Dość inteligentna ekwilibrystyka tematyczna. Albo szachrajstwo. „Szanghajska kochanka” Zhou Weihui

Pisarz grzebie przeszłość we własnych słowach.*

Urodzonej w 1973 roku Zhou Weihui** największą popularność przyniosła kontrowersyjna w Chinach Szanghajska kochanka. Książka zakazana, bo „schyłkowa”, w odczytaniu wielu zapewne destrukcyjna, przede wszystkim jednak elektryzująca, przesycona seksualnością oraz szeroko pojętym wyzwoleniem. Czyż może być lepsza reklama, niż oficjalne potępienie przez władzę i publiczne spalenie chińskiego nakładu książki? A jeśli dopowiedzieć, że autorka jest córą z „plemienia ery dobrobytu”, tak zwanego „Nowego Pokolenia”, i w dodatku ukończyła prestiżowy Uniwersytet Fudan w Szanghaju? Porównywana do Mian Mian, w moim odczuciu Zhou jest jednak dużo lepszą kreatorką rzeczywistości, bo inteligentniejszą i przebieglejszą. Autorka potrafi wykazać się błyskotliwością i z błahej historyjki stworzyć całkiem interesującą quasi-literacką fotografię współczesności.

Opowieść o miłości, namiętności, zdradzie, seksie, przyjemnościach, wzlotach i upadkach w trudnych relacjach z najbliższymi: chłopakiem Tiantianem, niemieckim kochankiem Markiem, rodzicami (innymi słowy, romans, w którego ramy wpleciony zostaje wątek dorastania i odnajdywania siebie, ustalania hierarchii wartości oraz priorytetów) oraz quasi-dygresyjne komentarze o… zmaganiach z przetwarzaniem rzeczywistości na literaturę – oto czym w wielkim skrócie jest Szanghajska kochanka. Proza bardzo kobieca – jeśli „kobiecość” będziemy rozpatrywać w perspektywie XXI wieku, a zatem konotującą między innymi: wyzwolenie, nieskrępowane mówienie o intymnych sprawach, flirt, konstatację zastanych norm, rozpasanie, zmysłowość i lubieżność. Narratorką Szanghajskiej kochanki jest dwudziestopięcioletnia Nikki, którą znajomi nazywają Coco (wiadomo – od Coco Chanel). Po względnym sukcesie zbioru opowiadań Nikki – Wrzask motyla (jakże zachwycający tytuł) – dziewczyna zapragnęła stworzyć powieść. A że najlepiej pisać o tym, co najbliższe, uważnie rozgląda się po przestrzeni „rzeczywistej” i literacko-muzycznej. Napotkane elementy filtruje, przekłada, dopasowuje, przycina, a niekiedy dociska kolanem. I wychodzi z tego całkiem znośna proza (ale czy „proza życia”? niekoniecznie…).

Jeśli nawet moja historia zniknie bez śladu, opowieści innych ludzi będą miały dalszy ciąg i słowo „miłość” będzie obecne we wszystkich. Wokół tego słowa będą trwać niekończące się dramaty, i te rozgrzewające duszę, i te kończące się siniakami. [s. 161]

Każdy z trzydziestu dwóch krótkich rozdziałów autorka okrasiła przewrotną ilością mott (zapewne galeria cytowanych postaci to „duchowi” przewodnicy i inspiracje Nikki***) – jakkolwiek nie wątpię, że Zhou (a może Nikki?) byłaby w stanie namnożyć ich jeszcze więcej. Co jednak ciekawe, motta dość dobrze wpasowują się, jako element mozaiki, w przetwarzany przez Zhou (przez narratorkę?) świat. Ba! Szanghajska kochanka – nie wiem, na ile to literackie zdolności autorki, a na ile wynik dobrego tłumaczenia (chociaż mam pewne obawy, bo przekładu dokonano z angielskiego…) – brzmi całkiem przyzwoicie po polsku.

