Monodram pisarza. „W jednej osobie” Johna Irvinga

John Irving, "W jednej osobie"Tekst można (było) przeczytać na stronie bookznami.pl

[Bezpośrednio na blogu od 05.03.2020]

Modny od jakiegoś czasu tak zwany coming out zaczyna coraz silniej oddziaływać także na artystyczne konstrukcje bohaterów-ekshibicjonistów. O ile wątki homoseksualne czy transgenderowe nie są niczym nowym w literaturze, o tyle sposób ich prezentowania ulega zmianie. Amerykański prozaik i scenarzysta filmowy John Irving swoją najnowszą – bo opublikowaną w maju tego roku (polska wersja językowa ukazała się niedawno) – powieść W jednej osobie poświęca biseksualiście i jego zmaganiom ze społecznymi uprzedzeniami. Zwodzi jednak czytelnika zamiast go niebezpiecznie uwodzić.

W jednej osobie to zapis wspomnień siedemdziesięcioletniego pisarza Williama Abbotta, być może dlatego, że człowiek żyje chwilą i czasem brakuje mu perspektywy [s. 453], a taką stwarza literatura. Dokonuje on rekapitulacji swojego dzieciństwa w miasteczku First Sister, relacji z matką, poszukiwań ojca, ale przede wszystkim skupia się na dwóch zwrotnych punktach: przebudzeniu seksualnym oraz inicjacji w literaturę – w myśl zasady, że kształtuje nas to, czego pragniemy [s.9]. Pierwsze rozdziały powieści to nie nostalgiczna i sentymentalna podróż w głąb przeszłości, ale przewrotne, bezwstydne i rozpasane pisanie o seksualnych fantazjach, cielesnych i psychicznych transgresjach oraz wcielaniu się w ambiwalentne postacie – jak stwierdzi: w lekturze, tak jak i w pisaniu, kluczem do odbycia fascynującej podróży jest wiarygodny, a zarazem straszny związek międzyludzki. Bo do czegóż by innego wiedzie namiętność, zwłaszcza gdy ma się niepohamowany pociąg do niewłaściwych ludzi? [s. 53] Przy czym słowo „niewłaściwy” rozumieć należy szeroko – nie tylko jako osoby tej samej płci.

W First Sister funkcjonował amatorski teatr, aranżowany przez Norwega namiętnie wystawiającego dramaty Ibsena. Dziadek Williama, Harry, grywał najczęściej role… kobiet (pisarz nie odnajduje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy dziadek był transwestytą, czy przebierał się wyłącznie na potrzeby sztuki). Niedługo później, gdy do szkoły przyjęto nowego nauczyciela, późniejszego ojczyma Williama – Richarda Abbotta, w repertuarze zaczął dominować Szekspir (nota bene – literacki pisarz jest jego imiennikiem). Wśród wystawianych dramatów znalazła się Burza, a Williamowi przypadła rola eterycznego i ambiwalentnego Ariela; jakkolwiek należy podkreślić, że narrator cierpi na dokuczliwą przypadłość: niemożność poprawnego wymówienia pewnych słów związanych (czasami odległymi skojarzeniami) ze sferą seksualną. Szekspirowskie utwory stają się kluczem do zdefiniowania siebie, określenia własnych preferencji. Nie one jednak przesądziły o ukonstytuowaniu się tożsamości i biseksualnej orientacji pisarza. Richard Abbott pewnego dnia zabrał chłopca do miejskiej biblioteki, gdzie oczarowany bibliotekarką – panną Frost, William rozumiał dwie rzeczy: że pociągają go niewłaściwe osoby (zauroczenie panną Frost poprzedziła fascynacja Richardem) oraz że pragnie zostać prozaikiem (może dlatego, iż powieści to też forma przebieranek [s. 82]).

