Ogród Virginii. O „Nawiedzonym domu. Opowiadaniach zebranych” Virginii Woolf

Tekst można przeczytać na stronie bookznami.pl

.

.

Mowa to stara podarta sieć, z której ryby uciekają, kiedy tylko się ją zarzuci. Być może lepsze jest milczenie. Spróbujmy.

.

Virginia Woolf, Wieczorne przyjęcie, [w:] tejże, Nawiedzony dom. Opowiadania zebrane, przeł. Magda Heydel, WL, Kraków, s. 144.

Z racji, że (chwilowo?) stara strona bookznami.pl nie działa, zamieszczam tekst na blogu [27.04.2013]

 

Zmysłowo i subtelnie szkicuje wokół siebie (poza)literacką przestrzeń Virginia Woolf – jedna z najważniejszych dwudziestowiecznych pisarek. Gdy czytelnik tylko przekroczy pierwsze słowa opowiadań Angielki, znajdzie się w środku krainy neurotycznej, nadwrażliwej osobliwości, w ogrodzie rozkoszy i katuszy, gdzie przebiega płynna granica między zdrowiem a szaleństwem. Ostrożnie.

Opowiadania Woolf, w polskim wydaniu, ułożone zostały chronologicznie, jakkolwiek podzielono je na cztery części. Pierwsza z nich grupuje teksty powstałe przed 1917 rokiem, kolejna prezentuje utwory z lat 1917-1921, trzecia – z lat 1922-1925, zaś ostatnia gromadzi opowiadania powstałe między 1926 a 1941 rokiem. Podział, zdawałoby się, błahy, w efekcie uwypukla przemiany tyleż w tematyce, ile przede wszystkim w stylu pisania Angielki. Spośród kluczowych motywów w pisarstwie Woolf wymieńmy kilka najczęściej pojawiających się w krótkich formach prozatorskich, a oscylujących wokół przepływu i cykliczności – będą to: czas, fale (i woda), świt i zmierzch (dzień i noc, światło-ciemność, ale światło specyficzne, bo z latarni), ślad, przeszłość czy wreszcie lustro-odbicie (w tym: świat zjaw, kreacja, multiplikacja przestrzeni – wszak lustro odbite w lustrze to swego rodzaju przestrzeń w przestrzeni w przestrzeni…). Na takim stelażu rozbuduje pisarka literacką część swojego wewnętrznego ogrodu.

Pierwsza odsłona opowiadań Woolf to praca nad konstrukcją literackich światów. Pojawiają się nader często zabiegi metafikcyjne, autotematyzm (próby wyłonienia oraz późniejszego ukrycia narratorki-lalkarki w strukturze dzieła czy narracyjne problemy i gesty kreacyjne opowiadaczki-demiurga, które to elementy, co ciekawe, odnajdziemy też w Trybach Magdaleny Tulli), ale przede wszystkim portrety psychologiczne kobiet (nieco w stylu Dublińczyków Jamesa Joyce’a), zmierzające w kierunku studium kobiecej psychiki. Mężczyźni z czasem dopiero pojawią się w utworach Woolf, lecz nieustannie będą gośćmi, niekiedy intruzami. Teatralizację przestrzeni zewnętrznej – podkładanie bohater(k)om odpowiednich rekwizytów, stosownych strojów – skontrastuje autorka z wewnętrznym światem postaci. Tematyka wczesnych opowiadań oscyluje wokół zamążpójścia, dorastania młodej dziewczyny do roli kobiety-matki, kobiety-żony, jakkolwiek głęboko w duszy buntującej się przeciwko narzuconym konwenansom społecznym. Później do tego zestawu dołączy zazdrość, zawiść, a uroda i moda zderzy autorka z intelektualnym rozwojem i pragnieniem czegoś więcej niż atrakcyjna powierzchowność. Wszystko to poprowadzi w finale do daremnych poszukiwań przez bohaterki (często alter ego Woolf) szczęścia.

