Teatr cieni. Na marginesach „Absalomie, Absalomie…” Williama Faulknera

Może nic nigdy nie zdarza się tylko raz i nic nigdy nie jest ostatecznie skończone.*

Wiele głosów przybyło na sabat duchów, by odśpiewać kolejny raz pieśń o miłości, zemście i śmierci. Niebaczni, którzy – ukryci w cieniu wistarii – przyszli podsłuchać. Złapani w misternie uplecioną sieć, zostaną wciągnięci w głąb teatru upiorów, zaprzęgnięci w tryb wiecznego odtwarzania taśm(y) przeszłości. Aż do obłędu… aż do obłędu…

Bohaterowie Absalomie, Absalomie… są pacynkami wyciąganymi z worka tylko w jednym celu – by mogły odegrać określoną rolę na podświetlonej scenie świadomości. Innymi słowy, są jedynie pretekstem dla perwersyjnej przyjemności płynącej z tyleż opowiadania o innych, ile do-powiadania, do-pisywania (nad-pisywania?) losów cieni. Rosa Coldfield (z perspektywy czytelnika katalizatorka, w rzeczywistości – trybik w machinie Fatum) wzywa do siebie Quentina, wnuka generała Compsona, by młodzieniec wypowiedział na głos to, co słyszał od dziecka o pułkowniku Sutpenie (wszak dziadek młodego mężczyzny był jedynym w zasadzie przyjacielem Sutpena). Faulkner zwodzi na manowce – to, co miało okazać się oczywistym stelażem historii, rozpada się na kawałki, nie tylko pod wpływem lingwistycznych gier, ale przede wszystkim konstrukcji poszczególnych postaci (w tym narratorów). Quentin jest jak pusty pokój, oczyszczona scena, na której mogą pojawić się upiory żywiące się słowami, odradzające się dopiero w nieustającym potoku opowieści. Czytaj dalej