„Nasza rozkosz to formuła matematyczna.”* Recenzja „Przynęty” Joségo Carlosa Somozy

(…) nie należy nikogo sądzić po pozorach. (…) nie ma rzeczy czarnych i białych, jest tylko nieskończoność szarości o nieznacznych różnicach w tonach. [s. 147]

W skład madryckiej policji wchodzi Departament Psychologii Kryminalnej. I nie byłoby w tym nic dziwnego i nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w jego ramach funkcjonuje i prężnie rozwija się specjalna komórka odpowiedzialna za szkolenie… żywych „przynęt”: dzieci, młodzieży, kobiet, mężczyzn. Ich celem jest zniewolenie, usidlenie i tym samym wyeliminowanie przestępców. Nikt nie ma prawa wiedzieć o istnieniu „przynęt” – stanowią coś w rodzaju tajnej i niezwykle niebezpiecznej broni.

Do świata zdegenerowanych umysłów Przynęty wprowadza Prolog, ale na grę trzeba poczekać do Rozpoczęcia. O dziwo, to właśnie Antrakt (a przecież antrakt jest przerwą w czasie przedstawienia!) przenosi nas do mikroświata Widza i wykłada na stół Jokera. Właściwe przedstawienie to, paradoksalnie, demoniczny Finał i nie mniej zaskakujący Epilog. Czytelnicy książki Somozy przyglądają się jeden z „przynęt”, Dianie Blanco Bermúdez, która ściga właśnie nieuchwytnego Widza – mordercę prostytutek i emigrantek. Kolejna porażka potęguje frustrację. Diana postanawia przejść na „emeryturę”, ale gdy do łowów na Widza przyłączy się jej młodsza siostra, kobieta zostanie zmuszona przemyśleć swoją decyzję… I chociaż główną osią Przynęty jest zemsta, to należy pamiętać, że nic nie jest takim, jakim się wydaje. A bohaterowie nie tylko zaskoczą nas swoją przeszłością, decyzjami sprzed lat, ale przede wszystkim oszukają czytelników, z łatwością ukrywając się za „maskami”. Poprowadzą nas na manowce, by przypieczętować spektakl diabolicznym, obłąkanym finałem.

Dzisiaj nikt nie jest tym, na kogo wygląda. [s. 22]

José Carlos Somoza nadbudowuje standardową współczesną historię kryminalną – historią zmierzającą w kierunku krwawego, mrocznego thrillera psychologicznego – wizją nie tylko przecież literackiego motywu theatrum mundi, ale całkiem poważnej teorii głoszącej, że świat jest teatrem, iluzją sceniczną, a każdy nasz gest i słowo to starannie zaplanowane i przygotowane składniki przedstawienia. Jakby tego było mało, hiszpański pisarz decyduje się na wprowadzenie do swojej powieści… elementów dzieł dramatycznych Williama Szekspira, elementów – dodajmy – przewrotnie przetworzonych, acz nie zawłaszczonych, co ważne. Oto bowiem, jak stara się nas przekonać Somoza, istnieje prawie sześćdziesiąt „filii”, a nazwa konkretnej „filii” wskazuje na strukturę i uzależnienia określonego „psynomu”. „Psynom” to coś w rodzaju kodu… naszych pragnień. Co istotne, „psynom” ma wyjaśnić, że to, czym jesteśmy, co myślimy i co robimy, zależy wyłącznie od naszych pragnień, że wyrażamy te pragnienia w każdym ułamku sekundy: gestem, ruchem oczu, głosem (…) psynom nie kryje się w świadomości, ale (…) ją w sobie zawiera. [s. 174-175] To, co zwykliśmy nazywać uczuciami, „przynęty” określają mianem „masek”. Specjalnie trenowane „przynęty” permanentnie odgrywają ustalone role, co rusz przywdziewając inne maski, by wykonać taniec usidlenia, polegający na doborze odpowiednich gestów, na aranżacji przestrzeni (oświetlenia, kolorystyki). Wszystko to ma na celu ofiarowanie przestępcy zniewalającej… rozkoszy. Dosłownie zniewalającej, uzależniającej, ubezwłasnowolniającej. Poszczególne „filie” zakodowane zostały w twórczości Szekspira, który – takie krążą teorię wśród kierownictwa tajnego oddziału do spraw „przynęt” – tworzył swoje dzieła na zlecenie Londyńskiego Kręgu Gnostyków. Odczytanie „przesłania” szekspirowskich dramatów otwiera drogę do… manipulowania ludzkim pożądaniem.

Nie możemy kontemplować naszych najgłębszych pragnień, nie czując lęku. [s. 209]

Manipulacja namiętnościami (a każdy z nas – tak, trzeba posłużyć się często stosowanym przez Somozę kwantyfikatorem – każdy z nas czegoś pożąda, łaknie i szuka tego czegoś, co sprawia mu niewysłowioną przyjemność), kontrola nad pragnieniami przestępców to jedynie preludium do zawładnięcia całymi narodami, społecznościami. Eksperymenty przeprowadzane na niebezpiecznej broni, ułatwiającej wszelkiego rodzaju nadużycia, wymkną się któregoś dnia spod kontroli. Co wówczas zrobi „twórca” idealnej broni? Czy zdoła uciec, nim będzie za późno? Zwróćmy uwagę, że z jednej strony „przynęty” (swego rodzaju „produkty” transhumanizmu) przekształcają się w maszyny. Stopniowo dokonywana reifikacja (już sama nazwa – „przynęta”!) wpływa na mimowolne zestawienie „przynęty” z manekinem, marionetką, lalką. A z bezwolną pacynką można zrobić wszystko – zarówno fizycznie, jak i psychicznie zniszczyć, wyeliminować, gdy przestaje być użyteczna. W końcu to tylko „rzecz”. Natomiast człowiek, wobec którego stosowane są różne techniki „masek”, przemienia się w niewolnika, posłusznego bezgranicznie i świetnie zaprogramowanego robota…

