Literatura, kicz i próba campu. Recenzja antologii „Miłość we Wrocławiu”

Stworzenie antologii tematycznej jest ryzykownym przedsięwzięciem. Zazwyczaj odczytywane bywa jako chwyt marketingowy i często z tego powodu niemiłosiernie krytykowane. Mimo wszystko jednak zbiory opowiadań z jednym przewodnim motywem (zwłaszcza jeśli w tytule pojawia się na przykład słowo „miłość” czy „krew”) i ze znanymi nazwiskami autorów zawsze przyciągają wielu potencjalnych kupujących (między „kupić” a „przeczytać” istnieje bowiem przepaść, otchłań bez dna). Krakowskie wydawnictwo EMG prezentuje nam zbiór współczesnych opowiadań o miłości – jak na ironię losu – we Wrocławiu. Próba stworzenia z Wrocławia mitycznego miasta miłości niejednoznacznej, onirycznej, psychodelicznej, magicznej, a niekiedy przerażającej, szkaradnej, natarczywej zamienia się w indeks topograficzny, ze szczególnym uwzględnieniem kilku ulic, restauracji, pardon, knajp, i… krasnali.

Układ alfabetyczny (ze względu na nazwiska autorów) jest, jak się zdaje, najgorszym z możliwych sposobów porządkowania antologii małych form prozatorskich połączonych jednym motywem przewodnim. Obok niby-dekonstrukcji kryminału – eteryczne quasi-studium samotności; po pastwieniu się nad gombrowiczowskimi łydkami – dryfowanie między oniryczną, subtelną przestrzenią a światem rzeczywistym. Bardzo nierówna antologia. Obok kilku świetnych, błyskotliwych utworów, co najmniej sześć nieporozumień. W dodatku większość pisarzy, z nieznanych bliżej przyczyn, sięga nieustannie po liczne retrospektywne obrazy, a także wykazuje (nie)zdumiewający brak umiejętności puentowania bądź, alternatywnie, tworzenia zakończeń otwartych. Ale ad rem. Kolejność, a jakże, alfabetyczna.

– Oto już Wrocław. Kolebka polszczyzny. To miasto pod okiem swych włodarzy piękniejące i piękniejące nad wyraz i bez umiaru. To miasto, siedziba wielu istotnych dla polskiej kultury wydarzeń kulturalnych. Stolica polskiego kryminału. Miejsce, w którym rozkwitał i wciąż rozkwita Lech Janerka z żoną Bożeną. Miejsce, gdzie można napotkać Macieja Żurawskiego, niepiłkarza, ba! nawet Mirosława Spychalskiego – rozmarzył się mistrz na wysłużonym, z lekka zaniedbanym, oblepionym wrocławskim i zamiejscowym brudem peronie, depcząc tablicę upamiętniającą śmierć Zbigniewa Cybulskiego, bo przez tyle lat nikt nie postarał się jej nawet oświetlić.

– Nic mi te nazwiska nie mówią, lecz szacunek, z jakim pan je wymawia, sprawił, że sprawdzę ich profile na fejsbuku.*

[I. Grin, G. Grzegorzewska, M. Świetlicki]

Miłość we Wrocławiu inauguruje opowiadanie Poczta listów miłosnych (bardziej pretensjonalny i cukierkowy tytuł mógłby nadać tylko jeden z „klasyków” banalnych książek o miłości), które wzbudza wielkie opory w czytelnikach nienależących do entuzjastów prozatorskich możliwości Stefana Chwina. Rozpoczyna się nad wyraz dobrze, magicznie wręcz. Na swój sposób niezły (bo bezpieczny, sprawdzony) pomysł szybko jednak przemienia się w farsę. Albo Chwin kpi z czytelnika, albo nie powinien więcej pisać opowiadań poświęconych miłości do jakiejkolwiek antologii tematycznej. Oto Mariola i Grzegorz rozstają się po wielkiej kłótni, której świadkiem był między innymi Istvan – wędrowiec rozśmieszający sztuczkami i kuglarskimi trikami napotkanych ludzi. Istvan wraz z przyjacielem Pogo postanawiają pomóc małżeństwu odzyskać utracone uczucie. Opiekuńcze duchy, quasi-anioły nagle zamieniają się w… hakerów, używają metod niekonwencjonalnych, stojących w sprzeczności ze staromodnym tytułem opowiadania… Chwin doszczętnie niszczy standardowy, owszem – ograny – pomysł z dobrym duszkiem, swego rodzaju aniołem stróżem. Poczta listów miłosnych staje się karykaturą, literackim zgrzytem, wyeksploatowanym do granic możliwości konceptem. Dodatkowo rażą niezmiernie pojawiające się w prawie wszystkich opowiadaniach niesfunkcjonalizowane kolokwializmy, choćby „wkurzyć się” w opowiadaniu Chwina.**