O ile ojczym odkrył przed nim świat androgynicznych istot teatralnych, o tyle panna Frost otworzyła mu oczy na literackie przetwarzanie motywu „pociągu do niewłaściwych ludzi”. Innymi słowy, zarówno teatr, jak i literatura odsłoniły tajemniczy, nieznany, a jednak bliski i ekscytujący świat Osób – tych, którzy permanentnie grają przed nietolerancyjnym społeczeństwem, jedyne ujście znajdując w fikcji, która staje się dla nich – paradoksalnie – miejscem wolności i autentyzmu, wyrażania siebie i własnych fascynacji erotycznych, nieakceptowanych przez środowisko. Nota bene, Abbott, gdy opowiada o swojej przeszłości, nie tylko przejmuje rolę reżysera, ale także wciela się w postać swoistego suflera (w teatrze First Sister to jego matka podpowiadała aktorom-amatorom tekst), podrzuca słowa duchom przeszłości, które wskrzesza w trakcie rekonstrukcji czasu utraconego. W dodatku nieustannie komunikuje się z czytelnikiem, wtajemnicza go w tryb powstawania swoich wspomnień, zaprasza za kulisy, objaśnia i prowadzi labiryntem słów powieści, bo tu jak u Szekspira (…) Mnóstwo ważnych rzeczy dzieje się za kulisami, docierają do nas tylko sygnały [s. 324] Ale wybiera specyficzny sposób – odbiorca dowiaduje się prawdy stopniowo, Abbott nie odsłania wszystkich kart od razu, smakuje retardacje – jakby chciał przeciągnąć moment rozkoszy. Nie wypada – poucza – spekulować na temat czyjejś przeszłości; jeśli nie widziałeś na nią dowodów, przeszłość danej osoby stoi pod wielkim znakiem zapytania [s. 116]. I tak nie domknie swoich wspomnień, pozostawiając wiele niedopowiedzeń. Można rzec, że W jednej osobie to osobliwa maskarada, w której pisarz przebiera się za wszystkie osoby (słowo „osoby” – nie zaś „postacie” – najczęściej pojawia się w dramatach) przedstawienia.

Utwór Irving dzieli się w zasadzie na trzy części. Mocna i dobrze skonstruowana pierwsza odsłona powieści wyraźnie deklasuje opisywane przez Williama Abbotta wojaże po Europie. Wyprawa szlakiem biseksualistów, homoseksualistów, transwestytów i transseksualistów jest dosadna, wyuzdana, perwersyjna, ale i odpychająca. Wszystko oscyluje wokół kolejnych erotycznych ekscesów pisarza – z lubością opisuje mniej bądź bardziej szczegółowo swoje przygody i „lubieżne inklinacje”, całość okraszając autocytatami (z własnych powieści). Przesyt i nadmiar prowadzi w pewnym momencie do karykaturalnej – zamiast autentycznej (jak choćby w filmie Jonathana Demme Filadelfia) – defilady przez lata 80. XX wieku i epidemię AIDS (swego rodzaju trzecią część powieści – zamknięcie wielu wątków, stopniowe wygaszanie opowieści o cieniach z przeszłości Abbotta, a otwieranie się na nowe wyzwania pisarza, połączone z kolejnym pokoleniem odważnie prezentującym swoje poglądy). Im bliżej końca utworu, tym częściej pojawiają się opisy śmierci kochanków, partnerów i partnerek seksualnych Williama. Piętrzące się sceny umierania tworzą abstrakcyjny obraz, odrealniają cierpienie, ubierają je w fikcję literacką i sprawiają wrażenie sztampowych quasi-nekrologów.

W jedne osobie jest powieścią w powieści – chociaż utwór Irvinga jest literackim manifestem (nie)tolerancji, to na płaszczyźnie tekstu nie Irving, ale narrator-pisarz, czyli William Abbort, konstruuje literackie wspomnienia, on-Abbott jest twórcą, pozornie autonomicznym. Innymi słowy – książkę odczytywać można zarówno jako irvingowe przesłanie o akcepcji Innego, jak i zabawę postacią pisarza (ot, William Abbott urodził się w tym samym roku co Irving). W jednej osobie staje się gra ze schematami tyleż fabularnymi, ile z kliszami myślenia, kategoryzowania, stereotypowego układania świata. Ale, co ważne, w swoim dziele John Irving rejestruje także panoramę przemian społecznych i obyczajowych w Stanach Zjednoczonych (z lekkim dodatkiem Europy) – przejście od jawnego wyparcia i napiętnowania, po względną i oficjalną akceptację ludzi o odmiennych skłonnościach seksualnych. Wreszcie powieść amerykańskiego pisarza jest demonstracją w obronie wolności wyrażania i definiowania siebie (bez używania pojęć tak silnie nacechowanych jak „normalność”), którą najlepiej ilustrują słowa jednej z bohaterek: Bądź łaskaw nie przypinać mi etykietki. Nie rób ze mnie kategorii, zanim mnie nie poznasz [s. 250].

——————

John Irving, W jednej osobie, przeł. Magdalena Moltzan-Małkowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Autor: Luiza Stachura

19 uwag do wpisu “Monodram pisarza. „W jednej osobie” Johna Irvinga

  1. Wspanialy jest ten koncowy cytat. Powinnam go sobie gdzies zapisac, zapamietac i wyglosic co niektorym… ;)

    Chodzi mi ten Irving po glowie, ale jakos do tej pory sie za niego nie zabralam. Co bys polecila na poczatek? Ta powiesc brzmi calkiem ciekawie, ale nie lubie tak zaczynac od najnowszej. Zwlaszcza jesli mam taki duzy wybor :).