W kontekście, skądinąd ciekawej tezy o istnieniu „psynomu”, warto zwrócić uwagę na sceniczną przestrzeń, zaaranżowaną przez Somozę z detalami – choćby mieszkanie Diany, teatr Los Guardeses (miejsce gry przynęt, szkoleń i ostatecznego rozwiązania, bo przedstawienie musi zatoczyć koło), domy przestępców (w tym Widza), a także plenery (miejsca, w które udają się przynęty, by zapolować). Gra światłocienia, kolorystyka (zwłaszcza biel, czerń, czerwień, silne kontrasty), dekoracje (na przykład lalki czy lustra) oraz aktorzy na somozowej scenie prezentują się niczym dobrze skonstruowany teatr współczesności – krwawy, bezlitosny, perwersyjny, wyuzdany i hedonistycznie bezwzględny.

Przynęta, jak na postmodernistyczną żonglerkę motywami, wpisuje się nieco (podkreślam: nieco) w stylistykę Imienia róży Eco czy Czarnej księgi Pamuka (zauważmy, że wszystkie wychodzą od elementów powieści kryminalnej, detektywistycznej). Dla niektórych będzie iście nieprawdopodobną historyjką, dla innych uwodzicielską i magnetyczną wariacją na temat kondycji współczesnego człowieka, ale także zagrożeń płynących z uwikłania politycznego oraz wyeliminowania norm moralnych z życia społecznego.

Przyszłość to tylko duch, a wymyślamy ją, żeby nas samych przestraszyć (…) Makbeta przeraża to, co  m o ż e  się stać, i to doprowadza go do stanu, w którym nie orientuje się, co się naprawdę  d z i e j e. [s. 345]

——————
* José Carlos Somoza, Przynęta, przeł. Agnieszka Rurarz, Muza, Warszawa 2011, s. 177. Wszystkie następne cytaty pochodzą z tego samego wydania i zostały umiejscowione bezpośrednio w tekście.

Autor: Luiza Stachura

Reklamy

10 thoughts on “„Nasza rozkosz to formuła matematyczna.”* Recenzja „Przynęty” Joségo Carlosa Somozy

    1. Tak, rozrywkowa (chociaż… to zależy, kto i co rozumie przez pojęcie „rozrywka” ; )). „Głębokich” treści bym się nie doszukiwała, jakkolwiek… hiszpańska literatura bywa przewrotna ; )

      Pozdrawiam!^^

    1. Otóż to! xD

      Z tym słowem „rozrywkowa” trzeba uważać, tak sądzę. Konotuje ono przede wszystkim zabawę. A książka Somozy jest… krwawa, brutalna, okrutna, momentami drastyczna. Stąd też moje zastrzeżenie w poprzednim komentarzu.^^’

      Głębokości nie można się spodziewać po literaturze popularnej, a Przynęta jest dobrym przykładem literatury popularnej ; )

      Pozdrawiam!^^

  1. ja bym sobie to chetnie przeczytała, szczególnie dla tego diabolicznego finału. Chociaż po tej notce, mam wrażenie że to dosc pogmatwana książka i mimo iż rozrywkowa to chyba trudna. Nie znam Somozy w ogóle więc nie wiem czego się spodziewać

    1. Tak, dla samego finału warto. Zaskoczył mnie Somoza xD
      Nie jest trudna, ale teorie „psynomu”, „filii” itd. na początku wydają się całkowitym kosmosem, z czasem wszystko się krystalizuje (^_-)
      Też go nie znałam wcześniej, ale wiem, że chcę poznać xD

      Pozdrawiam serdecznie, Mary!^^

  2. Przepraszam , przeczytałem dopiero 100 stron ale to raczej quasi Marinina a nie wielki Umberto??
    Ktoś sie chyba zagalopował! Przeczytam do końca ale….
    Państwa opinie nie nastrajają mnie optymistycznie.
    Napiszę coś jak skończę …jednak Somoza to nie jest moja literatura.- choc przyznaję czyta się lekko,(łatwo) i prawie przyjemnie.

    1. He~h, napisałam, że wpisuje się nieco w stylistykę takiego przedstawiciela literatury postmodernistycznej, jakim jest Imię… – nie jest to równoznaczne z tym, że jest takie samo czy dorównuje jakościowo. Po prostu prostsza wersja, dla mniej wymagających (^_-)
      Nie wiem, czy Eco jest taki wielki. Zależy od czytelniczych fascynacji.

      Somoza nie jest wybitnym pisarzem, nie jest twórcą arcydzieł, ale czyta się poniekąd przyjemnie, poniekąd zajmująco.
      Nie każdy pisarz to Ernesto Sabato czy James Joyce – niestety (^_-)

      Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s