„Zdemitologizować siebie”. Recenzja „Faktów. Autobiografii powieściopisarza” Philipa Rotha

Recenzję można przeczytać na stronie bookznami.pl

Z racji, że (chwilowo?) stara strona bookznami.pl nie działa, zamieszczam tekst na blogu [14.04.2013]

 

Dekonstrukcji formy, jaką jest autobiografia, Philip Roth dokonuje już na samym początku, zanim jeszcze czytelnik ma sposobność przyjrzeć się bliżej spisanym faktom z jego życia, przefiltrowanym, co jasne, przez typową dla literatury intymistycznej tendencję do retuszowania, permanentnej kontroli tego, o czym się opowiada. Podtytuł Faktów oraz motto zaczerpnięte z własnej powieści to pierwsze elementy misternie zbudowanej sieci, w którą łapie swoich odbiorców jeden z najpoczytniejszych współczesnych amerykańskich pisarzy. Sformułowanie autobiografia powieściopisarza kieruje bowiem uwagę ku byciu twórcą fikcji, ku świadomemu kreowaniu rzeczywistości – gdzie miejsce na prawdę i szczerość? Pierwsze słowa Faktów skierowane są do bohatera wielu utworów Rotha, Nathana Zuckermana (alter ego pisarza). Monolog-list do postaci literackiej przeobraża się w osobliwą prośbę – Zuckerman ma przeczytać autobiografię i osądzić (niczym wydawca!): drukować czy nie drukować? Napięcie między fikcjonalnością, korygowaniem własnej biografii, licznymi przemilczeniami a prawdą, obnażaniem swojej duszy i faktami będzie widoczne aż do końca książki, gdzie (na zasadzie swoistej kody) pojawi się wyczekiwana odpowiedź Zuckermana. W finałowej części Faktów, za pośrednictwem bezpiecznego, zdystansowanego „ty”, Philip Roth dokona autopsychoanalizy.

Pisarz, wspominając swoje szczęśliwe dzieciństwo, dorastanie w Newark, gdzie ukonstytuowała się jego tożsamość Żyda-Amerykanina, malowniczo opisuje lata 40. i 50. XX wieku. Początku „fikcjonalizowania” faktów dopatruje się we wczesnych czasach studenckich, kiedy zaprzyjaźnionym małżeństwom wykładowców opowiadał o rodzinnej miejscowości oraz tamtejszych ludziach, kreśląc tym samym portrety różnych typów osobowości. Co ciekawe, zauważa, że jego pierwsze próbki pisarskie charakteryzował smutek, empatyczność, nastrój podniosły, bez śladu komizmu, przed którym owa pompatyczna powaga musiała ustąpić w późniejszej twórczości. Wątek dość interesujący dla czytelnika powieści Rotha – kobiety jego życia – nie jest zanadto rozwinięty. Odbiorca zadowolić się musi obszerną relacją życia z Josie (imię zmienione?), uosabiającą i utożsamiającą wszystkie możliwe stereotypy dotyczące gojów, ba! kobietą, która – jak utrzymuje Roth – była jego nauczycielką literatury ekstremalnej, wpędzając go w psychozę i obłęd. Zgrabnej rewizji i reinterpretacji takiego obrazu Josie dokona autor za pomocą Zuckermana w ostatniej części Faktów. Ale o innych kobietach, w tym o matce, wspomina jedynie szczątkowo, fragmentarycznie, jakby z pewną dozą obawy i nieśmiałości. Stosunkowo niewiele pisze Roth także o ówczesnej (przełom lat 50. i 60. XX wieku) recepcji jego opowiadania Obrońca wiary i nieco późniejszego zbioru Goodbye, Columbus, które wywołały falę krytyki i oskarżeń, między innymi o… antysemityzm.

Fakty stają się raczej czymś na kształt quasi-Bildungsroman, zapisem narodzin pisarza (powtórka z Cienia pisarza?). Niby Roth odsłania się, niby bez fałszu prezentuje swoje życie aż do ogromnego sukcesu Kompleksu Portnoya, ale… brzmi mało przekonująco, brakuje jego myśli, wrażeń, spostrzeżeń, nie ma praktycznie w ogóle introspekcji. Zdaje się, że autor chce pozostać na powierzchni, prezentując wyłącznie „suche”, nieobrobione literacko fakty. A może to właśnie fikcja, nieposkromiona wyobraźnia przyczyniająca się do kreacji światów powieściowych, pociąga nas najbardziej, podczas gdy rzeczywistość nie jawi się jako aż tak bardzo ponętna i pociągająca?

