Deszcz. O książce „Na południe od granicy, na zachód od słońca” Harukiego Murakamiego

Czytając byle co, mam wrażenie, że marnuję czas.*

Hajime w dzieciństwie zaprzyjaźnił się z Shimamoto. Piękna relacja między dziećmi została przerwana, gdy podjęli naukę w innych szkołach. Ich drogi rozeszły się, ale ideał, którym stała się Shimamoto, pozostał w pamięci Hajimego. Żadna kolejna dziewczyna nie mogła wyrugować obrazu stworzonego przez wspomnienie (o) pierwszej miłości. Co by się jednak stało, gdyby któregoś dnia znów się spotkali? Czy byliby gotowi porzucić dotychczasowe życie i na gruzach zbudować coś nowego, innego?

Powyższe zarysowanie treści Na południe od granicy, na zachód od słońca wskazuje, oczywiście, na schemat fabularny, z którego korzysta Haruki Murakami. Romans, powieść (quasi-)społeczno-obyczajowa, kolejny wariant pocztówki z krainy samotności – dla niektórych Na południe od granicy, na zachód od słońca będzie sztandarowym przykładem kuglarstwa japońskiego pisarza, efektem dzielnej pracy bricoleura, majsterkowicza, jego umiejętnego zwodzenia czytelnika, prowadzenia na manowce (a przecież prawie każdy czasami tego potrzebuje). Inni odnajdą w literackiej przestrzeni Murakamiego odpryski ze swojego świata, bo – jak przystało na całkiem przyzwoitą literaturę popularną – Na południe od granicy, na zachód od słońca wpływa przede wszystkim (o ile nie w ogóle) na sferę emocjonalną odbiorcy.

Nie wszystkich, co prawda, oczaruje Hajime – niezwykle irytujący, nieco neurotyczny, wiecznie poszukujący szczęścia, ideału, wypełnienia wewnętrznej pustki. Zastanawiające, że nie potrafi nigdzie znaleźć chociaż chwilowego nasycenia, wszak nie o głód intelektualny i nie o głód metafizyczny rozbija się cała sprawa, a jedynie o cielesne pożądanie.** Takie rozterki (czy raczej sposób, w jaki je prezentuje Murakami) mężczyzny w wieku trzydziestu siedmiu lat przywodzą na myśl tyleż zbliżający się kryzys wieku średniego, ile wieczne dziecięctwo-chłopięctwo, niedokończony etap dorastania i dojrzewania. Ciągłe wahanie się, niezdecydowanie, nieustanne odwracanie się za siebie i spoglądanie w przeszłość, jakby życie – prawdziwe życie – minęło go gdzieś po drodze, zostawiając mu jedynie substytut, lichy ekwiwalent. A ma wszystko, o czym mógłby zamarzyć – żonę, dzieci, pracę przynoszącą satysfakcję. Dlaczego do szczęścia potrzebne mu usidlenie i zatrzymanie przy sobie ideału, który rozwiałby się w ciągu paru dni codziennego życia? Hajime żyje wyobrażeniem Shimamoto. Pamięta ją jako dwunastolatkę, rozpamiętuje wciąż chwile spędzone wspólnie w dzieciństwie, ale nic o niej tak naprawdę nie wie, nie zna jej. Dlatego też, gdy pewnego dnia zjawia się ona w jego życiu, nie potrafi oprzeć się pokusie, by porzucić wszystko dla ułudy i iluzji. Bezrefleksyjnie, działając pod impulsem, dąży do urzeczywistnienia snów. Zresztą zachowanie Shimamoto wydaje się niezwykle zagadkowe i zapewne każdy czytelnik rozmaicie będzie je interpretować. Być może pojawienie się kobiety ze snów w pozornie ustabilizowanym życiu Hajimego przyspieszyło tylko nieuniknione. Szkoda jednak, że Murakami przy finale powieści nie poszedł o krok dalej, zatrzymując się wyłącznie na metaforach (skądinąd mało wyszukanych) świata-pustyni i życia-pustyni.

Tym, co najciekawsze w Na południe od granicy, na zachód od słońca, jest próba podjęcia przez japońskiego pisarza wątku tyleż przeznaczenia i przypadku, ile naszego wpływania na inne osoby. Nieustanne interakcje, wzajemne oddziaływanie, przyciąganie i odpychanie przyczyniają się do zmiany naszego i cudzego życia, świata, przestrzeni, priorytetów, marzeń, poglądów. Dla Hajimego jednym z takich spotkań-katalizatorów stanie się znajomość z Izumi – skrzywdzona przez niego, a mimo to (w sposób, a jakże!, ambiwalentny) uwalniająca i wyzwalająca go z omamów i sennych rojeń (ale czy przy tym nie wciągająca go w lodowe przestrzenie pustki i samotności?).

Wiele obiecujący czytelnikowi tytuł można, co jasne, interpretować zarówno podążając za dokładnymi wskazówkami zawartymi w powieści, jak i z szerszej perspektywy (zderzenie między wyobrażonym a rzeczywistym). Tym samym, w zależności od przyjętej optyki, „na południe od granicy” (ale jak rozumianej granicy? Granicy państwowej, granicy ciała, granicy snu i jawy czy jeszcze innej?) i zarazem „na zachód od słońca” odkryjemy albo iluzję, albo rzeczywistość-codzienność.

