Percepcja zaburzona. „Opowiadania nowojorskie” Henry’ego Jamesa

Tekst można (było) przeczytać na stronie bookznami.pl

[Bezpośrednio na blogu od 14.04.2013]

.– Dobrze ci tak mówić, ty nic nie czytasz.
– Nie mam kiedy (…) ale lubię rozmowy o literaturze. To wielka oszczędność czasu poznawać ją w ten sposób.

.

Henry James, Opowiadania nowojorskie, z przedmową Colma Tóibína, przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska, W.A.B., Warszawa 2012, s. 417.

W 2005 roku ukazał się wybór opowiadań z lat 1868-1910 Henry’ego Jamesa, obejmujący wyłącznie utwory związane z Nowym Jorkiem. Niedawno zbiór opublikowało w Polsce Wydawnictwo W.A.B. w serii „Nowy Kanon”, z zachowaniem przedmowy irlandzkiego pisarza i krytyka Colma Tóibína, który omawia poszczególne opowiadania, rozszerzając rozważania nad pisarstwem Jamesa także o dzieła niezamieszczone w niniejszej publikacji. Czytaj dalej

Królestwo snów. Słów kilka o „Pałacu lodowym” Tarjei Vesaasa

Trudno odgadnąć, co jest prawdą, co zaś urojeniem.*

Celem wyprawy eksploratorów przestrzeni jest baśniowy pałac. Iluzja kryje się w realności, w autentycznym świecie, a nie w sztucznych tworach i misternych konstrukcjach umysłu. W wyniku silnych mrozów wodospad uległ sile lodu i zamarł w chwilowym bezruchu, w oczekiwaniu na cieplejsze światło. Lodowe korytarze, wyrosłe niczym odgałęzienia drzewa, wabią i kuszą niebacznych gości. Wejść w pułapkę pięknego labiryntu łatwo. Jedynym wyjściem zdaje się… Ale nie. Lepiej nie wypowiadać na głos. To tabu.

Zdumiewająco baśniowa okrutna historia o inicjacji w dorosłość i śmierć, Pałac lodowy norweskiego pisarza Tarjei Vasaasa (1897-1970), zachwyca. I przeraża. Doskonała proza (poetycka) – oszczędna, magiczna (jakkolwiek realistyczna), zbudowana na bazie inwersji. W opowieści o jedenastolatce czas teraźniejszy przełamuje się z przeszłym, zmierzając w kierunku praesens historicum. Różne formy narracji wybiera Vesaas. Dominuje mowa pozornie zależna, ale optyka zmienia się jak w kalejdoskopie – Siss, Unn, gromada (mieszkańcy wioski) i ptak. Ale gdzieś za licznymi zaimkami skrywa się ten, który tyleż opowiada, ile dobiera kadry i scenki, a później dokonuje pełnych niedopowiedzeń podpisów pod poszczególnymi odsłonami (prześwitami) opowieści – jak w przypadku ilustracji w książkach dla dzieci. Niekiedy przywodzi to na myśl zabawę w pytania i odpowiedzi; swego rodzaju wymianę słów, ale jakby jedna osoba prowadziła konwersację sama ze sobą (dialog duszy i ciała?, dialog światła i mroku?, dialog życia i śmierci?). W przypadku utworu Vesaasa podział na trzy części-akty (a w obrębie każdej z nich występują swoiste obrazki, sceny, bo przecież trudno nazwać je rozdziałami) jest przemyślany i doskonale porządkuje strukturę (arcy)dzieła Norwega. Czytaj dalej

Witamy w świecie zdominowanym przez socjotechnikę. „Rant” Chucka Palahniuka

(…) rzeczywistość jest czymś, co można dowolnie kształtować. (…) Jeśli wystarczająco wiele osób uwierzy w kłamstwo, kłamstwo przestaje być kłamstwem.[1]