Lata 1917-1921 przynoszą sporo miniatur literackich, obrazków z życia, rejestrujących chwile ulotne, jednostkowe. Pojawiają się postacie, które czarują przestrzeń, przyczyniają się do jej mityzacji. Narratorki w poszczególnych utworach przeglądają się w twarzach napotkanych ludzi – usiłują między innymi odcyfrować potencjalne historie zapisane w rysach i mimice – nie unikają tworzenia w myślach nigdy niespisanych (o)powieści. W zamieszczonych w tej części utworach styl autorki wyraźnie kieruje się w stronę mniej lub bardziej rozbudowanych eseistycznych obrazów, bowiem wyostrzona samoświadomość opowiadaczki wymaga nieustannego analizowania przepływających przed oczami i w umyśle fragmentów świata. Sprzyja to dygresyjności, tworzeniu opowieści szkatułkowych (jedna historia wyrasta niepostrzeżenie z drugiej, żadna nie posiada jednak definitywnego końca), wprowadzeniu specyficznego humoru (ironicznego, gorzkiego) i suspensów, a w efekcie powstaniu prozy kontemplacyjnej, wyśnionej, onirycznej. Narratorka wywołuje senne widziadła oraz duchy z mroków przeszłości; nie reżyseruje jednak teatru cieni, ale go podgląda, podsłuchuje i rejestruje urywki. Tym samym jej opowiadania, chociaż pozornie przejrzyste, jawiące się jako impresyjne kolaże-montaże, oślepiają mocnymi, intensywnymi barwami (zwłaszcza żółtym, czerwonym, niebieskim, zielonym; jak dla mnie, bardzo witkiewiczowskimi kolorami) tworzącymi misternie złożone mozaiki. Jednakże prześwity między poszczególnymi kamyczkami mozaiki drąży kropla szaleństwa, która z czasem zdominuje dzieło.

Nie ma rzeczy dziwniejszej niż stosunki międzyludzkie (…) z powodu ich zmienności, ich niesłychanej irracjonalności (…) [s. 303]

W pierwszej i drugiej części opowiadań Woolf widoczne są już elementy strumienia świadomości, ale najlepiej dostrzegalne wprawki do nowej techniki będą dopiero w trzeciej odsłonie utworów. Większość bowiem bohaterów opowiadań z lat 1922-1925 związana jest w mniejszym bądź większym stopniu z Klarysą Dalloway. Sporo utworów to scenki z przyjęcia u Klarysy – my, niedyskretni czytelnicy, przysłuchujemy się temu, co mówią i co myślą bohaterowie „chwil istnienia”, ulotnych kadrów. Subtelnie autorka obnaża dysonans między ukrytym (myśl) a ujawnianym (słowo wypowiedziane, gest). Większość postaci to samotnicy, poszukujący własnej indywidualnej przestrzeni, gdzie nie trzeba grać, udawać kogoś, kim się nie jest i nie będzie. Natomiast każda rozmowa we dwoje zamienia się w substytut komunikacji, w której istotną funkcję pełnią pozory. „Razem” znaczy „osobno” – wszyscy przebywają we własnym świecie, myślą o czymś innym, ale pod wpływem presji (społecznej?), bliżej nieokreślonego imperatywu, decydują się na podjęcie niby-dialogu. Woolf zdaje się powątpiewać, czy autentycznie i bez obustronnej straty można przekroczyć fałsz i grę w stosunkach międzyludzkich. Tym samym jej bohaterowie żyją intensywnie jedynie w myślach, w samotności. Przy drugim człowieku czują się zagubieni, obawiają się ośmieszenia, pogardliwych uwag i komentarzy, przywdziewają zatem odpowiednią maskę, by móc udawać. Mylnie odczytują sygnały, kompletnie nie rozumieją innych, toteż w efekcie postrzegają siebie nawzajem jako dynamiczne obrazy. Innymi słowy, reifikują pozostałych ludzi, uproszczają świat zewnętrzny, by dotrzeć do prawdziwych, niezafałszowanych siebie wewnątrz własnego umysłu.

