Być jak iberoamerykański pisarz 2. Recenzja książki „Faber” Iwony Partyki

Tekst można przeczytać na stronie bookznami.pl

 

Tekst na blogu, w związku z niedziałającym linkiem do bookznami.pl [03.08.2014]:

Literackie konkursy bywają zwodnicze. Dobór jurorów, czytelnicze preferencje recenzentów i selekcjonerów wpływają, co jasne, na decyzję o przyznaniu nagrody. Najczęściej odbiór powieści czy tomiku poezji (z rzadka do czytelniczej świadomości przedzierają się jakiekolwiek konkursy na dramat) uwarunkowany jest laudacją, zwłaszcza jeśli napisze ją tak zwany „znawca” – mniej bądź bardziej znany przeciętnemu czytelnikowi pisarz, krytyk literacki czy/i profesor uniwersytecki. To dobry chwyt marketingowy, wszak nie sposób polemizować z, przykładowo, prezesem Związku Literatów Polskich. Utwór Faber Iwony Partyki (1970), absolwentki filologii angielskiej, wygrał zorganizowany przez portal e-pisarz.org oraz Wydawnictwo Adam Marszałek konkurs na powieść. I właśnie nie kto inny jak poeta i dziennikarz, prezes ZLP, Marek Wawrzkiewicz, napisał o Faberze dość interesującą recenzję, której fragment znalazł się na okładce powieści.

Zanim o opinii prezesa ZLP, kilka słów o utworze. Opowieść o tytułowym Faberze oscyluje wokół bolesnych zmagań ze wspomnieniami i potrzebą przepracowania ważnych w życiu bohatera wydarzeń, by mógł rozpocząć nową kartę – tym razem bez oglądania się za siebie. Oto Faber (wiemy, że naprawdę ma na imię Henryk) mieszka na starym jachcie. Pewnego razu nawiedza go eteryczna dziewczyna – trudno oszacować, czy to duch, faberowa mrzonka, czy realnie istniejąca kobieta. Jednakże jej pojawienie się uruchamia lawinę wspomnień Fabera. Retrospektywne obrazy ukazują nam wyimki z dzieciństwa i wczesnej młodości mężczyzny, jego pierwsze fascynacje kobietami, erotyczne wtajemniczenia, ale także reminiscencje z obozu koncentracyjnego. Podczas dni wypełnionych dryfowaniem po wspomnieniach, dziewczyna-zjawa stopniowo decyduje się, by ujawnić swoją prawdziwą postać. Nie trudno zgadnąć, że fala wielkiej namiętności ogarnie Fabera oraz tajemniczą kobietę.

W udostępnionym fragmencie recenzji Marka Wawrzkiewicza czytamy: „Faber” to nietypowa powieść o konstrukcji szufladkowej, która wymaga od Czytelnika pewnej koncentracji. Tekst został napisany z pomysłem i konsekwentnie zrealizowany. Koncentracji, z całym szacunkiem, to wymaga Ulisses Jamesa Joyce’a czy W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, a nie krótka i mało skomplikowana powieść, zbudowana na zasadzie inwersji czasowej. Sformułowanie „konstrukcja szufladkowa” zabrzmi pewnie w odbiorze niektórych czytelników jak „szkatułkowa” (niczym z Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego), a to nic bardziej mylnego. Na dobrą sprawę poznajemy skróconą i pełną niedopowiedzeń historię trojga bohaterów (pomijam urywki życiorysu latynoskiego Mario, epizodycznej postaci): Fabera (przede wszystkim dzieciństwo, wiek młodzieńczy i seksualne inicjacje, obóz, powojenną tułaczkę), tajemniczej dziewczyny oraz wdowy Rose, która odegrała dość istotną w życiu Fabera rolę. Wyrażenie „konstrukcja szufladkowa” odnosi się zapewne do wspomnień bohatera – każde słowo kobiety-ducha wyzwala w nim chęć zajrzenia do poukładanych (zaszufladkowanych) wydarzeń z przeszłości. Jeśli tak, to Faber wcale nietypowy nie jest. Jakkolwiek pomysł zdaje się inspirujący (czy taki świeży i twórczy, to już kwestia do odrębnych rozważań, zahaczających o potencjalną nowatorskość literatury XXI wieku). Tak, zdaje się, bo autorce wyraźnie brakło sił, by nie zejść na manowce sentymentalnej i romansowej opowieści.

Następnie prezes ZLP stwierdza: Na skutek celowego mieszania miejsc, czasu, a nawet gatunków, uzyskano tajemniczy, rozchwiany i piękny klimat, podobny do tego z najlepszych utworów latynoamerykańskich. Obecność głównego bohatera w zasadzie w tle pozwala łączyć odległe zdarzenia w jedno ujęcie pamięciowe. Miejsca „Faberowe” to zasadniczo Gdynia i okolice; odbiorca, wędrując z bohaterem po pomorskim rejonie, śledzi przemiany od przedwojnia po współczesność (a dokładnie: od przedwojennego chłopięcego wspomnienia sensacyjnego występu człowieka-muchy i cyrkowej trupy, aż po kakofonię i krzykliwość XXI wieku obserwowaną przez blisko siedemdziesięcioletniego mężczyznę). W obrębie powieści pojawiają się fragmenty literatury światowej (wyimki z Gargantui i Pantagruela Françoisa Rabelaisa czy Wielkiego testamentu Françoisa Villona); nie brakuje także pastiszu litanii, czyli bełkotliwego rezultatu narkotycznych wojaży dziewczyny-zjawy. „Pięknego klimatu”, w jakiś sposób nawiązującego do choćby Gabriela Garcii Márqueza czy Ernesta Sábata, próżno szukać. Bliżej książce Iwony Partyki do Żon mojego ojca Joségo Eduarda Agualusy. Ale to zdecydowanie za mało, by tyleż wskrzesić, ile nawiązać do mitycznej kreacji przestrzeni z najlepszych dzieł zaliczanych do literatury iberoamerykańskiej.