Czy chwilami żałujesz, że się urodziłeś? [s. 5] Takie pytanie otwiera księgę pamiątkową Ranta, czyli kolaż wypowiedzi znajomych i nieznajomych legendarnego Ranta, perwersyjnego mężczyzny, który zamieszał w życiu nie tylko mieszkańców prowincjonalnego Middleton, ale także bywalców w wielkim, podzielonym na strefę dzienną i nocną, mieście. Jego wizerunek został szybko zmultiplikowany i przetworzony w zależności od potrzeb. Jest antybohaterem, złem wcielonym, demonem, kontestatorem, buntownikiem, wyzwolicielem. Idealną pałubą – można nim straszyć, wzbudzić niezdrową fascynację, przyciągnąć i oczarować czy wreszcie zrzucić odpowiedzialność za wszelkie zło tego świata, a tym samym (paradoksalnie) uczynić z niego dla jednych męczennika i piewcę prawdy, swoistego proroka, dla drugich zaś pretekst do wprowadzenia rygorystycznego i restrykcyjnego prawa, pociągającego za sobą pacyfikację jednostek niepokornych i niewygodnych.

Ale. Rant jest fikcją.
Prawda?

„Rrhant!”, czyli jak z arcydzieła rodziców stać się miejscowym produktem

Rant tak naprawdę (naprawdę?) nazywa się Buster Landru Casey. W ciągu swojego krótkiego życia zyskał wiele przezwisk,[2] wśród których poczesne miejsce zajmuje Rant (genezy nie zdradzę, żeby nie popsuć obrzydliwej zabawy Palahniuka). Irene urodziła go, gdy miała czternaście lat. Ojciec Ranta odegra swoją rolę w decydującej części utworu – makabrycznym żarcie. Jak prawie każde dziecko, młody Casey miał być wymuskanym arcydziełem rodziców, ich udoskonaloną kopią (co już samo w sobie jest sprzecznością). Nad jego łóż(ecz)kiem Irene przykleiła gwiazdeczki,[3] które w ciemnym pokoju rozświetlały mrok. Nie przewidziała, że Rant stworzy alternatywny, negatywowy nieboskłon na ścianie – nie pytaj, co było surowcem rantowych czarnych punkcików. Od tej pamiętnej chwili, kiedy Irene dokonała odkrycia na ścianie, synuś z aniołka przeobraził się w jej oczach w potworka. A niedługo później staruszki z rodziny Caseyów zaczęły umierać w dwuznacznych okolicznościach… Czytaj dalej

Wtajemniczeni(e). Recenzja „Kalahari” Wojciecha Albińskiego

Tekst można (było) przeczytać na stronie bookznami.pl

[Bezpośrednio na blogu od 01.05.2013]

Afrykański kontynent, symboliczne miejsce spotkania „białego” z „czarnym”, inspiruje i przyciąga w dużej mierze tych, którzy upatrują w nim źródeł atawistycznej, nienasyconej przyjemności cielesnej, krwawych rytuałów, mistycznych doznań. Żądni przygód z pogranicza grzechu i świętości, wybierają się w głąb rozżarzonego lądu. Ale oczekiwania nie zostają spełnione. Iluzja pryska. Pozostaje bieda, głód, wyzysk, gwałt i przemoc. Tak, Kalahari Wojciecha Albińskiego nie tyle odziera Afrykę z mityczności i z conradowskiego jądra ciemności, ile zmusza do rewizji naszych wyobrażeń – tak by móc spojrzeć na Czarny Ląd bez uprzedzeń i bez wielkich oczekiwań.

Za debiutancki zbiór opowiadań Kalahari (2003) polski podróżnik Wojciech Albiński otrzymał Nagrodę Literacką im. Józefa Mackiewicza, książkę nominowano również do Nagrody NIKE. Wznowiona właśnie przez Wydawnictwo W.A.B. publikacja dzieli się na cztery części. Czytaj dalej

Fińska literatura w języku fińskim. Słowo o „Siedmiu braciach” Aleksisa Kiviego

Urodziłem się po to, by stać się biednym wędrowcem ziemskim. Czyż nie mogłem ujrzeć światła dziennego po młodziutką sosną jako mały zajączek?[1]

