„Wszyscy jesteśmy samotni.”* O „Wyspie Tokio” Natsuo Kirino parę myśli

Na bezludną wyspę trafiają Takashi i Kiyoko – małżeństwo, które udało się w rejs jachtem, by uczcić kolejną rocznicę ślubu. Kiedy tracą już nadzieję na ratunek, los zsyła im… młodych Japończyków-rozbitków. Z czasem grono mieszkańców wyspy poszerza się także o Chińczyków. Natsuo Kirino, "Wyspa Tokio"I tym sposobem trzydziestu jeden mężczyzn dzieli przestrzeń z ponad czterdziestoletnią kobietą. Początkowo adorowana Kiyoko z biegiem miesięcy traci na atrakcyjności. Wybawieniem dla odrzuconej kobiety okazuje się plan ucieczki z wyspy. Ale człowiek to dziwna istotna [s. 104]. Nieprzewidywalna. Nie zawaha się skłamać, by tylko się zemścić.

Znana w Polsce i na świecie jako autorka przewrotnych kryminałów, tym razem Natsuo Kirino wychodzi całkowicie poza schemat powieści detektywistyczno-kryminalnej, pozostawiając jedynie jej szczątki w postaci stopniowej degeneracji człowieka wyzwolonego ze społecznych norm. Nie braknie w powieści ironicznych odwołań do współczesnej japońskiej popkultury (choćby aluzje do anime, z Dragon Ballem na czele, czy do prozy Harukiego Murakamiego skonfrontowanej z dziełami Mishimy i Ōego) z typowym fanserwisem w formie bezwstydnego karnawału ciał. Wyspa Tokio to bezkompromisowa odpowiedź na dotychczasowe opowieści o (zarówno dosłownych, jak i metaforycznych) rozbitkach.

Przestrzeń i czas(y)

Jeśli nadaje się czemuś nazwę, rodzi się znaczenie, zostaje uświadomione i powstaje świat. [s. 102]

Wyspa ma około siedem kilometrów na cztery. Jest kształtu spłaszczonej nerki. Chińczycy mówią na nią Tang (jajo), ale młodzi Japończycy nadali jej nazwę Tokio, tworząc tym samym quasi-Tokio, odbicie lustrzane, groteskową wersję świetlistej metropolii. Tytułową wyspę odczytywać można jako alegorię cywilizacji, mimo iż bohaterowie nieustannie będą usiłowali nas przekonać, że dowodem na istnienie cywilizacji są, między innymi, określone jedzenie, ubranie, okulary czy krzyżówki rasowe. Powieść Kirino w takim ujęciu stanie się literackim portretem psychiczno-fizycznej kondycji człowieka, który pozbawiony z dnia na dzień atrybutów i znaków cywilizacji, wytwarza namiastkę nowej społeczności, substytut znanego mu społeczeństwa** – aby móc żyć na tej wyspie, wszyscy budują sobie fundament z własnego życia w Japonii [s. 34-35]. W skali makro doskonale widać to choćby przy aranżacji przestrzeni i wytwarzającej się kastowości. Zachodnią część wyspy przybysze nazywają Tokio, wschodnią – Hongkongiem (tam też zamieszkują Chińczycy). Wspólnym portem jest Odaiba (oryginalnie: japońska sztuczna wyspa). Potrzeba miejsca sakralnego wytworzy konieczność wyznaczenia Pałacu Cesarskiego i placu przed nim, gdzie będą miały miejsce istotne dla rodzącej się społeczności spotkania oraz wydarzenia. Japończycy dość zdecydowanie odgradzają się od plaży, na której znajdują tajemnicze beczki – podejrzewają, iż zawierają one substancje promieniotwórcze – nadając jej nazwę Tokaimura (od japońskiego miasta, gdzie dwukrotnie doszło do poważnych awarii elektrowni jądrowej). Odtąd miejsce to stanie się symbolem potencjalnej zagłady, skażenia. Ale i – paradoksalnie – jedynego terenu, do którego podpływają statki (wszak ktoś musi te beczki zostawić na plaży!). Takich ambiwalentnych rejonów będzie więcej – choćby Przylądek Żegnajta (swoiste cmentarzysko, miejsce śmierci tragicznej, gdzie w tajemniczych okolicznościach zginęło co najmniej dwóch Japończyków) czy Pępek Wyspy.