Fakty (1988) mają być w zamierzeniu próbą rekonstrukcji pewnych wydarzeń z życia osobistego Rotha (wówczas pięćdziesięciopięcioletniego mężczyzny). Jednakże, jak kokieteryjnie zauważa autor już na początku, nie są one spisywane na czytelniczo-wydawnicze zamówienie i zapotrzebowanie na tego typu, co tu dużo mówić, ekshibicjonistyczną literaturę. Wręcz przeciwnie – Roth zapewnia, że pod wpływem stanu depresyjnego, załamania nerwowego, zdecydował się na stworzenie Faktów. Mimo to pisze (tyleż przypadkowo, ile celowo i świadomie) z myślą, że ktoś inny będzie to czytał. Dokonuje zatem zarówno ułagodzenia własnego wizerunku (co oczywiste – każdy tak robi, świadomie czy nie, wpisuje się w mitomańskie fabrykowanie autobiografii), jak i zmienia imiona niektórych (wszystkich?) osób, pojawiających się w jego wspomnieniach, co z kolei stoi w jawnej sprzeczności ze szczytną ideą pisania dla siebie, w celach mniej bądź bardziej terapeutycznych:

Jeśli ten rękopis niesie jakieś przesłanie, to jest nim deklaracja zmęczenia maskami, przebraniami, zniekształceniami i kłamstwami. (…) Swoistą naiwnością ze strony pisarza takiego jak ja jest deklaracja o przedstawieniu się „bez kamuflażu” i opisywaniu „życia bez fikcji”.

W Faktach najbardziej uderza brak introspektywnych analiz, autowiwsekcyjnych dociekań. Otrzymujemy jedynie skrótowe informacje, niekiedy podane w nieco bajkowej formie, rodzącej pytania o koloryzowanie rzeczywistości przez Rotha. Można zaryzykować twierdzenie, że dopiero literatura, zakładająca w pewnym stopniu konfabulowanie, zmyślanie, grę, pozę oraz przywdziewanie masek (Zuckermana, Portnoya, Tarnopola, Kepesha), umożliwia autorowi swobodne żonglowanie wydarzeniami. Fakty, realne zdarzenia przeobrażają się w klocki, z których pisarz dzielnie komponuje historyjki. Z twórcy staje się bricoleurem, majsterkowiczem – to, co znajdzie na swej drodze, służy mu za materię dzieła. Dlatego też dopiero fikcyjna postać, Zuckerman, jest w stanie rozebrać na czynniki pierwsze autobiografię – gatunek naznaczony fałszem, przekłamaniem, (wy)idealizowaniem – ułatwiając rewizję tego, co zostało spisane:

Autobiografii zawsze towarzyszy drugi tekst, kontratekst  wobec tego, który widnieje na papierze. To chyba najbardziej zmanipulowana ze wszystkich form literackich.

Czy szlachetna próba „zdemitologizowania siebie” powiedzie się Rothowi w Faktach? Tak – w odpowiedzi Zuckermana. Należy jednakże pamiętać, iż w niemalże całej literaturze intymistycznej (dziennikach, pamiętnikach czy wspomnieniach) fakty kryją się w elementach przemilczanych:

W pewnym sensie zawsze mówimy po to, żeby zarazem nie powiedzieć nic (…)

Philip Roth, Fakty. Autobiografia powieściopisarza, Czytelnik, 2011.

Luiza Stachura

Advertisements

10 thoughts on “„Zdemitologizować siebie”. Recenzja „Faktów. Autobiografii powieściopisarza” Philipa Rotha

  1. Philip Roth… jakoś nigdy mnie do niego nie ciągnęło.
    Skoro napisałaś recenzję jego autobiografii to pozwolę się zapytać (bo jestem ciekawa jak inni to widzą), co z jego dorobku pisarskiego, wg Ciebie, stanowi szczyt jego twórczości pisarskiej, co jest numerem 1?