A gdyby tak do XIX wieku polska literatura powstawała wyłącznie w języku łacińskim? I gdyby Adam Mickiewicz swoje dzieła jedynie w tymże pięknym języku tworzył? Aż strach (?) pomyśleć, jak wyglądałaby dzisiejsza rodzima literatura. Finowie doczekali się dopiero w XIX wieku narodowej literatury w języku fińskim, a wiązało się to z położeniem geograficznym i uwikłaniami historycznymi (od około XII wieku Szwedzi zaczęli coraz intensywniej przejmować fińskie przestrzenie) – szersze rozważania na ten temat odnajdziemy w świetnym posłowiu Wilhelma Szewczyka do powieści Aleksisa Kiviego, Siedmiu braci. Kivi (a właściwie Alexis Stenvall), jeden z pierwszych pisarzy tworzących w języku fińskim, przyszedł na świat 10 października 1834 roku w Nurmijärvi. Jego ojciec, ubogi krawiec, dostrzegłszy talent syna, wysłał go do Helsinek, gdzie zdany na siebie Kivi ukojenie i wyzwolenie (głównie z biedy i alkoholowych eskapad) odnalazł w literaturze. Burzliwe życie (długi, fizyczne niedomagania, oznaki obłędu – żeby wymienić tylko kilka punktów granicznych) Fina mogłoby posłużyć za inspirację do niejednej powieści czy dramatu. Umarł w biedzie, ostatniego dnia 1872 roku.

Poza jedenastoma utworami dramatycznym i zbiorem poezji pozostała po Kivim jedna powieść – Siedmiu braci, nad którą pracował w początkach lat 60. XIX wieku, a rękopis zaprezentował Fińskiemu Towarzystwu Literackiemu w 1869 roku; opublikowano ją rok później. Należy podkreślić, że wydanie Siedmiu braci jest symbolicznym punktem, od którego rozpoczyna się fińska literatura w języku fińskim.[2] Czytaj dalej

Tygrys wychodzi z kryjówki. O „Sercu Tygrysicy” Aisling Juanjuan Shen

Tekst można (było) przeczytać na stronie PapieroweMyśli.pl

[Bezpośrednio na blogu od 05.03.2020]

Kamień nigdy nie zakwitnie, bez względu na to, jak często będzie się go podlewać. [s. 254]

Autobiografie bywają dla czytelników elektryzującą i fascynującą podróżą w głąb cudzego życia. Podczas czytania „intymistyki” z trudem ujarzmiana na co dzień chęć podglądania i podsłuchiwania zostaje chwilowo zaspokojona. Niedyskretni obserwatorzy z lubością zanurzają się zwłaszcza w historiach tragicznych, w których bohaterowie muszą zmagać się z przeciwnościami losu, by na końcu powtórzyć magiczne zaklęcie, że jeśli ma się wystarczająco sił i samozaparcia, to można osiągnąć niemalże wszystko. A już na pewno odnieść sukces finansowy. Miłość? Miłość kiedyś się zjawi. Kiedyś… Czytaj dalej

Wyci(na)nki. Na marginesie książki „Moreny” Lauriego Viity

Niech będzie błogosławiony czas, który przemija niepowstrzymanie.*

Nawet nie tyle miasto Tampere, ile jedną z jego dzielnic – rodzinną Pispalę, Lauri Viita (1916-1965), fiński prozaik i poeta, utrwalił w przełożonej na język polski (o)powieści Moreny (wydane w roku 1950; polskie tłumaczenie ukazało się dwie dekady później). Daleko Finowi do mitologizowania Pispali – robotniczej dzielnicy, której wygląd wyznaczają przede wszystkim drewniane domki. Wręcz przeciwnie, dokonuje wyboru kilkudziesięciu scen z życia rodziny Nieminenów, mieszkańców dzielnicy. Dzieje Nieminenów stanowią właściwie pretekst do utrwalenia swego rodzaju kolonizacji morenowych grzbietów, czyli rozrostu robotniczej części Tampere. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że na tym Viita poprzestaje.