W zasadzie obok siebie na wyspie powstają dwie cywilizacje – Japończyków i Chińczyków. O ile ci pierwsi szybko tracą zapał, rozchodzą w różne strony (wytwarzają sztuczny podział na dzielnice, których nazwy przejmują z „prawdziwego” Tokio), nie potrafią działać wspólnie i efektywnie, o tyle ci drudzy doskonalą się, jednoczą i rozwijają technologicznie. Japończycy, niezaradni życiowo, pochłonięci ikebaną i innymi niepraktycznymi zajęciami, z zazdrością patrzą na chińską zaradność, przystosowanie do życia na wyspie, podboje i ekspansję terenu. Inercja, apatia, rezygnacja Japończyków, brak samozaparcia, poddawanie się dominującemu prądowi, skontrastowane zostało z chińską wspólnotą, monolitem. Tokijczycy niezdarnie próbują naśladować mieszkańców Hongkongu. Problem tkwi w mentalności. Japończycy potrzebują silnego przywódcy – jednego, o niewzruszonym charakterze, zdecydowanego (acz, co jasne, tak naprawdę jedynie stwarzającego wrażenie pewnego siebie i konsekwentnego). I gdy takiego w końcu dostaną, ich działania przybiorą konkretny kierunek. Znamienne, że wyłącznie kobieta usłyszy z ust samozwańczego władcy frazesy – mężczyźni w zasadzie się nie zbuntują, pokornie podążą za głosem wcielenia bóstwa.

Aby cywilizacje mogły funkcjonować w pełni, potrzeba jeszcze (co najmniej) dwóch elementów. Przede wszystkim wykluczonych. Ostracyzm społeczny odczują na swojej skórze niepokorny Watanabe oraz Manta (Tetsuo Kizakura), którego nawiedza duch zmarłej siostry Kazuko (a może jest opętany, może chory psychicznie? – jedno jest pewne, trzeba go odizolować od „zdrowych”). Dołączą do nich później Chińczycy. Oraz Kiyoko-kobieta i Kiyoko-zdrajczyni. Zetknięcie się bowiem z innym, obcym, to gwarancja spokoju wewnątrz zbiorowości – wspólny wróg wycisza antagonizmy, brak elementu zagrożenia uaktywnia niesnaski i animozje. Drugim punktem konstytuującym cywilizację będą – paradoksalnie – kontestatorzy, ludzie odrzucający kulturę en bloc, nawołujący do bojkotu, osobliwej anarchii, w imię życia zgodnie z naturą (tu: symboliczny gest zrzucenia okularów przez Oragę).

Na wyspie Tokio czas ulega zachwianiu.*** Fragmentaryczne obrazy dryfują od Kiyoko, poprzez dwóch wykluczonych (Watanabe i Mantę), aż po Chiitę i Chiki, czyli dzieci wysp(y). Jeden z typów wiatru, nazwany przez Japończyków Wiatrem Sfermentowanej Fasoli, pojawiający się cyklicznie w obrębie Tokio, ma za zadanie budzenie zapieczętowanych wspomnień [s. 67], co otwiera dla autorki drogę do rozwarstwienia czasu przez wprowadzenie retrospektywnych obrazów. Poczucie rozbicia czasu spotęguje**** także odczytywanie wyimków z dziennika Takashiego. Z jednej strony prywatne zapiski Takashiego, gdy trafią w ręce jednego z rozbitków, staną się bodźcem do ukierunkowanych działań, zupełnie jakby część duszy/ducha autora dziennika wniknęło w umysł tego, kto ośmielił się ukraść dokument. Nowy samozwańczy właściciel przemienia się w swoistego spadkobiercę, który namiętnie wczytuje się w zapiski – na poły pornograficzne, na poły niemalże mistyczne, ewokujące ekstatyczne doznania (które będą jedynie natury fizycznej, fizjologicznej, zmysłowej). Z drugiej strony – charakter Takashiego, jego obserwacje dotyczące żony i młodych Japończyków, staną się ciekawymi obrazami ludzkiej psychiki, psychiki zależnej od miejsca i czasu, wieku i towarzystwa. Innymi słowy, wyjście poza sztuczne rygory społeczeństwa i konwenanse, poza „umowę społeczną”, pozwala na wyzwolenie dzikich żądz, atawistycznych odruchów. Cywilizacja pacyfikuje – zdaje się mówić Kirino – naszą naturę. Osobowość człowieka jest zatem wypadkową uwikłania w rodzinę, społeczność, kulturę, znajomych, sąsiadów. Niby nic nowego, niby wszystko to już było – niektórzy przywołają zapewne Władcę much Goldinga czy Zerwać pąki, zabić dzieci Ōego. Ale bliżej, moim zdaniem, Wyspie Tokio do reinterpretacji… Kobiety z wydm Abego.