Faber jest całkiem dobrze, poprawnie napisaną powieścią obyczajową, w której musiała znaleźć się garść metafor mało wyrafinowanych (czego przykładem: wspominanie jako nizanie paciorków na sznurek, praca myśli niczym jadąca pod górę dorożka, przywoływanie wyrazów jak cedzenie makaronu) czy wreszcie trochę wulgaryzmów średnio przystających do stylu narracji. I nic więcej. Elektryzujące dla niektórych czytelników mogą okazać się co najwyżej sceny seksu czy perwersyjne wręcz umiłowanie kobiet przez Fabera. Ale tym gorzej, że autorka zestawia je ze wspomnieniami obozowymi bohatera, czyniąc z całości eklektyczną historię.

Tak, Faber miał rację, gdy mówił swej ukochanej: Nie, nie bój się. To nie będzie kolejna wojenna opowieść o śmierci i zabijaniu. [s. 17] Powieść Partyki dąży bowiem do ckliwego romansu z wojną w tle. Potencjał całkiem ciekawego pomysłu nie został wykorzystany. Niestety.

——————

Iwona Partyka, Faber, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2012.

Autor: Luiza Stachura

Advertisements

3 thoughts on “Być jak iberoamerykański pisarz 2. Recenzja książki „Faber” Iwony Partyki

  1. Kiedyś się zastanawiałam (ale nie doszłam do żadnego konstruktywnego wniosku), czy możliwy jest w ogóle obiektywizm w badaniach nad literaturą. Akt czytania jest tak bardzo jednostkowy, subiektywny. Dwa skrajne przykłady.
    1. Wielka literatura. Wielka literatura zazwyczaj jest w jakiś sposób wielka. A co w sytuacji, kiedy w naszym odbiorze nic wielkiego sobą nie reprezentuje? Wydaje się pusta? Bełkotliwa? Czy należy ugiąć się pod naporem znawców, kanonów, opracowań historycznoliterackich i uznać ją za wielką? Czy trwać przy swoim „e tam”?
    2. Mała literatura. Czasem czytam utwory mniejszego kalibru i zdaję sobie sprawę z ich niedoskonałości, ale nie odbiera mi to wcale przyjemności czytania. Czasem dobrze się zanurzyć w jakiejś narracji, czasem coś mimowolnie przykuwa uwagę. Różnie. I teraz – jak to porównywać? Wypracowałam sobie taką podręczną teorię, że są to bardzo różne światy, odległe. Trudno porównywać, dajmy na to, nagietek z telewizorem. Możemy jedynie bazować na swoich osobistych wrażeniach, swojej osobistej wrażliwości na literaturę.

    I na przykład w takich konkursach literackich – jak się ocenia prace? Czy to nie przypadkiem taka loteria odczuć jurorów?

    Tak się tylko chciałam podzielić różnymi rozgałęziającymi się myślami na marginesie Twego tekstu. Nie musisz się do nich ustosunkowywać, pytania możesz uznać za retoryczne :)

    I bardzo mi się podoba zdanie: „Koncentracji, z całym szacunkiem, to wymaga Ulisses Jamesa Joyce’a […]”. Bardzo ;)

    1. Obiektywizm, mówisz. Chyba nie. Chyba.
      Bardzo słuszne pytania i przykłady – dziękuję za to! Nie wiem, czy znalazłabym na te pytania jednoznaczną odpowiedź. Pewnie byłaby chwilowa i ulotna. Ale przed tymi zagadnieniami i problemami musi stanąć każdy czytelnik, a zwłaszcza ten, który mniej bądź bardziej profesjonalnie zajmuje się literaturą.
      Bo to są (poniekąd) odrębne światy (chociaż nie do końca autonomiczne) – tak jak czytelnicy o innej, hm, wrażliwości? potrzebie estetycznej? potrzebie emocjonalnej? sięgają często po zupełnie inne dzieła – raz z literatury tzw. „wysokiej”, innym razem z popkultury. Ale jak oceniać te dzieła, jakimi kryteriami się posługiwać? Nie wiem, czy jest na to jednoznaczna odpowiedź. To znaczy – jeśli chce się prowadzić dyskusję „profesjonalną”, to jednak potrzeba znaleźć pewien punkt odniesienia. Ale jeśli chce się być czytelnikiem-interpretatorem, który spotyka innego czytelnika-interpretatora, to… nie mam pojęcia.
      Zawsze mnie interesowało, jak się ocenia prace konkursowe. Może kiedyś jakiś juror podzieli się szerzej swoimi spostrzeżeniami – byłoby to ciekawe.
      Hehe, dziękuję ; )

  2. Do konkursów to trzeba mieć zdrowy dystans, w końcu to nie zawody sportowe, gdzie każdy widzi kto przybiegł pierwszy, kto wyżej skoczył, czy też kto dalej pchnął kulą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s