W (o)powieści Fina co jakiś czas rozbłyskają kolejne kręgi tematyczne i, jak przystało na promienie rozchodzące się z centrum-tematu, przenikają niepostrzeżenie do życia codziennego bohaterów. Doskonale dopasowane do narracji, dla nie dość uważnego czytelnika mogą zaniknąć tak szybko, jak się zjawiły. Innymi słowy, może się wydawać, że Viita podnosi z ziemi, ogląda i rozrzuca wokół siebie tematyczne „błyski”. Podskórnie drążą one swoje własne ścieżki. Czasami wydostają się na światło, przeważnie pokątnie przebijają się w snach, w strzępkach rozmów – wszędzie tam, gdzie ścierają się różne poglądy i stanowiska. Różne głosy. Czytaj dalej

„No, matrix rewolucja!” Recenzja „Zatrutych piór. Antologii kryminału”

Tekst można przeczytać na stronie bookznami.pl

[Bezpośrednio na blogu od 27.04.2013]

Stopniowo przyzwyczajamy się, jako czytelnicy, do nieustannych rekonfiguracji oraz redefinicji pojęć z dziedziny (nie tylko) literaturoznawstwa. Ów gest, o nieco dekonstrukcjonistycznym, a nieco kontestatorskim zabarwieniu, o tyle jest potrzebny dla kreatywnego poszukiwania nowych środków mówienia o rzeczywistości, o ile się nie wymyka i nie prowadzi do chaosu. Innymi słowy, pojęcia takie jak choćby „kryminał” czy „thriller” zatraciły współcześnie ostre granice. Wszystko może być kryminałem, a jest nim zwłaszcza wtedy, gdy wykracza poza schemat fabularny. Czy na pewno?

„Zbrodnia w jedenastu odsłonach” – kusi wydawca Zatrutych piór. Antologii kryminału. Zbrodnia, owszem, jakaś jest. Motywem przewodnim ma być zemsta, a że to pojęcie szerokie, autorzy serwują rozmaite historie i historyjki dotyczące mniej bądź bardziej krwawych i wyrafinowanych porachunków. Ale dobrych kryminałów – wśród jedenastu utworów – niewiele. Czytaj dalej

Mistyfikacje. Chwilę o „Pejzażu w kolorze sepii” Kazuo Ishiguro

(…) powoli można przywyknąć do rzeczy najbardziej wstrząsających.*

Preludium

Z odłamków przeszłości, okruchów wspomnień nieco przez upływ czasu wyblakłych, zamazanych i niejasnych pamięć konstruuje swoją prawdę. Czasami trauma jest zbyt wielka, czasami trzeba oddalić od siebie ostrze winy, znaleźć stosowną ofiarę, poświęcić prawdę w imię własnej prawdy i przywdziać maskę niewinnej istoty, by móc spokojnie rozpocząć kolejny dzień. Każde słowo przeszłości rani. Ale wspominanie jest silniejsze niż pragnienie ciszy. W snach przegląda się demoniczne stworzenie.

Kazuo Ishiguro (1954), brytyjski pisarz japońskiego pochodzenia, część swoich powieści poświęcił Japonii wyśnionej, skonstruowanej z własnych wyobrażeń i reminiscencyjnych obrazów. Zadziwiający, niepokojący i zachwycający jest jego (literacki) Kraj Wschodzącego Słońca. Ulotna, pełna wieloznaczności i niedopowiedzeń przestrzeń. Ishiguro zadebiutował w 1982 roku powieścią Pejzaż w kolorze sepii – doskonałą, ba! mistrzowsko poprowadzoną opowieścią o mistyfikacji, maskowaniu i mechanizmie wyparcia. Starzejącą się Etsuko, Japonkę mieszkającą od lat w Anglii, odwiedza córka Niki. Wizyta dziecka staje się dla kobiety impulsem czy raczej jednym z pretekstów do przywołania wspomnień związanych z powojenną Japonią. Przeszłość, znalazłszy lukę w murze codzienności, zacznie przekradać się do teraźniejszości, załamując strukturę linearną, zaburzając odbiór rzeczywistości. Opowieść Etsuko pozornie dotyczy tylko trzech punktów-wydarzeń (dwóch sprzed lat i jednego współczesnego). Czwartym, głęboko ukrytym, będzie niewypowiedziana prawda, jakkolwiek podskórnie wyczuwana i przy finale nieco wyraźniej zaznaczona, gdy jedna z masek niebacznie się przekrzywi. Czytaj dalej