Po niezbyt udanym początku kolejny zawód serca. Inga Iwasiów w Bocznym wątku wprowadza nas w świat samotnej kobiety po czterdziestce. Bohaterka pod pretekstem pisania scenariusza zanurza się w przeszłość – zarówno tę potencjalną (szczególnie filmową), jak i rzeczywistą. Ot, obrazek mało porywający, o strukturze zbliżonej tyleż do „labiryntu” uczuć, ile bezładnego pływania po bezmiarze możliwości niewykorzystanych (zarówno przez bohaterkę, jak i przez Iwasiów). Zrazu wydaje się, że już nieco lepiej będzie u Ignacego Karpowicza, bo przynajmniej momentami jest śmiesznie, nawet komicznie, acz niekoniecznie zabawnie. 350 przepisów. Jak zrobić z siebie idiotkę. Poradnik początkowo jawi się jako śmiała gra z utartym schematem poradnikowych potworków, ale szybko nasza główna bohaterka, Marysia, wplątuje się w dwuznaczną relację z… szesnastolatkiem, a czytelnik z powątpiewaniem przygląda się finałowym scenom, idealnie wpisującym się w polskie tak zwane „komedie romantyczne”. Nie. Zdecydowanie nie.

Każde ciało ma na swojej powierzchni punkt, w którym zbiegają się kłębki nerwów. Ten kłębuszek nosi nazwę punktu Wiśniewskiego (Janusza Leona). Jest molekułą emocji oraz głupoty. Wystarczy na ten punkt trafić, by człowiek przestał być istotą rozumną, by się rozsupłał, rozpadł, otworzył.

[s. 73; I. Karpowicz]

I wtedy moje nadzieje odrodziły się. Na moment. Patrzę – opowiadanie Wojciecha Kuczoka. A pamiętam przecież swój niegdysiejszy, nie, zachwyt może nie, ale czytelniczą satysfakcję i przyjemność sprzed paru dobrych lat, gdy sięgnęłam choćby po opowiadania z tomu Widmokrąg. I zaczyna się świetnie. Owszem, gombrowiczowsko (łydki, ach, łydki!), groteskowo – znany scenariusz, te same rekwizyty, no ale nawet tytuł, Udręka i ekfraza (oczywista aluzja do książki Irvinga Stone’a), emanuje jakąś mocą, nieco banalną, ale jednak. Narrator-bohater zazwyczaj chowa się przed deszczem w kościołach. Tym razem nie jest sam. Ona siedzi obok. I kapie na niego. Elektryzująco. Niestety – istnieje ciąg dalszy. Niestety, bo Kuczok zawodzi. Na całej linii. Balansowanie między przestrzenią sacrum a profanum kończy się kacem doggingowym.*** Nieco mniej rozczarowuje Maciej Malicki. Autor w Zapachu – utworze zawieszonym między „fikcjonalnością”, kreacyjnością, onirycznymi podróżami a rzeczywistością, pustką, samotnością – serwuje nam wędrówkę od punktu A do punktu B, sprowadzając w efekcie czytelnika na manowce.