    1. Nie znam wszystkiego, co napisał (i co zostało wydane po polsku), ale zaryzykuję twierdzenie, że Kompleks Portnoya jest numerem 1 (jak dla mnie, oczywiście) i nic lepszego Roth już nie napisze (obym się myliła – lepiej, gdy pisarz się rozwija). Cała reszta wydaje się przetwarzaniem tego samego motywu, ale już nie w tak porywający sposób.

      Pozdrawiam serdecznie!

      1. To jeden z jego najwcześniejszych tytułów. A ja jednak jestem oporna na jego twórcze „wdzięki” i póki co nie jestem fanką ani jednego jego tytułu.
        Skoro już jesteśmy przy pisarzach amerykańskich, to nie wiem z czego to wynika, może wielu z nich nie potrafię docenić, albo nie docierają do mnie, ale np. taki Cormac McCarthy, uznawany za jedno z najwybitniejszych dziś nazwisk w lit. amerykańskiej, a ja nie wiem nawet, gdzie go umieścić na mojej prywatnej mapie pisarzy. Np. jego „Drogę” uważam na płaszczyźnie językowej za coś nawet ciekawego, zakończenie namalowane niczym obraz, ale całość tej prozy w moim mniemaniu jest monotonna, miałka i chyba nie zasługuje na takie miejsce w panteonie wielkich tytułów, jakie ma. Jakie masz zdanie?

  2. @Alice:
    A bo Roth nie należy do pisarzy wybitnych, do Twórców-Kreatorów, do eksploratorów nowych przestrzeni, do poszukujących innych języków, które umożliwiłyby mówienie o rzeczywistości, o snach, koszmarach, mitach. Jego książki są nierówne. Na Nobla, moim zdaniem, nie zasługuje. Nie należę do jego wiernych czytelniczek – nie odnajduję w jego literaturze tego, czego poszukuję. Nie ekscytuje mnie, ba! nie zmusza do negacji (jakiejkolwiek). Jeśli mam okazję, to czytam. Może oczekuję, że kiedyś mnie zaskoczy?
    Amerykańska (czyt. pochodząca z USA) literatura nie ofiaruje mi tego, co odnajduję w, na przykład, literaturze francuskiej, rosyjskiej, hiszpańskojęzycznej, chińskiej (do tej zaliczam także twórczość pisarzy wydających w Stanach Zjednoczonych, ale pochodzących z Chin), japońskiej czy polskiej.

    Cormac McCarthy? Moja znajomość jego twórczości jest zbyt mała, bym mogła jednoznacznie powiedzieć, że zasługuje/nie zasługuje na miano jedno z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy (jeśli ten stan się zmieni, czyli przeczytam więcej, to wówczas odpowiem szerzej). Ale samo sformułowanie „najwybitniejszy” – w przypadku współczesnej literatury (powiedzmy, że tej od połowy XX wieku) – wzbudza we mnie podejrzliwość.

    Napiszesz kiedyś coś (na swoim blogu) o McCarthym? Chętnie bym przeczytała.

    1. Ja akurat lubię twórców – kreatorów, pisarzy – artystów, pisarzy specyficznych, ale i tak Rooth jest poza kręgiem moich fascynacji, przynajmniej taki jest stan na dziś dzień.
      Literatura amerykańska (czyli z USA) to też temat tak naprawdę na szerszą dyskusję, bo nie chciałam też jej jakoś skreślić – jej i wielu nazwisk, które lubię i cenię. Tylko odnoszę wrażenie, że tam wiele tych znanych i podziwianych tytułów i nazwisk, w moim odczuciu nie jest takimi wielkimi , jak je malują.
      Oczywiście napiszę o McCarthym, już miałam to zrobić dużo wcześniej w odniesieniu do jego „Drogi” jako postapokalipsy, ale jakoś nie mogłam się przybrać do napisania komentarza. Obserwuj, pewnie jeszcze w tym tygodniu coś pojawi się na blogu a propos jego wizji postapokalipsy.

      1. Tzn. napisałam, że Roth nie należy do takich twórców-kreatorów (^_-)

        Oczywiście, mówiłam o współczesnej, najnowszej literaturze z USA – nie jest to miejsce, gdzie odnajduję swoje literackie inspiracje itd., ale nie neguję wartości literatury amerykańskiej. Pewnie, że istnieje wielu pisarzy (nie tylko w Ameryce, ale i np. w Polsce), którzy nie bywają określani najwybitniejszymi, ale niejednokrotnie w czytelniczym odczuciu są o wiele bardziej interesujący/zajmujący niż owi „najwybitniejsi”. A zdradzisz (niekoniecznie w komentarzu, ale – na przykład – na swoim blogu), których pisarzy amerykańskich/które amerykańskie (arcy)dzieła cenisz najbardziej?