Sytuacja naprawdę wymyka się spod kontroli. Żadnego entuzjazmu, żadnej inspiracji. Jestem po prostu zwyczajną dziewczyną, bardziej zwyczajną niż większość dziewczyn, i stałam się ofiarą szaleńczego pragnienia, żeby zyskać sławę dzięki napisaniu książki. [s. 217]

W tej dość banalnej historyjce (nic odkrywczego Zhou nie pisze, nie jest to niezmiernie ambitna książka, nie rości sobie też takich praw; ot, literacki wycinek pewnego „odłamu” pokolenia Zhou – nie chcę go dookreślać, bo to, co jasne, złożony temat) moją uwagę przyciągnął… autotematyzm. Autorka dość sprawnie skonstruowała owo nienasycone pragnienie pisania (czyli tyleż tworzenia, ile przetwarzania, wytwarzania) i nieugaszoną żądzę zabłyśnięcia po debiucie, by utrwalić swoją pozycję w literackim świecie. Interesujące są szczątki gier na liniach: pisarz-dzieło, dzieło-czytelnik, pisarz-czytelnik. Nie mniej ciekawy okazuje się stosunek narratorki (Nikki) do skonstruowanych przez nią postaci – stwarzanie bohaterów, owszem, ale później, gdy już się „zu-żyją” („prze-żyją”), ich śmierć zależy wyłącznie od nich. Ona-pisarka umywa ręce, wycofuje się. Pytanie, które pojawia się w finale („kim jestem?”), doskonale podsumowuje cały utwór: czy Nikki jest narratorką-kreatorką, „zwykłą” bohaterką-statystką, a może alter ego Zhou Weihui?

Szanghajska kochanka to całkiem sprawne przemieszanie się między różnymi wariantami historyjek. Innymi słowy, wyciąganie pewnych elementów z przestrzeni, przyglądanie się im, modyfikowanie, adaptowanie i umiejscawianie w płynnej strukturze dzieł(k)a. Śmiałe, odważne i bezpruderyjne.

Aby osiągnąć koniec, każda historia musi zapłacić swoją cenę. [s. 250]

——————
* Zhou Weihui, Szanghajska kochanka, przeł. z ang. Hanna Szajowska, Albatros, Warszawa 2002, s. 42. Wszystkie następne cytaty pochodzą z tego wydania i zostały umiejscowione bezpośrednio w tekście.
** Zhou to nazwisko, Weihui – imię.
*** Dla zainteresowanych (w kolejności „występowania”): Joni Mitchell, Henry Miller, Boris Bracht, Helen Lawrenson, Dylan Thomas, The Beatles, Bessie Smith, William Burroughs, Leontyne Price, Sylvia Plath, Elizabeth Taylor, Flannery O’Connor, Salvador Dali, Jack Kerouac, Allen Ginsberg, Jean-Philippe Toussaint, Robin Morgan, Marilyn Monroe, Zygmunt Freud, Marguerite Duras, znów Allen Ginsberg, Paul Simon, Bob Dylan, Ian Curtis, Sally Stanford, Tori Amos, Public Image Ltd, Van Morrison, Nietzsche, Milan Kundera, Suzanne Vega, Suede, Billy Bragg, Virginia Woolf, znów Allen Ginsberg oraz Marguerite Duras, Matka Teresa, Dan Fogelberg, znów Marguerite Duras, a w finalnym rozdziale Kartezjusz oraz M. Duras.

Po-słowach (kolejność chronologiczna):

Matka powiedziała mi kiedyś, że kobiety, które rodziły, nie przechodzą już tej comiesięcznej męki, gdyż szyjka macicy po porodach się rozluźnia. Co oznacza, że jeśli nie będę miała dziecka, czeka mnie ciągłe cierpienie. Jeżeli menopauza zaczyna się w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, mam przed sobą jeszcze trzydzieści lat, z dwunastoma miesiączkami co roku. Mój umysł pracował z szybkością światła. W takim stanie jestem bardziej neurotyczna niż chory kot. [s. 164]

Kiedy pęka serce, rozlega się trzask, bardzo lekki i bardzo cichy, przypominający rozłupywanie drewna. [s. 176]

Co dziwne, żyjąc takim pustelniczym życiem, odkryłam tao i osiągnęłam stan łaski. Dla mojego umysłu tak właśnie wygląda niebo: życie na luzie, całkowicie pozbawione niepokoju. Żadnych mężczyzn, którzy zauważaliby na uczesanie i ciuchy, nikogo, kto zawracałby głowę problemem, czy to jest pełny biust albo czy to są oczy odpowiedniej wielkości. Żadnych kolacji, na które trzeba się spieszyć, żadnej policji, która psułaby zabawę, żadnych nadzorców do sprawdzania postępów pracy, żadnego rozróżnienia między ciemnością nocy i światłem dnia i nikogo, kto pojawiałby się ponownie, żeby wycisnąć uczucia do ostatniej kropli. [s. 178]