Pomnik Kobiet (à rebours)

Nie wierz kobiecie. [s. 104]

Co istotne, spektrum kobiecych możliwości i twarzy odzwierciedlone zostało w jednej tylko kobiecie. Kiyoko na wyspie ulega największej przemianie ze wszystkich bohaterów. Ze skromnej, cichej i pokornej żony (stereotypowej „azjatyckiej” małżonki) przemienia się w nienasyconą seksualnie demoniczną kobietę-modliszkę. Pod wpływem męskich spojrzeń jej starzejące się powoli ciało odzyskuje blask, witalność i siłę. Nie jest ani delikatną, wiotką dziewczyną, ani stateczną czterdziestolatką. Przeobraża się w boginkę rozkoszy, niebezpieczną i kuszącą czarodziejkę (a czy nie zawsze taka była, ale społeczeństwo ją spacyfikowało, zmusiło do ciszy i podporządkowania mężczyźnie?). Do czasu. Nie zauważa momentu, w którym coraz mniej mężczyzn okazuje jej zainteresowanie. Nawet pomysł, by podczas losowania wybierać jej kolejnego męża, początkowo nie stanowi dla Kiyoko punktu zwrotnego, nie przynosi refleksji, że stała się zabawką. Nie – dopóki w grze bierze udział większość mężczyzn. Dopiero czwarty „ślub” z cierpiącym na amnezję GM i petycja Chińczyków, by oni również mogli brać udział w loterii, uświadamia jej sytuację, w której się znalazła. Nie może o sobie decydować, nie jest w stanie nikogo zmusić do miłości. Była, jest i będzie sama wśród mężczyzn.

Nowy mąż to kolejne wyzwanie. Miałkość i pustkę życia Kiyoko zapełnia chwilowe pragnienie przywrócenia pamięci GM. Zaczyna od nadania mu imienia – Yutaka. Niebaczny gest kreacyjny, powołujący do życia, przyniesie jednak wielką odpowiedzialność i trudne do przełknięcia dla kobiety konsekwencje. Ona będzie katalizatorką wydarzeń – próba jej ucieczki wywoła znaczące przemiany w obrębie japońskiej społeczności; rozkład sił na wyspie tokijsko-hongkońskiej ulegnie zachwianiu. Kobieta stanie się kością niezgody nie tylko między Tokio a Hongkongiem, ale i w obrębie mikrostruktury japońskiej. Nienasycenie Kiyoko doprowadzi ją do upadku, swoimi gestami zrzuci się sama z piedestału, na który wynieśli ją mężczyźni.

Kluczową rolę dla przyszłości (nie tylko) wyspy przywrócić może jej nagła zmiana pozycji społecznej. Wyspa to ja [s. 152] – powie Kiyoko, gdy odkryje, że jest w ciąży. Pójdzie o krok dalej i stwierdzi, że jest wcieleniem wyspy-matki. Swoistą boginią-matką, królową-matką, częścią sacrum. Podczas ciąży Kiyoko dostąpi innego typu nobilitacji – już nie seksualnej, ale matczynej. Z kochanki rozpalającej zmysły stanie się kimś ważnym, szanowanym, ale w gruncie rzeczy (im bardziej rozwinięte społeczeństwo) zbywanym, przestawianym jak zawadzający przedmiot. Jestże zatem kobieta albo młodą, piękną i witalną kochanką (a z czasem dla coraz większej liczby mężczyzn dziwką czy nimfomanką), albo matką, którą widuje się od czasu do czasu, z konieczności. Inaczej mówiąc – albo grzesznica, albo święta. Nigdy siostra, córka, koleżanka, przyjaciółka. Znamienne, że oba tak wyraziste i przeciwstawne portrety (czy odsłony) jednej kobiety wytwarzane są przez mężczyzn z Wyspy Tokio. Kiyoko widzi siebie zupełnie inaczej. Nie uważa się za rozwiązłą czy za nimfomankę (chociaż zauważa swoje uzależnienie od seksu), ale za atrakcyjną i rozchwytywaną kobietę, wybawienie dla mężczyzn, bo jest unikalna, jedyna,***** nie można jej porównać z nikim (tym samym, gdy już straci swoją pozycję kochanki, groteskowym i upokarzającym odbiciem Kiyoko będzie Watanabe przebrany w jej najlepszą sukienkę).