Ożywienie przyniesie dopiero Łukasz Orbitowski w swoim utworze Oddana z pogranicza horroru, thrillera i makabrycznej opowieści o miłości, z klątwą Odry w tle. Świetne! Nie mniej zajmujące i zaskakujące okaże się opowiadanie Joanny Pachly, Stacz. Julia nierozważnie wiąże się z Marcinem – kimś w rodzaju stalkera. Zakończeniem może być tylko szaleństwo albo… śmierć. Urywane zdania, postrzępione wypowiedzenia stanowią żywą, pulsującą językową tkankę Stacza. Obłędna, nieco wiwisekcyjna narracja zasługuje na czytelniczą uwagę – porównywalną technikę relacjonowania historii znajdziemy u Marty Syrwid, ale o tym później. Edward Pasewicz zabierze nas do świata tyleż wojerysty, ile fetyszysty-geja (Krzyki). Narratorem-bohaterem jest rysownik komiksów niejako zawodowo podglądający ludzi (ich mimikę, gesty, zachowanie), acz nieustannie spoglądający z uwielbieniem na bóstwa, czyli zachwycających mężczyzn. Idealistyczne marzenia rozpryskują się jak bańska mydlana, gdy bóstwo powie mu, jak ma na imię… Następnie znów mocniejsze uderzenie – Samobójstwo na Maślicach Andrzeja Pilipiuka to tyleż makabryczna historia miłosna, ile… makabryczna miłość. Dobrze komponuje się z opowiadaniem Orbitowskiego – szkoda, że oba utwory nie zostały zamieszczone obok siebie. Wspomniana już Marta Syrwid w opowiadaniu Tzw. miłość wprowadza chorobliwą, neurotyczną metodę montowania słów i faktów, „antycypacyjno-retrospektywne” obrazowanie (poszczególne odsłony historii znajomości Mileny i Maksymiliana nazwane zostały: „Teraz”, „Wtedy”, „Od dawna”, „Od zawsze”, „W przyszłości”, „Bonus”, „Dodatek”). Elementy psychodeliczności, zaburzeń percepcji znakomicie wpisują się w historię o upokorzeniu, ośmieszeniu i porzuceniu, której finał może być tylko krwawy. Interesującym zabiegiem są liczne parentezy – zdania wtrącone jawią się jako ironiczne komentarze osobliwego chóru czy też raczej komentatora-obserwatora, który bliżej niedookreślonej publiczności przybliża kolejne sceny (kadry) z życia Mileny. Niejednoznaczny utwór. Efekt i wykonanie – niesamowite.

Obeszli kilka razy Rynek, podziwiając gołębie, które w odróżnieniu od krakowskich gruchały płynnie po niemiecku i były jakieś takie lepiej odżywione. Minęli pomnik Fredry, tutejszego ichniego Mickiewicza. Poszli pod pręgierz i wzorem wielkiego polskiego pisarza dotknęli pręgierza, by poczuć energię miasta. W chwilach tak doniosłych czuli się jednym bohaterem.

[s. 218; I. Grin, G. Grzegorzewska, M. Świetlicki]

Nie zawodzi trio twórców kryminałów. Sample autorstwa (autorstwa czy przetwórstwa?) Irka Grina, Gai Grzegorzewskiej i Marcina Świetlickiego to quasi-dekonstrukcja, demontaż kryminału posunięty do bezczelnego rechotu z czytelnika. Oto Mistrz (przyznaję, jeden z moich ulubionych detektywów) prosi o pomoc Józefa Marię Dyducha (postać z powieści Grina) oraz Julię Dobrowolską (bohaterkę utworów Grzegorzewskiej) – duet detektywów. Humorystyczne, śmieszne, momentami nawet satyryczne, kpiarskie i zuchwałe samplowanie. Jedynie końcówka słabsza, co widoczne jest w wielu opowiadaniach – jakby autorzy (zwłaszcza ci [u]znani) nie odnajdywali w sobie dość siły, by zakończyć pomysłowo i zachwycająco, a nie tylko marnie, miernie bądź przeciętnie… Krzysztof Varga w Moon River wprowadza czytelnika w podwójny labirynt – miasta i samotności. Gorzko i boleśnie. Niezwykle intymny obraz. Jedno z najlepszych opowiadań w zbiorze. Jakkolwiek końcówka znów nie zadowala. Szkoda, że podobnie nie jest z zamykającym tom utworem – Siedem schodów. Andrzej Ziemiański rozpoczyna błyskotliwie. Zapis rozmowy na GG Jarka i Marty, wielce obiecujący, kończy się jednak karykaturą, farsą. Czytelnik śmieje się głośno z mocno naciąganego zakończenia. I nie wierzę, że to był zabieg celowy.