Gdy ktoś zauważa nieznaną kobietę, wystarczy, że sprawdzi jej trzy kluczowe wymiary; zastanawianie się, co ma w głowie, jest mu równie potrzebne jak informacja o liczbie stopni prowadzących do Białego Domu. [s. 184]

Życie przypomina przewlekłą chorobę; znalezienie czegoś interesującego do roboty, to coś w rodzaju długotrwałego leczenia. [s. 218]

Wciąż nie rozumiem, dlaczego właśnie kobiety – bez wyjątku – najlepiej rozumieją inne kobiety i potrafią nieomylnie odkryć najtrudniej uchwytne, najpilniej strzeżone cechy ich charakteru. [s. 222-223]

Autor: Luiza Stachura

Advertisements

27 thoughts on “Dość inteligentna ekwilibrystyka tematyczna. Albo szachrajstwo. „Szanghajska kochanka” Zhou Weihui

  1. Tak dawno czytałam tę powieść (po angielsku właśnie), jakieś 8 lat temu, że pamiętam tylko treść i to też jak przez mgłę. W dodatku czytałam zbyt bezrefleksyjnie, przyznam uczciwie. Na pewno jest to ciekawy wycinek życia pewnego pokolenia Chińczyków, zupełnie innego niż ich rodzice, i można go chyba porównywać właśnie z prozą Mian Mian i Zhu Wen („I Love Dollars”). Ciekawe, na ile pewna bezradność bohaterki w określeniu siebie odkrywa bezradność pisarki w procesie poszukiwania własnej tożsamości w zmieniającym się w eskpresowym tempie świecie…

    Zadziwiające, że tę powieść przełożono z angielskiego – chyba nie brakuje w Polsce tłumaczy z chińskiego?

    1. Hehe. A bo to książka dobra na czytanie bezrefleksyjne ; )

      „Ciekawe, na ile pewna bezradność bohaterki w określeniu siebie odkrywa bezradność pisarki w procesie poszukiwania własnej tożsamości w zmieniającym się w eskpresowym tempie świecie…”

      Kluczowe zagadnienie. Chociaż bardzo żałuję, że Zhou jedynie to wszystko mgliście prezentuje, jakby jedynie przemycała… Im bliżej końca książki, tym – niestety – gorzej. A początek dość obiecujący. Muszę poszukać inną powieść Zhou – Poślubić Buddę chyba. Czytałaś?

      Tak. Zawsze mnie zdumiewa, że wciąż tyle w Polsce przekładów pośrednich.

  2. kiedyś przeczytałem chyba z kilkanaście takich historyjek „etnicznych”. Po pewnym czasie zaczynają się spajać w jedną książkę i aż ciężko je rozróżnić ;-)

    1. Co masz na myśli pisząc „etnicznych”? Pochodzenie pisarzy spoza kręgu kulturowego Europy? Dla mnie to często drugorzędne, można sobie w powieści Zhou zamienić imiona bohaterów na polskie, nazwy miast chińskich na nazwy polskie i dostajemy uniwersalną opowieść. I tak jest z wieloma książkami.

      1. no właśnie: można podmienić, a potem jeszcze raz podmienić i jeszcze raz. W ten sposób mieć całą biblioteczkę książek, których „sens” przejawia się w fajnie dobranych imionach i pozornie niezwykłych opowieściach o życiu codziennym…

        a nazywam je etnicznymi dlatego, że są one wydzielane z kręgu literatury obyczajowej. Jeśli coś się dzieje w Polsce to masz klasyczną powieść obyczajową i co za tym idzie: inny target. Ktoś, kto kupi książkę Waris Dirie czy Jung Chang raczej nie sięgnie po Odiję czy Kuczoka (przykłady przykładowe ;-))

      2. Onibe, nie to miałam na myśli, że ich „sens” przejawia się imionach i pozornie niezwykłych opowieściach. Ale to, że czasem ludzie czują dziwny upór przed powieściami, których akcja rozgrywa się w obcym dla nich kręgu kulturowym (być może z obaw, że go nie zrozumieją?), tymczasem krąg kulturowy to rzecz drugorzędna. Sama historia ludzka jest uniwersalna, jak uniwersalne są ludzkie uczucia, marzenia, nadzieje, lęki itp.

