których zagadnienie chrześcijaństwa stanowi pretekst do szerszych i pełniejszych rozważań nad kondycją duchową człowieka współczesnego, uwikłanego w pędzący i kalejdoskopowo zmienny świat,Gong Ji-young, "Nasze szczęśliwe czasy" próbującego odnaleźć swoją drogę – niezależnie czy będzie to mniej bądź bardziej godne życie, czy (szeroko rozumiana) śmierć. Po prozie Endō Shūsaku*, japońskiego katolika, pojawiła się kolejna** południowokoreańska powieść, lecz tym razem w pełni poświęcona utracie i odzyskaniu wiary (tyleż w Boga, ile w człowieka!). Nasze szczęśliwe czasy Gong Ji-young ukazały się w Korei Południowej w 2005 roku. Interesująca zdaje się sama autorka – urodzona w 1963 roku, aktywna uczestniczka studenckich protestów w 1980 roku***, podejmująca w swojej twórczości literackiej wątki dotyczące nierówności społecznych, dyskryminacji i uprzedzeń; obecnie jedna z najpopularniejszych pisarek w Korei Południowej. Patrząc na szerokość tematyczną prozy Gong i społeczne zaangażowanie, przypomina może polskiemu czytelnikowi o innej, starszej od niej pisarce – Han Mal-suk (Han Mahl-sook), którą przed ponad dekadą zaprezentowało Wydawnictwo Akademickie Dialog.

Co to w ogóle znaczy być człowiekiem i do jakiego stopnia jesteśmy w stanie być dobrzy, a jak bardzo możemy być źli?****

Powieść Gong składa się z dwóch paralelnych opowieści – obie, zbudowane na bazie retrospektywnych obrazów, wzajemnie się dopełniają, tworząc historię upokorzenia, zbrodni i poszukiwania wybaczenia. Dziewiętnaście niebieskich karteczek poprzedzonych cytatami (które początkowo zdają się patetyczne, w efekcie są poszukiwaniem odpowiedzi, labiryntem myśli i zapisem lektur kształtujących na nowo światopogląd) to intymne zapiski, autowiwisekcyjny pamiętnik skazanego na śmierć za bestialską zbrodnię dwudziestosiedmioletniego Jeong Yun-su. Rekapitulacja życia i rekonstrukcja drogi, która doprowadziła go do więzienia przeplata się z dziewiętnastoma rozdziałami, gdzie narratorka trzydziestoletnia Mun Yu-jeong, córka zamożnych i wpływowych ludzi, siostra prokuratora, kolejny raz próbuje popełnić samobójstwo. Yu-jeong jest młodą kobietą pozornie znudzoną życiem i zblazowaną, a naprawdę dążącą za wszelką cenę do autodestrukcji, by przerwać cierpienie, nieznośny ból wywołany psychicznym i seksualnym poniżeniem. I pewnego dnia, po kolejnej próbie samobójczej, odwiedza ją w szpitalu ciotka – zakonnica Monika. Proponuje jej alternatywę dla nic niewnoszących spotkań z psychiatrą – wizytę w więzieniu, w którym siostra Monika odwiedza więźniów. Nie w celu nawrócenia na chrześcijaństwo, lecz by ocalić ich duszę przed całkowitym rozpadem, dezintegracją, przed odejściem ze świata bez pogodzenia się ze sobą i innymi ludźmi, bez uzyskania wybaczenia. Jak można się spodziewać, wizyty w więzieniu i kilka spotkań z Yun-su odmienią w jakimś stopniu Yu-jeong, otworzą przed nią możliwości dotychczas zakryte przez nienawiść, pragnienie zemsty i śmierci.

Polski tytuł powieści dobrze koresponduje z wrażeniem, które wywołuje książka – nostalgią, poczuciem utraty czegoś ważnego, lecz kruchego i niemożnością powrotu. Bo przecież każdy dzień może być ostatnim, trzeba działać, a nie poddawać się, dryfować i pozwalać prowadzić zmiennym nurtom. Może i brzmi jak oczywistość, może brak aluzji i nieformułowania wprost pewnych kwestii, ale czyż dla wielu współczesnych odbiorców, nierzadko pozbawionych zmysłu odpowiedniego czytania między wierszami, nie ma potrzeby mówienia dosłownie, bez metaforyki, symboli i licznych tropów-zagadek? Nie to jest największym problemem podczas czytania, ale… styl – zbyt infantylny, czytelnik spodziewa się bardziej wyrazistej prozy, brutalniejszej być może, a nie sensualnej, prawie subtelnej (bo nawet gdy autorka opisuje drastyczne sceny, pozostaje nieodparte wrażenie zgrzytu, niekompletności, żeby nie powiedzieć „fałszu”, gdyż byłoby to zbyt mocne i mało trafne słowo, wszak autorka pozostaje w swojej prozie bardzo kobieca). A może problem tkwi w fatalnie wybranej do zapisu niebieskich karteczek czcionce?