    1. Aż musiałam sprawdzić, jaki jest ostatni cytat – dawno temu to pisałam. Tak. Te słowa są kluczowe. Chyba dla – paradoksalnie – każdego.
      Nie znam nic innego Irvinga, chociaż też za mną chodził. Nie wiem, czy jego wcześniejsze powieści nie są lepsze. Ta mnie trochę rozczarowała – w końcu po „takim” nazwisku spodziewałam się czegoś, co mnie bardziej porwie.

  2. utknąłem kiedyś przy „Hotelu New Hempshire” – niby pochłonęły mnie jakieś obowiązki, ale jak minęły, to i ochota na Irvinga również. Specyficzny twórca, dla mnie – mimo wszystko – dość banalny. Abym nie był zrozumiany źle: pisze o rzeczach ważnych, ma dar obserwacji, ale zarazem brakuje mu tego czegoś (moim zdaniem), co by do niego przywiązało. Może przesadą będzie powiedzenie, że Irvinga czyta się „bo wypada” lub „bo trzeba”, ale ja nie dostrzegłem w jego prozie niczego prawdziwie wielkiego. Dodam jeszcze, że wobec twórców z tej półki stosuję inne parametry ocen niż wobec twórców popularnych, co pewnie dla Irvinga nie jest sprawiedliwe ;-)

    1. Oj, tak, wydaje się dosyć banalny po W jednej osobie, dlatego też chciałabym kiedyś sięgnąć po coś wcześniejszego.
      Zgadzam się – czyta się obecnie Irvinga, „bo wypada”/”trzeba”. A skoro tak, to jednak można sobie darować ; ) I pewnie dlatego to była moja pierwsza książka tego pisarza.
      Hm, w zasadzie podobnie mam z np. P. Rothem – spodziewałam się po jego prozie dużo więcej, niż otrzymałam.

      1. nie czytałem go jeszcze, ale mam ochotę na Kompleks Portnoya. Też jednak obawiam się, że oczekiwania a praktyka to dwie różne rzeczy…

        1. Zdaje się, że Kompleks… to jego najlepsza książka. Reszta (tak mi się wydaje) jest powtórzeniem, ale nie na tyle twórczym, by zagłębiać to wnikliwie. Nie sądzę, by dostał Nobla. To tak jak Murakami – niby sporo osób czyta i ceni. No ale to jednak nie jest „noblowskie” pisanie; ba! popularność wcale nie jest wyznacznikiem „noblowskości”.

          1. a czego wyznacznikiem jest noblowskość? ;-) Dawno już nie zwracam na to uwagi… ot, kolejna metka.

          2. To zależy dla kogo i w jakim czasie. Jasne, że sporo nagród jest zawłaszczanych, przyznawanych ze wzgl. polit. czy innych. Ale często bywają jedyną okazją do promocji danego pisarza.
            Odrzucając jednak kryteria itp., dryfujemy po relatywnym morzu – nic dobrego to nie wróży ; )

          3. to fakt, wchodzimy na grząskie piaski ;-). Nie krytykuję Nobla w czambuł – ale sam fakt, że spekulacje co do przyszłych noblistów są prowadzone pod kątem wydarzeń na świecie i statystyki jest cokolwiek dla tej nagrody… złe ;-)

          4. A tam, spekulacje dot. przyszłych laureatów nagrody x są dość powszechne – nie można zabronić tego ludziom ; ) Ale to prawda – są złe. Dla chyba każdej nagrody.

  3. Nobla nie dostali m.in. Joyce, Proust, Tołstoj, Nabokov, Borges, Bernhard, Schulz, Calvino, Ionesco, nasz Lem czy Virginia Woolf. A to tak z głowy tylko kilka nazwisk, więc o jakiej „noblowskości” tutaj rozmawiać?:) Gdyby sięgnąć głębiej, jestem w stanie wymienić trzy razy tyle nazwisk, a jednocześnie wymienić nazwiska nagrodzone, które nijak się mają do poziomu literackiego wyżej zaprezentowanych. Ale po co? Nie jestem przeciwnikiem Nobla ani żadnej innej nagrody literackiej, niemniej jednak mitologizowanie literackiej Nagrody Nobla jest w moim przekonaniu błędem, zwłaszcza w naszych czasach.