        Za bardzo generalizujesz i stawiasz hipotezy. Ja jestem osobą, która czyta bardzo różnorodną literaturę, zresztą wśród literatury z dalekich od Polski krajów też można znaleźć gatunki eksperymentalne (np. zakupione przeze mnie niedawno „Loud Sparrows. Contemporary Chinese short-shorts” – szczególny gatunek bardzo krótkich opowiadanek, impresji, często zajmujących stronę albo jeszcze mniej, trochę jak u Kereta). W Polsce też nie każdy pisze klasyczne powieści obyczajowe.

      3. jako rzekłem w pierwszym poście, trochę takich historyjek przeczytałem, czemu zatem miałbym się ich bać? Problem z tymi powieściami jest taki, że są kupowane i dystrybuowane przez wydawców nie jako „literatura” lecz „egzotyka”. Nie mam nic przeciwko kolorytowi, można się trochę rzeczy nauczyć z tych książek, ale bardzo często są to po prostu kiepskie powieścidła i tyle. Oczywiście klasyczna literatura obyczajowa też nie jest taka znowu wybitna, mnóstwo w niej chłamu. Ale jest większa możliwosć weryfikacji, bo wybór większy – to raz – i nie ma tej etnicznej zmyłki właśnie – to dwa.

      4. zauważyłem takie coś: wydawca kupuje jakąkolwiek książkę daleko, daleko poza granicami kraju, opatruje ją etykietką „superbestseller”, dorzuca kilka bzdurnych komentarzy na okładkę i sprzedaje. Czytelnik kupuje, po pięciu stronach odkłada książkę na bok z myślą, aby wykorzystać ją jako rozpałkę…

        ten schemat działa nie tylko przy egzotyce – zauważcie, jak wiele masakrycznych książek jest importowanych z USA. Pisarz polski piszący na podobnym poziomie by się nigdy nie przebił, albo – jak już – to tylko dzięki takim znajomościom, że w ogóle nie musiałby umieć pisać. Import jest znacznie bardziej bezkrytyczny niż działanie na wyrobie lokalnym.

        tłumaczenie to osobny problem – mam wrażenie, że mnóstwo książek tłumaczonych jest przez samych wydawców za pomocą słownika w wordzie. Czasami takie bzdury się trafiają, że aż z krzesła spaść można… ale liczy się minimalizacja kosztów, wiadomo.

        co dobrego czytałem z egzotyki współczesnej? Oj, nie odpowiem. Ostatni kontakt z taką literaturą miałem dobrych kilka lat temu, a przy przeciętnie stu książkach czytanych na rok, bardzo trudno pamiętać tak stare dzieje ;-). Ale kilka takich powieści się trafiło, jak odpowiednio długo pomyślę, to na pewno sobie je przypomnę ;-)

  3. Pisząc o „ludziach” miałam na myśli raczej tych, którzy nawet po taką Zhou by nie sięgneli, nie konkretnie Ciebie :)
    To nie jest problem z powieściami, że są opatrywane etykietką „egzotyka” (swoją drogą, ja czytam po angielsku, mieszkam w Wielkiej Brytanii i tu takie etykietki wyszły z użycia już dawno temu), tylko z wydawcami, którzy operują stereotypami i schematami.
    Nie zgadzam się, że często powieści z innych kręgów kulturowych są kiepskimi powieścidłami. Owszem, takie też się zdarzają, być może w Polsce jest ich więcej niż tych dobrych powieści (czemu miałoby tak być to nie wiem), ale to dotyczy generalnie literatury, że więcej jest średnich książek niż tych bardzo dobrych i wybitnych. Dlatego trzeba być wybiórczym i każdy w jakiś tam sposób jest. Ja często natrafiam na opinie odnośnie książek wydanych w Polsce, że nawala tłumaczenie. I może tu jest pies pogrzebany – wydawcy wywierają presję na tłumaczach, by tłumaczyli szybko, w związku z czym nie ma czasu na cyzelowanie każdego zdania. W efekcie powieść sprawia wrażenie kiepskiej, a jest po prostu kiepsko przełożona.
    Jakie powieści współczesnych pisarzy z dalekich od Polski krajów uważasz osobiście za bardzo dobre?

