Kaamos.* Na marginesie książki „Ziemia jest grzeszną pieśnią” Tima K. Mukki


Ciebie przyzywa moja dusza
za Tobą tęskni serce moje
a ja samotnie w swej tęsknocie
i we łzach pozostaję…**

Długa podróż w ciemny, zimny czas, przez lapońskie wzgórza, bory, lasy i mokradła. Niewzruszona natura przygląda się poczynaniom ziemskich wędrowców-przygodnych gości. Towarzyszką nieodłączną i wierną człowieka, bez względu na okoliczności, pozostaje ballada. Śpiewa pieśniarz o miłości do ziemi. A pieśń jego grzeszna jest. Bo ziemia jest pieśnią i pieśń jest ziemią.

By mówić w ogóle o książce Ziemia jest grzeszną pieśnią, trzeba chociaż cokolwiek o autorze wspomnieć. Timo Kustaa Mukka (1944-1973) zachorował na zapalenie opon mózgowych w wieku trzynastu lat, a to, co oczywiste, nie pozostało bez wpływu na jego osobowość, postrzeganie świata oraz twórczość. Literacko zadebiutował jako dziewiętnastolatek, w 1964 roku. Był także malarzem. Inspiracji jego malarskich dzieł można szukać na przykład u Paula Gauguina (co ciekawe, w literackiej odsłonie działalności artystycznej Mukki – mam tu na myśli, co jasne, Ziemia jest grzeszną pieśnią – odnajdziemy bardzo podobne motywy),*** literackich zaś – u Knuta Hamsuna i Fiodora Dostojewskiego. Sporo w prozie fińskiego twórcy naturalistycznych obrazków. Czytaj dalej

„Bądź tylko szczęśliwy”.[1] „Lata” Paava Haavikka

Przedmowa Zygmunta Łanowskiego do minipowieści Lata rozpoczyna się od wiersza (fragmentu wiersza?) Paava Haavikka.[2] Utwór służy nakreśleniu (poza)artystycznej przestrzeni fińskiego twórcy. Nie rezygnujmy z tego zabiegu i w tym tekście:

Skąd biorą się głosy wewnątrz nas?
Co mamy przed oczyma?
Strumienie mowy w nurcie świata,
Strumienie mowy w nurcie świata
i niemal wszystko musisz wiedzieć sam.

(Paavo Haavikko – Liście to liście – 1958)[3]

Urodził się Haavikko w Helsinkach w 1931 roku. Debiutował młodo, w 1951 roku publikując pierwszą książkę poetycką. Niewiele lat później swoje artystyczne pole poszerzył także o powieści oraz dramaty. Szybko stał się jednym z najwybitniejszych i najbardziej utalentowanych fińskich pisarzy powojennego pokolenia, poszukującym nowych środków wyrazu – głównie w poezji, w której odnalazł trwałe i pewne miejsce pośród chwiejnego i rozpadającego się (na słowa?) świata. Potencjał twórczy Fina dostrzeżony został przez jury Międzynarodowej Nagrody Neustadt w dziedzinie literatury – wyróżniono go w 1984 roku.[4] Zmarł w roku 2008. W Polsce, poza Latami, ukazał się wybór wierszy Haavikka – Białe kamienie.[5] I od ponad trzydziestu lat nic więcej.

W 1962 roku Haavikko opublikował Lata. Przekładu na język polski dokonano dekadę później. Bohaterowie krótkiej prozy fińskiego poety to włóczędzy (w dużej mierze z własnej woli, jakkolwiek można się spierać, czy nie zostali wykluczeni przez społeczeństwo stawiające nazbyt wyraźne i ciasne wymagania), rozbitkowie dryfujący pośród kolejnych dni (lat), właściwie bez jasno określonego celu. Ot, tak po prostu. Wciąż przed siebie. Centralną postacią (reszta bohaterów zdaje się jedynie tłem), za którą podążamy niedyskretnie, jest Väinö. Czytaj dalej

Demon słów. Parę myśli poświęconych „O miłości i innych demonach” Gabriela Garcii Márqueza

Żaden wariat nie jest wariatem, jeśli przyjmiemy jego racje.*

Miłość nie jest rumianym, uśmiechniętym dziecięciem z białymi skrzydełkami i złocistym łukiem. Przywdziewa proteuszową maskę i żywi się ukrytymi w człowieku nienasyconymi żądzami. Wszystkie próby wyzwolenia są bolesne. Miłość to odmienne stany świadomości. Dryfowanie po bezmiarze szaleństwa. Ale to już wiesz.