        Tak, „śledzę” Twojego bloga, podążam za Twoimi słowami, jakkolwiek nie komentuję często.^^’

        Pozdrawiam!

  3. Jasne, zdradzę, zdradzę;)

    Przyznam Ci się już tutaj, że od czasu do czasu uwielbiam usiąść w ciszy, wziąć „Opowieści niesamowite” czy coś innego E. A. Poe i na wolnym czytaniu, i wychwytywaniu detali spędzić część wieczoru. Jeszcze nie jestem wielką znawczynią jego twórczości, ale niewątpliwie jest to pisarz – twórca osobliwy, charakterystyczny, no i dziś wielki klasyk wszystkiego, co może ukrywać się za pojęciem – „makabryczności”.

    Może tutaj jeszcze napiszę Ci tylko o R. Bradburym, którego zaczęłam czytać za sprawą znajomego obcokrajowca (i wcale nie przez Amerykanina, a kogoś zza naszej wschodniej granicy). I zanim zaczęłam czytać Bradbury’ego miałam o nim takie wyobrażenie jako typowego (czytaj nieciekawego, a jedynie osadzającego w jakiejś wyimaginowanej krainie swoje story) pisarza science fiction. I tak przeczytałam „Ten, który czeka”. Rzecz jasna – fantastyka, ale… tekst miał duszę, to coś, i był bardzo frapujący dla mnie. Wracałam do niego wielokrotnie, hehe, czasami czułam się jakbym wkładała głowę w „studnię”, która jest jednym z ważnym elementów tej historii. Tekst mnie niepokoił jakoś, ale i interesował. Uważam tego pisarza na pewno za kogoś lirycznie przezdolnego, no i zawsze ciekawie między wierszami przemycającego podteksty. Ale to moje zdanie.

    Może w tym miesiącu uda mi się napisać na blogu takie moje bardzo osobiste „wyznania”, hehe, trochę św. Augustynem pachną te słowa;d odnośnie moich fascynacji lit. amerykańską. Może przy okazji wymienię kogoś Ci nieznanego, a godnego do bliższego poznania;)

    Pozdrawiam!;)

    1. Aaaa, Poego również cenię, jakkolwiek nie myślałam o nim w kontekście naszej rozmowy (XIX wiek pominęłam).
      Bradbury? Interesująco i pociągająco o nim piszesz. Poszukam przy najbliższej okazji książki Ten, który czeka.

      Hehehe, coś w tym jest – też mam skojarzenie ze św. Augustynem xD”’
      Będę czekać z niecierpliwością na wpis! xD

      Pozdrawiam serdecznie!^^

      1. „Ten, który czeka” („The one who waits”) jest opowiadaniem, NF kiedyś go drukowała w przekładzie Marka Nowowiejskiego, tekst krąży w sieci, więc i łatwo go przeczytać.

        A Poego wcisnęłam tutaj bo jest oryginalny, charakterny i ma to coś, czaruje mnie;p (a wiesz jak to jest z tą lit. amerykańską, czyli z USA, odcinając od tasiemki fantastykę i serie o lit. popularnej o wampirach, zombiakach i innych taśmowych produktach, nie jest już aż tak dużo rybek w morzu) ale we wpisie postaram się bardziej współczesnych przedstawić.

        Aaaa i pisząc w tym miesiącu, miałam na myśli listopad, bo ja już myślami w listopadzie siedzę, ale za to w tym tygodniu powinien pojawić się wpis o McCarthy’m i jego wizji postapokalipsy;)

        Pozdrowienia;-)

  4. @Alice:
    Tak, znalazłam w Internecie skany tego opowiadania. Dziękuję!

    Poe to podstawa xD Punkt wyjścia (i dojścia). Charakterny? Ciekawe określenie Poego xD

    Tak sądziłam, że listopad masz na myśli (ja też już tam myślami przebywam^^’).
    Świetnie, zatem na McCarthy’ego wizję postapokalipsy czekam.

    Dobrej nocy! xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s