  4. @Chihiro:
    Odnośnie: „Nie czytałam nic więcej tej autorki, trochę mi się wtedy Szanghajska kochanka płytka wydała, by sięgać po coś więcej Zhou.”
    Oj, trochę lepsza niż Mian Mian czy Kanehara albo Min Anchee itd. Ot, literatura niewymagająca wielkiego intelektualnego wkładu czytelnika oraz inwencji ; ) Czasami też takie książki trzeba przeczytać xD”’

  5. „Żadnych mężczyzn, którzy zauważaliby na uczesanie i cichy, nikogo, kto zawracałby głowę problemem, czy to jest pełny biust albo czy to są oczy odpowiedniej wielkości.”
    Nie czytałem powieści, ale myślę, że wyraz „cichy” powinien zostać zastąpiony wyrazem „ciuchy”.
    W trakcie pisania można chrupać jakieś jedzonko, np. owoc, warzywo.
    Takie chrupanie zmniejsza prawdopodobieństwo zjedzenia liter(y).

    1. Dzięki!
      Najlepiej błędy sprawdza się na wydrukach, co jasne. A jak masowo przepisuję cytaty, to mój wzrok spoczywa na tekście/literkach w książce (żeby tak był ktoś, kto by podyktował – to by było super ; )), nie patrzę na monitor i stąd literówki.

      1. Literówki pojawiają się rzadko (w Twoich tekstach).

        Może warto zamieścić ogłoszenie na Facebooku lub na blogu?
        „Poszukuję osoby dyktującej fragmenty powieści, opowiadań etc.” ;)

  6. @Paweł:
    Hm, niby tak, ale błędów i literówek w ogóle nie powinno być ; ) Nad tym muszę popracować.

    Hehe, ciekawy pomysł. I, oczywiście, z dopiskiem: z Krk, bo spoza byłoby trudno – przez telefon? _^_
    Gorzej, jeśli chętni zapytają, ile… zarobią xD’

  7. :)
    Można zaznaczyć, iż jedynym wynagrodzeniem jest satysfakcja z wzorowo wykonanej pracy.
    Plus herbata (?)

    Pozdrawiam serdecznie (chrupiąc).

      1. I jeszcze przyjemność współpracy z recenzentką ;)
        I poszerzanie (literackich) horyzontów.
        I ćwiczenie dykcji.

        A jeśli będziesz recenzowała książki biblioteczne, to możesz też wysyłać dyktujących, by książki oddawali lub wypożyczali.

  8. @Namiot:
    No no no. Kreatywnie.
    Zwłaszcza pierwszy punkt xD’

    Haha, rewelacyjny pomysł z tym wypożyczaniem/oddawaniem książek xD Podoba mi się xD Nawet bardzo. Będę chciała wcielić w życie xD

    Dziękuję (^_-) i pozdrawiam!

  9. @Onibe:
    zauważyłem takie coś: wydawca kupuje jakąkolwiek książkę daleko, daleko poza granicami kraju, opatruje ją etykietką “superbestseller”, dorzuca kilka bzdurnych komentarzy na okładkę i sprzedaje. Czytelnik kupuje, po pięciu stronach odkłada książkę na bok z myślą, aby wykorzystać ją jako rozpałkę…

    Że „bestseller” albo że książka jest „kontrowersyjna” – oba dookreślenia działają jak magnes.
    Z tym stwierdzeniem o „bzdurnych komentarzach na okładce” będę polemizowała. Jeśli dostajesz książkę do recenzji wewnętrznej i znasz „grupę docelową”, wiesz, że jest dla czytelników w grupie wiekowej od-do i dla kobiet czy typowo dla mężczyzn, to po prostu tak piszesz, aby tę grupę czytelników przyciągnąć. A że w działach marketingowych „podrasują” twoją recenzję, wyciągną co chwytliwsze komentarze i je zmodyfikują, dopasowując do szerszej „grupy docelowej”, to już inna bajka. Czego się nie robi, by sprzedać książkę? ; )