(…) boskie obiekty, falliczne i chtoniczne [s. 211]

Dla badaczy genderowych powieść Kirino to bardzo dobry tekst do daleko idących (nad)interpretacji. Analogicznie dla freudystów i dekonstrukcjonistów. W przypadku dalekowschodniej literatury trzeba być jednak ostrożnym i nie wyciągać pochopnych europejsko-amerykańskich wniosków. Całkiem interesującym i mniej ingerującym w strukturę powieści byłoby odwołanie się do mitów kosmogonicznych, zwłaszcza japońskich, a później skonfrontowanie ich z rozwojem (mikro)społeczności na przestrzeni wieków. Wyspę Tokio można interpretować jako metaforyczną historię Kraju Wschodzącego Słońca (czy jakiegokolwiek innego narodu). Naówczas byłyby to paralelne historie: jedna widziana oczami mężczyzn, druga – kobiety. Dopiero obie połączone narracje pozwolą na względnie pełny ogląd przeszłości.

Rozpasana, sensualna opowieść Natsuo Kirino jest przewrotnym pomnikiem na cześć cywilizacji – przepełnionej seksualnością, wulgarnością, przemocą, gwałtem i kłamstwem. Nie ma w zasadzie postaci niewinnych, bo każdy jest nie tyle skażony jakąś cywilizacją, ile sam infekuje przestrzeń dookoła siebie. Z ironicznym uśmiechem prowadzi Japonka do absurdu wykreowany przez siebie obraz wyspy Tokio (o ileż silniej uderza to w Japonię, która jest położona na wyspach, a o ile mniej oddziałuje na nas, którzy na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, że jedynie dryfujemy po bezmiarze oceanów pokrywających Ziemię). Zastanawiać powinno, na ile to wyspa powoduje przemianę fizyczną i psychiczną w człowieku, a na ile jest tylko pretekstem do metamorfoz. Innymi słowy, czy to nie sam człowiek próbuje wmówić sobie, że zmieniło go miejsce, zakrywając tym samym własne sekretne myśli i pragnienia. Bo i przecież nie wiadomo, co może się ujawnić, kiedy człowiek zrzuci z siebie pozory [s. 125].

Finał powieści wskazuje, że wszyscy uwięzieni jesteśmy w błędnym kole, które wytwarza zbiorowość, by przetrwać w możliwie nienaruszonych granicach. Owszem, dzielimy (się) słowa(mi), przestrzeń, nadajemy nazwy, wymieniamy się doświadczeniami, ale poza naszym (zbiorowym) zasięgiem pozostaje sens tego wszystkiego. Sens życia właściwy dla jednostki, nie społeczności.

(…) to jest właśnie historia krwi i łez wyspy Tokio [s. 330]

——————
* Natsuo Kirino, Wyspa Tokio, przeł. z jap. Renata Sowińska-Mitsui, Sonia Draga, Katowice 2012, s. 34. Wszystkie następne cytaty pochodzą z tego wydania i zostały umiejscowione bezpośrednio w tekście.
** Co jasne, sprawa inaczej się ma w przypadku potencjalnych dzieci urodzonych na wyspie. Wytwarzają oni swoją specyficzną społeczność, bazując na mglistych przekazach rozbitków. Innymi słowy, urodzeni na wyspie są jej częścią, nie zaś – w przeciwieństwie do rozbitków – obcymi.
*** Na końcu powieści zmieni się również przestrzeń, otwierając nową perspektywę, nową opowieść o kolejnym pokoleniu.
**** Zjawienie się Filipinek na wyspie wespół ze zbliżającym się porodem rozregulują percepcję Kiyoko. Relacjonowane przez nią wydarzenia przywodzić na myśl będą sen.
***** Co w takim razie powiedzieć o duchu Kazuko (znamienne, że każe o sobie mówić Kazu, ucinając przyrostek „-ko”, w Japonii stosowany zasadniczo w odniesieniu do kobiet i dzieci)? Jestże ironicznym pogłosem lolitomanii?