Na marginesie międzyludzkich stosunków w opowiadaniach Woolf warto zwrócić uwagę na nieustanne przeciwstawianie przez autorkę kobiet i mężczyzn. Krytykuje Woolf współczesną sobie sztukę. Sztukę mężczyzn. Bohaterki Angielki zastanawiają się, czy kobiecy umysł rzeczywiście jest mniejszy niż męski, skoro to one – kobiety – wydały (stworzyły!) na świat i wychowały tych wybitnych, czczonych i oklaskiwanych. Wbrew jednak pozorom autorka nie jest przekonana o niewiarygodnych umiejętnościach kobiet w dziedzinie artystycznej czy naukowej. Jak w przypadku mężczyzn, pojawiają się kobiety wybitne – intelektualistki, artystki. Nie każda i nie każdy posiada talent oraz odpowiednie predyspozycje, ale płeć nie powinna stanowić pierwszego kryterium wykluczającego. Zadania kobiety nie mogą ograniczać się tylko do wielbić, ozdabiać i upiększać.

(…) bo przecież nic nie znika bez śladu, a pamięć to światełko, które tańczy w umyśle, kiedy rzeczywistość zostaje już pogrzebana (…) [s. 407]

Penetracja ludzkiej natury (zwłaszcza kobiecej) z czasem ustąpi eksploracji intymnego świata jednej kobiety – Virginii Woolf. Zwiastuny tego widzimy we wcześniejszych utworach, gdy umysł zaczyna płatać figle. Wyobraźnia (choroba?) każe widzieć w przedmiotach codziennego użytku rzeczy magiczne, głęboko ukryte przed przypadkowymi spojrzeniami. Niepostrzeżenie, bezszelestnie autorka dokonuje przeprowadzki ze świata rzeczywistego do świata pozazmysłowego, iluzorycznego. Życie przeszłością, we śnie, w literaturze, poza teraźniejszością, to próba wytworzenia takiej przestrzeni, w której niespokojny duch odnajdzie chwilę ciszy do kontemplacji. Kreacja własnego świata jest jednak nieustannie bombardowana, niszczona i zawłaszczana przez innych – inni (a wraz z nimi „tu i teraz”) wdzierają się siłą do osobistej przestrzeni. Ostatnie opowiadania to zapis rozszczepienia osobowości (twórczej) i rozpadu kruchej psychiki.

Nawiedzony dom. Opowiadania zebrane to pasjonująca, ale niebezpieczna podróż do świata wytworzonego w umyśle ponadprzeciętnym, niepogodzonym z percypowaną na co dzień rzeczywistością. Miniatury, mistyfikacje esejów, zapiski z eksploracji przestrzeni samotności i niezrozumienia są (nie tylko) literacko zachwycającym uchwyceniem ulotnego, efemerycznego świata.

Virginia Woolf, Nawiedzony dom. Opowiadania zebrane, przeł. Magda Heydel, WL, Kraków 2012.

Autor: Luiza Stachura

Reklamy

8 thoughts on “Ogród Virginii. O „Nawiedzonym domu. Opowiadaniach zebranych” Virginii Woolf

  1. Luizo,

    Virginia Woolf… Pozostaje w pamięci. Najwięcej czytałam jej, kiedy kończyłam szkołę i zaczynałam studia. Mnie do jej twórczości właśnie przyciągałą ta samotność i niezrozumienie, ta ulotność, którą potrafi uchwycić. W 2005 roku nawet napisałam taki krótki tekst odnoszący się do tego, co ona pisała o „własnym pokoju”, taka moja prywatna rozmowa z Virginią, i taką pozostanie bo tekstu nigdy nie upubliczniłam i nie mam tego w planach.
    Fajnie, że pojawiła się Twoja recenzja jej opowiadań, bo dzięki temu przypomniałam sobie, jak dawno nie czytałam Virginii Woolf;-)
    PozdrawiaM

    1. Hm, ale to tak jest, że każdy wybiera swoich pisarzy (czy też pisarze wybierają swoich czytelników).
      To nie do końca moja pisarka. Nie wiem, czy kiedykolwiek będzie dla mnie taką pisarką jak np. Joyce. Albo czy ja będę dla niej odpowiedniejszą czytelniczką.
      Prywatna rozmowa z artystą, to jasne, do druku/upublicznienia nie jest przeznaczona. Rozumiem to.
      Cała przyjemność po mojej stronie ; ) Może też coś o Woolf napiszesz. Byłoby interesująco.