    Gdy widzę literaturę z Japonii/Korei/Chin/Wietnamu/in. po polsku, to z czystej ciekawości po nią sięgam, ale zawsze wpierw orientuję się, jaka jest „grupa docelowa” i czy mam mieć wysokie wymagania, czy też jak w przypadku Szanghajskiej… zadowolić się tylko pewnymi drobnymi elementami ; )
    Zresztą Dżapanlandia jest modna znowu od paru dobrych lat, do tego dochodzą Chiny i Korea – ileż teraz książek autorów chińskiego/koreańskiego/japońskiego pochodzenia! Już nawet nie tyle Koreańczyków/Chińczyków/Japończyków. To tak jakby ktoś chciał w Japonii promować książkę amerykańskiego pisarza polskiego pochodzenia, piszącego np. o PRL _^_; vide: Chang Jung czy Min Anchee o rewolucji kulturalnej – cudnie ; )

    Zgadzam się w 100% z tym, co piszesz o polskich książkach, które są na poziomie (albo znacznie ten poziom przewyższają!) książek masowo importowanych.
    Polscy pisarze-debiutanci w Polsce, paradoksalnie, mają gorzej niż debiutanci z Anglii, Ameryki, nie mówiąc już o Afryce, Azji (zwłaszcza Dalekim Wschodzie). Tak, nawet niskich lotów „egzotyka” nęci, kusi i zdaje się – dla wydawców chyba – lepszym „towarem” niż rodzima literacka produkcja. Przykre.

    O tłumaczeniach nie chcę nic mówić. Bo różnie z tym bywa – czasami to redaktorzy i edytorzy zmieniają tłumaczenie. Czytam teraz książkę Gao Ertaia – jest rewelacyjnie napisana i przetłumaczona. Można, jak widać ; )

    1. z recenzjami wewnętrznymi zgodzę się – wiem po co powstają, nawet to rozumiem. Ale jako czytelnik i recenzent zewnętrzny (co prawda amatorski i bezwpływowy) nie cierpię wprowadzania w błąd. I denerwuje mnie ilekroć fabuła czy problematyka nie pokrywa się okładkowym rysem, bowiem jest to dla mnie informacja, że wydawca/redaktor/marketer nie przeczytał książki, a więc handluje kotem w worku.

      jeszcze bardziej denerwują mnie celowe przekoszenia, tzn. próby przeniesienia akcentów na jakieś mało ważne wątki aby książka wg. opisu spodobała się innej grupie docelowej niż rzeczywista…

      1. Oj, tak, wiem, o czym mówisz. Często się ostatnio zdarza, że to, co w materiałach marketingowych i prasowych, nijak się ma do rzeczywistej fabuły. Albo wydawca zamieszcza streszczenie całej książki, nie usuwa spoilerów, tylko podaje zakończenie. (@.@)

        No ale sam widzisz – wszystko to się robi tylko w jednym celu: by sprzedać jak najwięcej egzemplarzy ; ) Dlatego cieszę się z istnienia… bibliotek _^_ Ileż pseudoliterackich pomyłek uniknęłam dzięki bibliotecznym egzemplarzom xD’

        1. hehe, biblioteki to w ogóle fajne miejsca ;-). Wobec narastającej losowości publikacyjnej lubię od czasu do czasu pokontemplować starocie, do których wydawcy podchodzili z większą estymą…

  10. Tak sobie wracam do tych tu komentarzy i kwestii tłumaczeń z przekładu… To nie zawsze chodzi o to, że brak lub że mało tłumaczy danego języka. Czasem, zwyczajnie, łatwiej dostać prawa do danej książki w przekładzie niż w oryginale. Czasem sami autorzy godzą się na przekład z przekładu, bo wtedy ich książka szybciej trafi na jakiś rynek… Różnie bywa. Oczywiście, sama jestem jak najbardziej za tłumaczeniem z oryginału, ale… ideały swoją drogą, życie (realia) swoją;)

    Pozdrawiam!

    1. Hm, faktycznie, może trudniej było dostać prawa do oryginału książki Zhou. Kto wie. Szanghajska… nie zainteresowała mnie na tyle, by to (prze)śledzić. Inaczej jest w przypadku książki Gao Ertaia – fragmenty z chińskich zapisków przetłumaczono w USA i z tego tłumaczenia dokonano polskiego przekładu.Innej możliwości nie było niestety.

      Dziękuję za tę uwagę!

      Pozdrawiam ciepło.^^

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s