Dwunastoletnią Siervę Marię ugryzł pies chory na wściekliznę. Z trwogą oczekiwano strasznych przedśmiertnych katuszy, gdy tylko choroba przeniknie głębiej do delikatnego ciała dziewczynki, jednakże los bywa przekorny. Zamiast marnieć, Sierva Maria rozkwitała. Dodatkowo zdumiewające dla postronnych zachowanie dziewczyny, będące wypadkową schizofrenicznego rozdarcia między dwiema kulturami – afrykańską (odtrącona przez matkę i porzucona przez bezwolnego ojca-markiza, dorastała wśród niewolników) i chrześcijańską (jej opiekunka z łatwością scalała w jedno różne koncepcje religijne) – przyczyniło się do posądzenia czarującej, acz niepokojąco cichej Siervy Marii o bycie… opętaną. A skoro jest opętana, musi pojawić się i egzorcysta. Najlepiej czysty, niewinny. Takim też jest Cayetan Delaura, który rychło wpadnie w sidła demonicznej istotki, kryjącej się w jego sercu.

Kanwą zmagań literackiej Servy Marii – czy, jak z afrykańska nazywała samą siebie, Marii Mandingi – z piętnem diabelskiego stworzenia było odkrycie poczynione podczas reporterskiej wyprawy Márqueza, naówczas (w 1949 roku) młodego dziennikarza, na teren niegdysiejszego Klasztoru Świętej Klary, zlikwidowanego przeszło sto lat wcześniej. W jednej z krypt, z których przenoszono ciała duchownych i świeckich, w zdumienie wprawiły wszystkich… Czytaj dalej

Czarodziejka zmysłów. O książce „Kleopatra. Biografia” Stacy Schiff

Tekst można (było) przeczytać na stronie bookznami.pl

[Bezpośrednio na blogu od 14.04.2013]

Bogini zmysłów, sensualna czarodziejka, inspiracja, natchnienie, muza, uosobienie seksualności i witalności – przymioty nadane Kleopatrze VII, ostatniej realnej władczyni Egiptu z rodu Ptolemeuszy, można mnożyć właściwie w nieskończoność. Do dziś istnieje w (pop)kulturze oraz źródłach historycznych tyle jej wizerunków, że trudno jednoznacznie stwierdzić, jak wyglądała naprawdę, a co dopiero, w jaki sposób uwodziła i zwodziła na manowce mężczyzn.

Nosiła dumne macedońskie imię: „Kleopatra”, co znaczy po grecku „sława ojczyzny”. [s. 31]

Dla mnie Kleopatra ma magnetyczne spojrzenie Elizabeth Taylor i jej zewnętrzne opanowanie, za którym skrywa się dramatyczne pragnienie wyjścia poza pospolitość i miałkość. Obrosła w legendy i mity Kleopatra doczekała się stosunkowo wielu biografii, wzmianek, zapisków. Czytaj dalej

Teatr cieni. Na marginesach „Absalomie, Absalomie…” Williama Faulknera

Może nic nigdy nie zdarza się tylko raz i nic nigdy nie jest ostatecznie skończone.*

Wiele głosów przybyło na sabat duchów, by odśpiewać kolejny raz pieśń o miłości, zemście i śmierci. Niebaczni, którzy – ukryci w cieniu wistarii – przyszli podsłuchać. Złapani w misternie uplecioną sieć, zostaną wciągnięci w głąb teatru upiorów, zaprzęgnięci w tryb wiecznego odtwarzania taśm(y) przeszłości. Aż do obłędu… aż do obłędu…

Bohaterowie Absalomie, Absalomie… są pacynkami wyciąganymi z worka tylko w jednym celu – by mogły odegrać określoną rolę na podświetlonej scenie świadomości. Innymi słowy, są jedynie pretekstem dla perwersyjnej przyjemności płynącej z tyleż opowiadania o innych, ile do-powiadania, do-pisywania (nad-pisywania?) losów cieni. Rosa Coldfield (z perspektywy czytelnika katalizatorka, w rzeczywistości – trybik w machinie Fatum) wzywa do siebie Quentina, wnuka generała Compsona, by młodzieniec wypowiedział na głos to, co słyszał od dziecka o pułkowniku Sutpenie (wszak dziadek młodego mężczyzny był jedynym w zasadzie przyjacielem Sutpena). Faulkner zwodzi na manowce – to, co miało okazać się oczywistym stelażem historii, rozpada się na kawałki, nie tylko pod wpływem lingwistycznych gier, ale przede wszystkim konstrukcji poszczególnych postaci (w tym narratorów). Quentin jest jak pusty pokój, oczyszczona scena, na której mogą pojawić się upiory żywiące się słowami, odradzające się dopiero w nieustającym potoku opowieści. Czytaj dalej

Czeski sen. „Opowiadacze. Nie tylko Hrabal. Autorzy najlepszej prozy czeskiej”

Tekst można przeczytać na stronie e-splot.pl

.

.

(…) nikt nie zdaje sobie sprawy, że sny umierają w chwili urzeczywistnienia, a rzeczywistość naprawdę nie jest snem (…)

.

Cyt. za: Josef škvorecký, Saksofon basowy, [w:] Opowiadacze. Nie tylko Hrabal. Autorzy najlepszej prozy czeskiej, WL, Kraków 2012, s. 52.

Bezpośrednio na blogu od 22.08.2022

Czytaj dalej