      1. Oczywiście, że nie każdy pisarz jest dla każdego, tak, jak i nie każdy jest odpowiednim czytelnikiem dla każdego pisarza.
        Patrząc na to, co lubię w literaturze, to raczej wymieniam ulubione książki, opowiadania, eseje, etc. Z Virginią Woolf jest jednak tak, że dociera do mojej wrażliwości czytelniczej i wrażliwości jako jednostki, osoby obecna w jej tekstach samotność. Pamiętam, że lubiłam czytać jakiś fragment z jej tekstów, po to tylko, aby podejrzeć jak ona podgląda i widzi świat.
        A co do tekstu o niej. Wiesz, w sumie czemu nie. Postaram sobie przypomnieć jakiś tekst i napisać kilka słów – ale raczej będą to luźne refleksje.
        PozdrawiaM

      2. A tak, konkretne książki czasami silniej oddziałują niż w ogóle twórczość (mniej czy bardziej konsekwentna) pisarza/pisarki. Jasne.
        Taki tekst byłby ciekawą próbą spojrzenia na wybrane aspekty pisarstwa Woolf albo tego, co jej twórczość „robi” z odbiorcą, czyli z Tobą.

  2. Ja pierwsze spotkanie z Woolf mam wciąż przed sobą. Jej kruchość zawsze mnie przerażała. Teraz nabyłam ten zbiór opowiadań (podoba mi się w ogóle inicjatywa Prószyńskiego z wydawaniem pism Kisiela, a teraz jeszcze Virginia) i dam znać po lekturze. Woolf należy do tych nazwisk, które wypada doświadczyć na własnej skórze.

    1. Ta kruchość jest taka… paradoksalna. Przynajmniej dla mnie. Kryje się za tym jakaś siła niepojęta. Konsekwencja.
      O, świetnie – jestem ciekawa, jak odbierzesz opowiadania Woolf. Może one zmotywują do poznania powieści. Dobre stwierdzenie – „doświadczyć na własnej skórze”. Tak. Pasuje do Woolf (i nie tylko).

      Otóż to! Inicjatywa Prószyńskiego jest świetna. Podziwiam i trzymam kciuki, coby udało się wydać realnie „Całego Kisiela”. I oby więcej takich planów wydawniczych było w kolejnych latach xD

  3. Dawkuję powoli opowiadania, jestem mniej więcej w połowie. Zdecydowanie nie jest to moja autorka, choć kunszt ma psychodeliczny i trudny do zapomnienia. Trochę egzotyczny z punktu widzenia współczesnego czytelnika europejskiego jest problem „wyzwolenia” kobiet z ról pań domu (nie lubię tego drobiowego określenia), ale przecież ważny i wart przypominania. Dla wielbicieli kobiecych świadomości i podświadomości niesamowite doznanie – ja się do takich nie zaliczam, stąd osąd „nie-dla-mnie” ;) Wydanie solidne, choć grzbiet jakiś taki „miętki”.

    1. Bo powoli najlepiej. Stopniowo wchodzić do ogrodu Virginii ; ) Mnie się zwłaszcza jej wczesne utwory spodobały. Później – niekoniecznie moja bajka, ale to silna osobowość i tak – trudne do zapomnienia.
      Hehe, rozumiem xD
      A bo teraz takie robią oprawy – niby twarda, ale jak zaczniesz czytać, to nagle… eee? ; )

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s