Największa zaleta, i paradoksalnie największa wada Miłości we Wrocławiu to fakt, że zbiór jest niezmiernie eklektyczny, nierówny, niespójny. Jak i miłość. Są pisarze (pisarki), którzy obronną ręką wychodzą z zanurzenia się w wyeksploatowany (ale czy na pewno?) temat miłości (Syrwid i Pachla zdecydowanie najlepsze, Varga, Orbitowski, Pasewicz, Pilipiuk), inni wpisują się w konwencję prześmiewczą, quasi-dekonstrukcyjną, grając (z) czytelnikiem, mnożąc absurdalny kicz, na granicy campu**** (Grin, Grzegorzewska, Świetlicki), pozostali wpadają w banał, brną w nieporozumienie, tworząc opowiadania tak tragicznie słabe,***** że aż wzbudzające niezdrowy śmiech.

——————
* Miłość we Wrocławiu, red. Grzegorz Hetman, Wydawnictwo EMG, Kraków 2011, s. 212. Wszystkie następne cytaty pochodzą z tego wydania i zostały umiejscowione bezpośrednio w tekście.
** U Ingi Iwasiów znajdziemy takie niesfunkcjonalizowane kolokwializmy jak na przykład: „pierdoły”, „research”, „zajebiste”. W pozostałych opowiadaniach też się pojawiają. Szkoda…
*** Dogging – uprawianie seksu w miejscach publicznych.
**** Camp (Kamp) – jedna z estetyk (w skrócie: konkretna rzecz podoba się nam dlatego, że jest przerysowana, w „złym guście”, ostentacyjna, ironiczna itd.). Zob. S. Sontag, Notatki o kampie.
**** Chyba że ktoś lubi tkliwe, sentymentalne i przesłodzone utwory, to na pewno będzie ze mną polemizować.

Lista utworów:
1. Stefan Chwin, Poczta listów miłosnych
2. Inga Iwasiów, Boczny wątek
3. Ignacy Karpowicz, 350 przepisów. Jak zrobić z siebie idiotkę. Poradnik
4. Wojciech Kuczok, Udręka i ekfraza
5. Maciej Malicki, Zapach
6. Łukasz Orbitowski, Oddana
7. Joanna Pachla, Stacz
8. Edward Pasewicz, Krzyki
9. Andrzej Pilipiuk, Samobójstwo na Maślicach
10. Marta Syrwid, Tzw. miłość
11. Irek Grin, Gaja Grzegorzewska, Marcin Świetlicki, Sample
12. Krzysztof Varga, Moon River
13. Andrzej Ziemiański, Siedem schodów

Autor: Luiza Stachura

Reklamy

20 thoughts on “Literatura, kicz i próba campu. Recenzja antologii „Miłość we Wrocławiu”

  1. po liście nazwisk wnosząc, postawiłbym przede wszystkim na Orbitowskiego i Kuczoka. Widzę więc, że miałbym 50% trafień ;-). Dziwi mnie obecność Pilipiuka w tej gromadzie – jakoś inaczej go kojarzę. Ziemiański… hmm… też ciekawy uczestnik projektu.

    zastanawiam się czy trzynastka w tym przypadku celowa była, czy niedopatrzenie ;-). Wnioskuję z Twojej recenzji, że jednak przyniosła pecha…

    1. Mnie już w antologiach współczesnych opowiadań (prawie) nic nie dziwi – zwłaszcza dobór nazwisk pisarzy (^_-)
      Sporo ciekawych „uczestników projektu”, ale właśnie ci najbardziej znani i cenieni w większości mnie zawiedli.