Autor: Luiza Stachura

I jeszcze zwiastun filmu, o:

Advertisements

24 thoughts on “„Wszyscy jesteśmy samotni.”* O „Wyspie Tokio” Natsuo Kirino parę myśli

  1. Tej jeszcze nie czytałam, podziwiam cie za te analizy, mnie by sie nie chciało tak dogłębnie,..
    zresztą czytając niekiedy twoje recki mam wrażenie że nawet bym nie umiała. Baaa w życiu by mi nie przyszło do głowy słowo „naówczas” ;)))

    1. Dziękuję. Chociaż aż tak dogłębne nie są – wolałabym, by były dokładniejsze, ale nie mam na tyle czasu i chęci.
      „Naówczas”? Haha, pewnie by Ci przyszło, tylko jeszcze go nie potrzebowałaś ; )

        1. Nie tyle zbyt dużo – bo Kirino w zasadzie panuje nad swoją opowieścią – ile ja spodziewałam się innego kierunku, nieco innych rozwiązań pewnych wątków (np. są tam co najmniej dwa wątki kryminalne, ale jedynie zasygnalizowane – może tak być powinno?).

          1. ok, rozumiem. Dopytywałem się, bo będę się starał przeczytać tę książkę… kiedyś. Wiadomo jak to u mnie jest ;-). Ale zaciekawiła mnie na tyle, że na pewno po nią sięgnę i wtedy chętnie porównam nasze odczucia.

          2. O, to byłoby świetnie. Mam nadzieję, że kiedyś się uda.
            Może warto później zobaczyć jeszcze film (wszak to jakaś interpretacja książki).

  2. Nie czytałam jeszcze niczego Natsuo Kirino – aż wstyd ;). Kojarzyłam ją jako autorkę kryminałów z młodocianymi prostytutkami w rolach głównych… A tu takie miłe zaskoczenie! Na 100% przeczytam. Dziękuję Ci bardzo za tę recenzję/opis!
    (A może nawet pokuszę się o oryginał? Kiedyś trzeba się przełamać…)

    1. Haha, oj, widzę, że po powrocie będziesz prawdziwym hikikomori xD” tyle że z książkami xD
      A tak na poważnie ; ) – byłoby świetnie, gdybyś przeczytała w oryginale! Z wielkim zainteresowaniem czekałabym na Twoje zdanie nt. stylu Kirino i wymowy książki. Więc koniecznie, koniecznie xD

  3. Ciekawi mnie, jak w oryginale brzmi nazwa „Przylądek Żegnajta” – wydźwięk polskiego tłumaczenia bardzo mi się spodobał. I nie pytaj, czemu, bo kompletnie tego wyjaśnić nie potrafię;)

  4. 良い年を!Wszystkiego Najlepszego w Roku Węża!!! :-)))

    Dziękuję za recenzję – bardzo ciekawa :-) A ja zawiodłem się na tej książce. Spodziewałem się głębszej analizy psychologicznej Japończyków. Przedstawia ich jako jednostki egoistyczne i mało kreatywne, w przeciwieństwie do Chińczyków, którzy są zorganizowani, pracowici i dążą do wspólnego celu. Mnie to dziwi, bo trudno odmówić Japończykom kreatywności czy zorganizowania (nawet istnieje opinia, że Japończyk jako jednostka nie istnieje). Ale może Kirino tak właśnie widzi swoje społeczeństwo… W każdym razie wydaje mi się, że w innych swoich książkach pisarka potrafiła dużo ciekawiej i dogłębniej opisać przeciętnego Japończyka, niż w tej książce.

    P.S. Nie wiedziałem, że powstał film – spróbuję go zdobyć :-)

    1. Dziękuję! Również życzę wszystkiego dobrego w nowym roku, w Roku Węża ; )
      A dla mnie ta perspektywa była ciekawa – odsłoniła japońskie społeczeństwo, wskazała na wiele ciekawych punktów (np. potrzeba jednej osoby, która by zorganizowała bezładne działanie Japończyków – niegdyś był cesarz, a po wojnie? czyż nie są takimi rozbitkami na „bezludnej” wyspie świateł?).
      Też sądzę, że stać ją na więcej.
      Hehe, przypadkowo się dowiedziałam, że powstał film. Jeśli obejrzysz, to podziel się swoimi wrażeniami xD
      Pozdrowienia!^^

  5. Hm… a mi wybitnie się ta książka nie podobała… Ale sobie z ciekawością przeczytam Twoją recenzję :-).
    Życzę wszystkiego dobrego w nowym roku ^^.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s