Teatr cieni. Na marginesach „Absalomie, Absalomie…” Williama Faulknera

Może nic nigdy nie zdarza się tylko raz i nic nigdy nie jest ostatecznie skończone.*

Wiele głosów przybyło na sabat duchów, by odśpiewać kolejny raz pieśń o miłości, zemście i śmierci. Niebaczni, którzy – ukryci w cieniu wistarii – przyszli podsłuchać. Złapani w misternie uplecioną sieć, zostaną wciągnięci w głąb teatru upiorów, zaprzęgnięci w tryb wiecznego odtwarzania taśm(y) przeszłości. Aż do obłędu… aż do obłędu…

Bohaterowie Absalomie, Absalomie… są pacynkami wyciąganymi z worka tylko w jednym celu – by mogły odegrać określoną rolę na podświetlonej scenie świadomości. Innymi słowy, są jedynie pretekstem dla perwersyjnej przyjemności płynącej z tyleż opowiadania o innych, ile do-powiadania, do-pisywania (nad-pisywania?) losów cieni. Rosa Coldfield (z perspektywy czytelnika katalizatorka, w rzeczywistości – trybik w machinie Fatum) wzywa do siebie Quentina, wnuka generała Compsona, by młodzieniec wypowiedział na głos to, co słyszał od dziecka o pułkowniku Sutpenie (wszak dziadek młodego mężczyzny był jedynym w zasadzie przyjacielem Sutpena). Faulkner zwodzi na manowce – to, co miało okazać się oczywistym stelażem historii, rozpada się na kawałki, nie tylko pod wpływem lingwistycznych gier, ale przede wszystkim konstrukcji poszczególnych postaci (w tym narratorów). Quentin jest jak pusty pokój, oczyszczona scena, na której mogą pojawić się upiory żywiące się słowami, odradzające się dopiero w nieustającym potoku opowieści. Zdaje się Quentin medium między światem widm a przestrzenią żyjących. Jego słowa przywołują i konstytuują fantomowe niby-ciała tych, co niegdyś zamieszkiwali Setkę Sutpena – posępne wspaniałe zamczysko pułkownika Sutpena, siedlisko atawistycznych męskich rozrywek.

(…) człowiek wywiera sobą takie małe wrażenie na świecie. Rodzi się człowiek i próbuje wywrzeć wrażenie; sam nie wie dlaczego, ale wciąż i wciąż próbuje. Rodzi się jednak w tym samym czasie, co mnóstwo innych ludzi, jest z nimi zespolony, więc te wszystkie jego próby są takie, jakby poruszał rękami i nogami przy pomocy sznurków jednocześnie przywiązanych do rąk i nóg innych. I tamci inni też próbują, i też nie wiedzą dlaczego, nie wiedzą nic z wyjątkiem tego, że te sznurki wzajemnie sobie przeszkadzają. [s. 111]

W hrabstwie Yoknapatawpha Sutpen zjawia się znikąd. Pewnego dnia przybywa na plantację. Przywozi ze sobą Murzynów posługujących się łamaną francuszczyzną – w uszach „tutejszych” ich słowa brzmią niczym ciemna i złowieszcza mowa. Sutpen jawi się jako zapowiedź przegranej w wojnie secesyjnej, element rozkładowy, gnilny pierwiastek w pozornie spokojnej dotąd miejscowości. Wizerunek demonicznego, złowieszczego mężczyzny to w rzeczywistości wytwór opowieści. Wrażenie potworności pułkownika potęguje otaczająca go czerń (wywoływana zwłaszcza przez stałą obecność w jego pobliżu Murzynów** – także tych związanych dwuznacznymi więzami ze Sutpenem) i krwawe zabawy urządzane w Setce Sutpena, mające u odbiorcy opowieści ewokować obraz balu upiorów, harców diabelskich pomiotów. Przeciwwagę dla Sutpena stanowi rodzina Coldfieldów – ucieleśnienie praworządności. Są elementem niezbędnym dla mężczyzny do rozegrania jego gry. Dlatego też Ellen Coldfield-subtelny motyl dnia ofiaruje pułkownikowi-mieszkańcowi nocy dwoje dzieci: Henry’ego i Judith. W nich ma ziścić się plan Sutpena. Nic jednak tak nie komplikuje zamysłów, jak czyny popełnione w przeszłości. Los bywa szyderczy. I nie zamierza odpuścić pułkownikowi oraz jego potomkom.

Tytułowych (potencjalnych) Absalomów, wcieleń biblijnego syna Dawida, jest kilku: przede wszystkim Henry Sutpen (jego krwawa zbrodnia stanowi kluczowy punkt opowieści) i Charles Bon (w jednej z licznych wersji – wszak ilu narratorów, tyle poglądów na to, co stało się naprawdę – opowieści dokonał doskonałej zemsty na ojcu), ale i poniekąd pułkownik Thomas Sutpen (w wieku czternastu lat odrzucił dom rodzinny), Jim Bond (do pewnego stopnia powielił losy ojca i dziadka) oraz, na swój sposób, Quentin Compson (lalka powoływana do odtwarzania, niezdolna do kreacji, element przynoszący skażenie – od niego historia wychodzi poza krąg mieszkańców hrabstwa).