      Zdumiał mnie natomiast taki projekt w wydawnictwie EMG. Jakoś ich nie kojarzyłam nigdy z tego typu literaturą (czyt. opowiadania o miłości).

      Hehe, nawet gdyby było mniej opowiadań, to i tak nie sądzę, że byłoby lepiej.

  2. Kuczok zawodzi…?! Nie chce mi się wierzyć.
    Cóż – czytam już drugą negatywną opinię o tym zbiorku.
    A nawet miałam na niego ochotę.

    W każdym razie – nie zainwestuję w tą książkę.

    Pozdrawiam! :)

    1. Mnie zawiódł. Ten dogging mnie rozczarował. Liczyłam na coś naprawdę elektryzującego…

      Sądzę, że jest jednak kilka opowiadań, które warto przeczytać. Ale pewnie większość czytelników kupi książkę dla Kuczoka czy Chwina albo Iwasiów, Orbitowskiego. Tak mi się wydaje (^_-)

      Pozdrawiam^^

  3. Na marginesie
    Nie wiem, czy widziałaś, jak wygląda logo Wrocławia na Euro 2012.

    Rozciągnięte na moście usta bardzo miłosne, prawda? Tak mi to przyszło na myśl podczas czytania Twojej recenzji.

    Ad rem
    Najbardziej zaintrygowało mnie opowiadanie „Sample” autorów kryminałów. Nie lubię za bardzo tego typu książek, ale zawsze się trafi jakaś perełka. A jeśli nie, to przynajmniej pośmiać się trochę można :)

    1. O, dziękuję za link! Nie widziałam. Ale teraz to wiele tłumaczy (^_-)

      Tak, perełki się zawsze zdarzają (dla mnie np. utwór Syrwid; ciekawe, co by się Tobie spodobało).

      Sample ma dobry początek, ale z zakończeniem jest słabo. Chyba od tego momentu, gdy autorzy (Grin, Grzegorzewska i Świetlicki) sami poniekąd zostali bohaterami, przechodzi fala niekontrolowanego śmiechu i już nie jest tak, jak było na początku.
      Pośmiać się można, niejednokrotnie. Gorzej, że większość jest śmieszna, a nie zabawna.

      Pozdrawiam!^^

  4. Zgadzamy się tylko co do opowiadania Syrwid. Porwała mnie formą przekazu. Uznane przez ciebie za najlepsze opowiadanie autorskiego trio, mnie rozczarowało. Odebrałam je jak właśnie rechot, ale ze mnie, czytelnika. Napisane na zadany temat z zakończeniem , które mnie odrzuciło. A dogging zaintrygował, nie byłam świadoma tego zjawiska.:)

    1. Hehe, nie uznałam go za najlepsze opowiadanie (^_-). Tak, to rechot z czytelnika. W zamierzeniu, jak przypuszczam.

      Hm, mnie tego typu zjawiska (jak dogging, wojeryzm i inne) nie ekscytują, stąd moje opory przed formą, w jakiej zaprezentował je autor opowiadania. Liczyłam na więcej inwencji u Kuczoka, zważywszy, że zaczyna się naprawdę elektryzująco. Ciekawe, na ile mieszkańcy Wrocławia zdają sobie sprawę z tego zjawiska (^_-).

      Pozdrawiam!

  5. O, a tak zrozumiałam.:) Natomiast Kuczok troszkę chyba przewrotnie potraktował to nowe zjawisko doggingu, przeciwstawiając je staremu, ale ukrytemu i nazywanemu po prostu – seks duchownych w kościele. Bardzo odważna wizja i obrazoburcza, może dlatego na początku opowiadania umieścił asekuracyjne zdanie o całkowitej fikcji literackiej. Ale w domyśle – a kto kogo tam wie, jak jest naprawdę? Świeccy się nim ekscytują jako nowością, a duchowni mają go od zawsze! ;))))

    1. Hehe, tak. Zgodzę się, że chodziło o pewien gest (poniekąd) obrazoburczy itd., ale samo wykonanie mnie nie przekonało.
      Z tymi duchownymi bym tak nie generalizowała – różnie bywa(ło). Ostatnio jednak ten temat stał się modny, nośny i eksploatowany na różne sposoby, toteż wydaje mi się, że tu leży główny powód, dla którego Kuczok po niego sięgnął (^_-). Ale to takie moje subiektywne odczucie.