    „Kompleks Portnoya” jest genialny. Z najnowszych książek Rotha czytałem „Upokorzenie”:
    http://experymentt.wordpress.com/2011/10/27/philip-roth-upokorzenie-recenzja/

    Fakt, po latach zdarza mu się mielić swoje sztandarowe wątki, ale Roth to bardzo ważny pisarz, a jeśli chodzi o środowisko amerykańskich Żydów lat powojennych, to chyba nawet najważniejszy.

    Pozdrawiam serdecznie, składając spóźnione życzenia noworoczne:)

    Rafał

    1. Rafale,

      ależ to jasne – ilu pisarzy wartych uwagi nie dostało nagrody X czy Y. Nie mitologizuję żadnej nagrody. Chodzi mi tylko o „siłę rażenia” nagrody X czy Y na czytelników ogólnie (nie chcę mówić „czytelnika masowego”) – nie tych „wyspecjalizowanych”, nie tych mniej czy bardziej „profesjonalnych”, nie tych poszukujących dzieł wybitnych/ambitnych/oryginalnych/itd. A że po noblistów lubią sięgać czytelnicy różni, to i sporo się pojawia ekscytacji, spekulacji itd. I takie momenty są świetnym punktem do rozmowy o kanonie na przykład. Bo nagrody – czy chcemy, czy nie chcemy – wyznaczają jednak jakiś/czyjś kanon.

      Czy taki genialny? To chyba kwestia indywidualnych preferencji czytelniczych.
      Ot, dla jednych Joyce jest genialny, dla innych – to grafoman.

      Dziękuję i również życzę wszystkiego dobrego (a przede wszystkich świetnych literackich podróży) w nowym roku!

  4. Mam koleżankę, która jest jego wielką fanką i ciągle mi coś poleca, ciągle nie chwali, to mało powiedziane, ale wychwala. Powiem Ci, że dawno dawno temu czytałam coś jego… ale właśnie „coś”… bo kurczę nawet jakbyś mnie teraz za uszy ciągnęła nie powiem co to było… aż sama z siebie się śmieję, bo nie mogę sobie przypomnieć.. A ja widocznie nie jestem „modna” bo żyję w innych literackich światach i ta „moda” w ogóle mnie jakoś kusi. PozdrawiaM

    1. I bardzo dobrze. Każdy szuka czegoś innego w literaturze (sztuce). Tym lepiej, jeśli jest świadomym odbiorcą, a nie człowiekiem podążającym za modami ; )
      Pozdrowienia.^^

  5. Skończyłam *W jednej osobie*. Była to moja pierwsza książka Irvinga. Podoba mi się „rozwiązanie” wątku Kittredge’a, duch (którego nie widzi Bill) czy wyjazd Elaine z matką Kittredge’a. Czyli ogółem to, co niedopowiedziane. Wiadomo, czytelnik sobie sam wypełni i będzie dumny.
    Reszta była męcząca i nie przyniosła na koniec satysfakcji.

  6. Moja przygoda z tym pisarzem zaczęła się tak: tata podsunął mi kiedyś „Świat według Garpa”, książka mi się spodobała i obiecałam sobie, że jeśli kiedykolwiek natknę się na inną powieść autorstwa Irvinga, na pewno ją przeczytam. Całkiem niedawno w szpitalnej bibliotece dostrzegłam „Hotel New Hampshire” i „Ostatnią noc w Twisted River”, przeczytałam. I chyba się zakrztusiłam. Irving ciągle przerabia podobne motywy – ale efekt nie zawsze jest zadowalający. Nie jestem pewna, czy da się czytać jego książki jedna po drugiej (być może to tylko moje odczucie, nie wiem). Bardzo często pojawiają się bohaterowie-pisarze i groteskowe wypadki/urazy.
    Jedno mogę powiedzieć na pewno: Irving jest wielkim miłośnikiem zapasów i niedźwiedzi. ;)

    I tak bardziej prywatnie: bardzo się cieszę, że ktoś mnie jeszcze pamięta! Wszystko się pozmieniało. Między jednym a drugim opowiadaniem Schulza sprawdzam, czy są jakieś nowości w serwisie, nowe blogi, wyzwania, myślę, czy aby nie zmienić szablonu. :) Ale dosyć o mnie. Jak ty się miewasz?

    1. O, dobry wieczór xD

      Dziękuję Ci za te uwagi o prozie Irvinga – bardzo cenne!

      Ależ oczywiście, że pamiętam – jakże mogłabym zapomnieć. Mam nadzieję, że u Ciebie będzie coraz lepiej. I słoneczniej.
      Schulza czytasz – fantastyczny wybór.
      Tak, nowości i zmian dużo – sama nie nadążam za tym, a kolejne obowiązki zajmują mi sporo czasu, więc i mniej czytam.
      Pozdrawiam ciepło!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s