(…) kobiety kierują się honorem i dumą prawie we wszystkim, tylko nie w miłości. [s. 309]

Wydaje się, że to Rosa – która nigdy nie miała dzieciństwa, dorastała na podsłuchiwaniu i przejmowaniu życia innych (życie w cudzych marzeniach powoduje, że Rosa dryfuje między dziecięctwem a przedwczesną, zgorzkniałą starością wiecznej panny), dużo młodsza siostra Ellen – będzie ręką wymierzającą karę. Jej autowiwsekcyjna spowiedź zainaugurowała rekonstrukcję wydarzeń, które doprowadziły niegdyś do upadku rodu Coldfieldów, ba! wywoła z cienia upiory. Ale opowieść nie może mieć końca, musi być wciąż przekazywana, by widma po wielokroć były wskrzeszane. By mogły kolejny raz odegrać swój szaleńczy taniec. I przepaść wraz z nastaniem orzeźwiającego świtu.

Ta wielość stylów pisania-mówienia-opowiadania (bezładne, eleganckie, uporządkowane, ironiczne, mozaikowe… – jakby wiele głosów przemawiało jednocześnie), mnogość narratorów, interakcje zachodzące między nimi, sprzeczności, brak zgodności i ciągłości, momentami sprawiają wrażenie, że ogląda się kubistyczny obraz. Fragmentaryczność, wielokrotnie złożone wypowiedzenia, akapity w nawiasach-chorobliwe wtrącenia i niedopowiedzenia, celowe przemilczenia, achronologiczności (przenikanie się przeszłości i teraźniejszości), współtworzą osobliwy potok myśli – faulknerowską wersję strumienia świadomości – z Absalomie, Absalomie… czyniąc palimpsest, opowieści tyleż zapisane na (w?) przestrzeni, ile tworzone na bieżąco. Duszne, przesycone żarem Południa powietrze, palące słońce, gryzący zapach minionych lat spowijają odpryski wspomnień. Oniryczno-deliryczne dryfowanie, redefiniowanie motywu życia snem to część gry Faulknera (z) czytelnikiem. Gdybym miała szukać podobnych wrażeń, powiedziałabym, że Absalomie, Absalomie… momentami zdaje się bardzo proustowskie, częściej jednak márquezowskie i sábatowskie. Jest też coś z Jamesa Joyce’a… Dla mnie – rewelacja.

(…) ze skrawków i strzępów starych opowieści i gadek stwarzali teraz wspólnie ludzi, którzy może nigdy i nigdzie nie istnieli – stwarzali cienie, które były nie tylko cieniami istot z krwi i kości, niegdyś żyjących i zmarłych, ale również cieniami cieni (…) [s. 274]

Aha. Chronologia i Genealogia na końcu książki są kluczem. Dla niecierpliwych.

——————
* William Faulkner, Absalomie, Absalomie…, przeł. Zofia Kierszys, Mediasat Poland, Kraków [2004], s. 236. Wszystkie następne cytaty pochodzą z tego wydania i zostały umiejscowione bezpośrednio w tekście.
** Zawieszam konteksty takie jak wojna secesyjna czy niewolnictwo.

Autor: Luiza Stachura

Reklamy

8 thoughts on “Teatr cieni. Na marginesach „Absalomie, Absalomie…” Williama Faulknera

  1. Całkiem niedawno przeczytałem „Absalomie, Absalomie…” i muszę stwierdzić, że atmosfera tej książki jest tak duszna jak opisane w niej Południe USA. To samo można powiedzieć o narracji pełnej pyłu, piasku, kurzu po trosze rozwiewanych przez wiatr (autora) w oczy czytelnika. Podoba mi się do niezwykła powieść i Twój tekst o niej.
    Pozdrawiam

    1. Faulkner wywołuje w odbiorcy momentami zdumiewające wrażenia/obrazy/stany (świadomości?).
      Zwłaszcza owa „duszność” (i tak, słusznie zwracasz na to uwagę – pył, piasek) przywodziła mi na myśl prozę Sábata (nie wiem, czy go znasz, jeśli nie – to polecam).
      Dziękuję.
      Życzę przyjemnego popołudnia.

    1. Haha, no ja myślę, że pozytywnie ; )
      A tak na (nie)poważnie – minął 10.05 (co prawda, za 2 dni 10.06. xD), a ja nie widzę coś żadnego tekstu Twojego autorstwa, miałam wysłać e-mail, ale doszłam do wniosku, że jakieś ważne sprawy Cię wstrzymały od napisania.

      O kobietach/z kobietami – poniekąd… prawda ; )
      Ale u Faulknera jest więcej równie interesujących fragmentów o kobietach. Dla mnie – momentami dyskusyjne xD’

  2. Oj, to fantastyczna książka, jedna z najlepszych jakie napisał. A o Faulknerze i kobietach (między innymi ofkors) trochę można dowiedzieć się z książki Jay Parini „Czas niezrównany. Życie Williama Faulknera” (choć autorka na ten akurat temat wypowiada się ,hm, raczej oględnie. Ale to niezła biografia, przydaje się).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s