Wątków i motywów w Naszych szczęśliwych czasach wiele. Począwszy od skali mikro (Seul i Koreańczycy widziani przez Yu-jeong z perspektywy Paryża oraz z wnętrza ojczyzny – obraz współczesnego szybko rozwijającego się społeczeństwa rozpada się na oficjalną-nieskazitelną, acz zafałszowaną wizję i nieoficjalną-brutalną, lecz w jakimś stopniu bliższą prawdzie rzeczywistość), skończywszy na kwestiach ocierających się o tyleż socjologiczne spojrzenie na społeczeństwo, ile filozoficzno-teologiczne ujęcie problemu nocy duszy. Podejmując temat przebaczenia, porusza Gong całą gałąź problemów z pogardą, generalizowaniem, odrzuceniem i napiętnowaniem na czele. Większość jej bohaterów (być może poza siostrą Moniką) ucieka przed samotnością, próbuje zagłuszyć niespełnioną potrzebę współdzielenia i współistnienia, dlatego też każdy z nich prowadzi substytuty rozmów, ba! półrozmowy, zamiast autentycznej wymiany myśli. Ukrywając swoją prawdziwą twarz, nie cofają się przed pochopnym ocenianiem innych. Ranią słowami i gestami drugiego człowieka oraz samych siebie. Niektórzy podążają za niskimi instynktami, ale zezwierzęcenie się, degradacja i rozpad człowieczeństwa następuje w nich niezależnie od pochodzenia i środowiska, w którym się wychowali. Gong idealizuje (to nie zarzut, ale fakt znacząco wpływający na sposób opisywania przez autorkę rzeczywistości i kreację postaci), wybiera bohatera naznaczonego piętnem patologii, jednakże tak naprawdę, gdzieś w głębi nieprzesiąkniętego złem, okrucieństwem i bezwzględnością. Yun-su jest dzieckiem zaniedbanym, porzuconym i odtrąconym, ale mimo wszystko tli się w nim iskra dobra, potrzebuje jedynie pomocnej ręki, otwartego serca, by podążyć drogą uczciwości. Nie jest immoralistą, ale człowiekiem zagubionym.

Nasze szczęśliwe czasy Gong Ji-young jest nie tylko poruszającą (emocjonalnie) powieścią o zbrodni, odkupieniu i przebaczeniu, lecz przed wszystkim ostrą krytyką społeczeństwa. Niszczy autorka dobre mniemanie o sobie „nieskazitelnych” i „praworządnych” obywateli świata. Owszem, zdaje się mówić Gong, każdy z nas jest w pewnym stopniu hipokrytą – kimś ukrywającym w pełni swoje zdanie, charakter i poglądy, zakłada maski, by chronić siebie, jednakże nierzadko ukrywa też grzech i zbrodnie niemalże równe przestępstwom uwięzionych i oczekujących na kary śmierci (bo zabójstwo to nie wyłącznie, co podkreśla Gong, pozbawienie życia, ale również uśmiercenie duszy – obok śmierci fizycznej, istnieją też inne, między innymi emocjonalna i duchowa) – nie my ofiarowaliśmy życie samym sobie, dlaczego zatem rościmy sobie prawo do odbioru życia – swojego czy innych, pozbawiając ich (i siebie) tym samym możliwości pokuty, wykorzystania czasu odosobnienia (uwięzienia) jako pobytu w mnisiej, pustelniczej celi? Tak, to powieść silnie zaangażowana w sprawy społeczne, wprost nawołująca czytelnika do refleksji nad własnymi wyborami. I bynajmniej nie chodzi autorce o spowiedź i otwarte wyznanie win, ale o autentyczną zmianę w życiu – to (mniej bądź bardziej udana – zależy od czytelnika) próba przemiany odbiorcy literatury, poruszenia jego duszy.

——————

* Zgodnie z zapisem dalekowschodnich nazwisk – nazwisko poprzedza imię. I tak w całym tekście. Na marginesie – wydawca wreszcie umieścił analogiczną informację w książce. Może już nie spotkam recenzji, w której nazwisko autorki uznane zostaje przez recenzenta za imię?

** Choćby w Zaopiekuj się moją mamą Shin Kyung-sook odnajdziemy nawiązania do religii.

*** Pod koniec 1979 roku miał miejsce zamach stanu – wprowadzono wojskową dyktaturę (gen. Chun Doo-hwan).

**** Gong Ji-young, Nasze szczęśliwe czasy, z koreańskiego przeł. Marzena Stefańska-Adams, konsult. jęz. Estera Choi, Katarzyna Grudzień, Kwiaty Orientu, Skarżysko-Kamienna 2013, s. 196.