  6. Po Twoich słowach mogę odetchnąć z ulgą. Uff. Na swoje szczęście podziękowałam za propozycję otrzymania tegoż tytułu. Nie chciałam go po pierwszym rzucie oka na kiczowatą okładkę. Nie chciałam go bo nie znoszę antologii opowiadań zebranych w związku z jakimś nośnym tematem. Nie żałuję, że odmówiłam. Nie żałuję, że nie przeczytam. Zastanawiam się, po kiego diabła w ogóle robi się takie antologie? Ani to wartości literackich nie ma, płaci się pisarzom grosze za pisanie takich „bzdetów”,albo w ogóle nie płaci, nie dba się o graficzną stronę okładki. Ech, szkoda słów.

    1. Okładka też mnie odrzuciła, ale przeczytałam spis treści i… zaryzykowałam (m.in. dla Kuczoka, ale byłam też ciekawa utworów kilku innych pisarzy). Nie żałuję, bo jest parę interesujących opowiadań. Gorzej, gdyby nic mi się nie podobało (^_-).

      Po co się robi? Hehe, bo sporo ludzi, wbrew pozorom, lubi takie antologie – oto mają „w pigułce” pisarstwo najgłośniejszych obecnie pisarzy, obok jakiś debiut, coby nie było, że sami „wielcy” i „wspaniali”. No i musi się sprzedawać całkiem dobrze, skoro wydawnictwa nie rezygnują z takich przedsięwzięć (^_-)
      A tak na poważnie – wciąż się nad tym zastanawiam. Może by trzeba kiedyś zapytać kogoś z wydawnictwa?

  7. Jeden raz w życiu zakupiłam zbiór opowiadań o miłości. Był niewypałem. Do tego stopnia zniechęcił mnie do takich pomysłów (pod hasło: miłość), że nigdy więcej nie kupiłam i nie czytałam takich antologii. Zaznaczam przy tym, że ogólnie lubię antologie opowiadań – dzięki nim można czasem znaleźć nowe i ciekawe nazwiska.
    Abstrahując od antologii o miłości, z dużym dystansem i niezbyt chętnie podchodzę do wszelkich tytułów o miłości jako wątku /temacie przewodnim. Dlaczego? Bowiem tylko niewielu pisarzy potrafi pisać ciekawie, bez ckliwości, a przy okazji opowiadając piękną historię. Pozdrawiam;)

    1. Oj tak, zgadzam się w zupełności – niewielu pisarzy potrafi pisać o miłości pięknie, porywająco, intrygująco, ciekawie… No a antologie jakie są, każdy widzi (^_-)

      Pozdrawiam serdecznie xD’

  8. dostałam propozycję przeczytania tej książki, ale nie zainteresowała mnie kompletnie, wahałam się przez moment ze względu na Wrocław który niezmiernie lubię i trochę mi tęskno do tego miasta, bo spędziłam w nim troszkę czasu, ale jakos przez pryzmat miłosci w opowiadaniach niespecjalnie chciałam go sobie przypominać. No i ta koszmarna okładka…W sumie pal6 okładkę ale jakos nazwiska mnie nie porwały, może dlatego ze nie czytam zbyt dużo polskiej prozy. W każdym razie nie żałuję decyzji…
    Wiadomo, że każdy subiektywnie ocenia, ale jak tak czytam w reckach o tych niespojnosci, że po kiego grzyba taki zbiór, to stwierdzam że chyba cos w tym jest.

    1. Rozumiem. To rzeczywiście lepiej, że nie czytałaś tej książki xD”’
      Tak – zbiór rozczarowuje (poza pojedynczymi opowiadaniami), niestety. Szkoda, bo można było stworzyć interesujące obrazy Wrocławia… Często nie rozumiem wydawców (^_-)

      Pozdrawiam!^^

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s