Autor: Luiza Stachura

Advertisements

12 thoughts on “Przebaczenie. Słów kilka o „Naszych szczęśliwych czasach” Gong Ji-young

  1. z tego co zrozumiałem, Gong nie odnosi się stricte do społeczeństwa chińskiego i sytuacji w Chinach, ale tworzy jakiś przekaz uniwersalny, tak? Pytam, bo wydaje mi się to cokolwiek dziwne, wszak Chiny są perfekcyjnym polem (poligonem) do ukazania tragedii utraconej świetności. Kraj o niemal najstarszej tradycji i przebogatej kulturze przeczołgany w trakcie rewolucji i brutalnie się kapitalizujący to mocarstwo bólu i zdradzonej historii… Tak się mnie zdaje ;-)

    1. Korea Południowa. Nie Chiny.
      Tak – ona dąży raczej do „uniwersalnego przekazu”. Hm, nie tyle chodzi jej o utratę tożsamości, ile szereg z tym mniej bądź bardziej związanych spraw i kwestii (a problemów podejmuje sporo, o czym wspomniałam w tekście).
      Ale, wiesz, taka książka o Chinach (taka – znaczy z tematem, który zaprojektowałeś), byłaby interesująca.

      1. moja pomyłka, za szybko czytam ;-).

        Takich książek jednak kilka było, nawet zdarzyło mi się jakieś czytać. Choć nie znam żadnego naprawdę przekrojowego dzieła. Pewnie trudno tak potężny temat zmieścić w jednej książce. Sto lat w Chinach to miniatura europejskiego tysiąclecia…

        1. Ale to były jakie książki – literatura fikcjonalna, literatura faktu, eseje czy jeszcze inne formy?

          Do „przekrojowej” powieści byłby zdolny np. Mo Yan (przykładem jego „Obfite piersi…”, w których część tej tematyki podejmuje).

          1. fikcja raczej. Chodzi mi o powieści typu „Czerwone maki” Alai czy „Dzikie łabędzie” Jung Chang (tytuły dobieram w tym przypadku z trudem, coś tam wygrzebując z pamięci, nie są to być może idealne przykłady). Teoretycznie jest to podobny nurt do „powieści księżniczkowo-haremowych” ale jakby lepszy ;-). Fajne są w tych książkach drobne smaczki i częste ilustrowanie procesu narastania zmian, odchodzenia od tradycji itd.

          2. Alai – mówisz… Co do „Dzikich łabędzi” mam mieszane odczucia.
            Rozumiem, o co Ci chodzi. To ja miałam na myśli inny projekt „przekrojowej” powieści.

          3. Na pewno nie taki: „Teoretycznie jest to podobny nurt do “powieści księżniczkowo-haremowych” ale jakby lepszy”. Przede wszystkim nie chodzi mi o mityzację czy kanwę baśniową albo oniryczność, ale o wykroczenie poza to, wyjście poza standard w tego typu książkach (czyli: mit, legenda, baśń itp.).
            Nie chcę i nie umiem luźnych wrażeń i skojarzeń formować tutaj w słowa, bo nie wyraziłyby ulotnego projektu. Więc tym razem się uchylę od pełnej odpowiedzi ; )

          4. oki, uchylenie przyjęte, zapisane i usprawiedliwione ;-). Rozumiem Cię, w gruncie rzeczy mam ten sam problem.

            A propos książek o księżniczkach i innych haremach ;-). Mnie samego zdumiał fakt, że wbrew wszystkiemu, wyniosłem z nich całkiem sporo twardej wiedzy, o czym przekonałem się na zajęciach z arabistyki. Po prostu uświadomiłem sobie, że poszczególne detale ustawiły mnie bliżej klimatu arabskiego świata niż wiedza naukowa. To tylko ciekawostka, wcale nie jestem zwolennikiem tych hurtowo tworzonych książek ;-)

          5. Tak zwykle bywa – to jedna z technik zapamiętywania i uczenia się, wszak m.in. w tym celu powstały baśnie i legendy. A że to wygodny motyw, toteż sporo autorów i grafomanów z tego korzysta.
            Ale to prawda – łatwiej zapamiętać więcej informacji, czytając książki pisane z pasją, częściowo fikcjonalne, a nie naukowym stylem.

          6. zwłaszcza, że naukowcy często dokonują subiektywnej selekcji faktów, pomijają rzeczy ich zdaniem nieistotne. Pełen obraz sytuacji składa się także z takich cegiełek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s