Jeśli wystarczająco długo patrzy się na deszcz i nie myśli o niczym, człowieka stopniowo ogarnia uczucie, że jego ciało się uwalnia, otrząsa z rzeczywistości świata. Deszcz ma hipnotyzującą moc.***

——————
* Haruki Murakami, Na południe od granicy, na zachód od słońca, przeł. Aldona Możdżyńska, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2010, s. 111.
Okładka, jak zawsze, zachwycająca. Chyba najlepiej prezentuje się (brzmi) tłumaczenie na język polski prozy Murakamiego dokonane przez Aldonę Możdżyńską.
** Uprzedzając ewentualne uwagi czytelników (o ile ktoś będzie jakieś miał) – jeśli przesiać to, w jaki sposób prezentuje Hajimego Murakami, od tego, na kogo japoński pisarz chciałby go wykreować, pozostaje przede wszystkim seksualne nienasycenie.
*** Haruki Murakami, dz. cyt., s. 107.

Autor: Luiza Stachura

Advertisements

16 thoughts on “Deszcz. O książce „Na południe od granicy, na zachód od słońca” Harukiego Murakamiego

  1. „Szkoda jednak, że Murakami przy finale powieści nie poszedł o krok dalej, zatrzymując się wyłącznie na metaforach (skądinąd mało wyszukanych) świata-pustyni i życia-pustyni.” – myślę, że gdyby TEN pisarz „poszedł o krok dalej”, przestałby być TYM pisarzem i stałby się INNYM pisarzem.
    dla mnie książki (przekłady książek) Harukiego Murakamiego – te, które przeczytałem – składają się na metaforę. metafora zawarta w kilkunastu tomach :). wiem, nie odkryłem Ameryki. a zresztą… piszę o pisarzu, TYM pisarzu, choć znam pisanie TEGO pisarza z drugiej i trzeciej ręki (zrecenzowaną książkę właśnie z trzeciej – polskie wydanie jest przekładem przekładu)… heh. Czyli nie znam pisania TEGO pisarza (pomijam wspomnianą sferę emocjonalną, odbiór treści).
    książkowy deszcz zapadł mi w pamięć.

    1. Niekoniecznie stałby się innym pisarzem. A w ten sposób pisze po prostu wciąż o tym samym i niemal tak samo, niczym nie zaskakując, nie porywając, nie robiąc wiele z czytelnikiem (poza sferą emocjonalną, nie ma tam takiego niepokoju jak w prozie, powiedzmy, Tanizakiego czy Ōego). Motywy, które wykorzystuje, rozwija w sposób dyskusyjny – nie wiem, na ile on jest świadomy pewnych zabiegów, a na ile tak mu się napisało. Im więcej czytam z nim wywiadów, tym bardziej przekonuję się, że jemu się po prostu tak napisało ; )
      Ilekroć skończę czytać jego książkę, czuję niedosyt. Wszystko się rozpływa – nieco to sentymentalne, nieco ckliwe, a z drugiej strony kuszące czymś więcej, czymś, co znajduje się pod powierzchnią. Tylko czy to jedynie ułuda i iluzja, czy rzeczywiście coś więcej?

      Oczywiście, każdy przekład jest pewnym przekłamaniem i o tym należy pamiętać, ale gdybyśmy tylko w ten sposób do tego podeszli, to musielibyśmy przestać mówić o literaturze francuskojęzycznej, niemieckojęzycznej (nie, Litera by mogła o niemieckojęzycznej ; )) itd., nie wspominając już o chińskiej czy japońskiej ; )
      W mojej uwadze chodziło mi o zgrzyty, stylistyczne niedoskonałości. Innym przykładem mogą być książki Kōbō Abego (Kōbā Abego), które w polskiej wersji nie brzmią najlepiej (powiedzmy, że poza „Schadzką”), co wynika ze stylu pisarza (bo nie tłumaczenia Melanowicza).

      Pozdrawiam serdecznie!^^

  2. odnośnie pierwszego akapitu odpowiedzi: z H. Murakamim mam podobnie.
    odnoście drugiego akapitu: chyba nie wszystko w nim zrozumiałem ;).
    „W mojej uwadze chodziło mi o zgrzyty, stylistyczne niedoskonałości.” – aha :)
    jeśli czytasz Kōbō Abego w oryginale, powiadam: szczęściara :).
    pozdrowienia.

    1. Ależ Pawle, nie czytam w oryginalne, chociaż bardzo bym chciała xD
      Chodzi mi tylko o to, że bazując na polskim tłumaczeniu, mogę powiedzieć, iż stylistycznie Abe wypada blado, słabo ; ) (nie chciałam tego wprost napisać xD’).
      Miłego dnia!

  3. chyba jestem Pawłem o bardzo małym rozumku. dziękuję bardzo za dopowiedzenie. i przepraszam za wymuszenie (z mojej perspektywy tak to, niestety, wygląda) :( dopowiedzenia (może przejścia z wysokiego kontekstu do niskiego kontekstu kulturowego ;)).

    O, dziękuję. Miłego dnia! I miłej lektury kolejnej książki (w przekładzie, bądź w oryginale) :).

    1. Każde dopowiedzenie jest ważne – dla mnie przede wszystkim (zmusza do formułowania kolejnych tez = rozmyślania na dany temat/zagadnienie). Nie masz za co przepraszać xD

      Dziękuję i również życzę inspirującej lektury!

  4. Hm, tak sobie myślę o tym stylistycznie wypada słabo, które padło odnośnie Abego – tym razem, następnym może paść odnośnie kogoś zupełnie innego, nie ważne. Chodzi mi po głowie myśl, że nie zawsze da się przecież jeden język na drugi przełożyć (aczkolwiek sama jestem zwolennikiem tezy, iż jest to wręcz niemożliwe, gdyż języki są nieprzekładalne). Taki japoński jest wszak językiem prostym (pomijając oczywistą trudność w opanowaniu morza kanji, jest to naprawdę bardzo prosty język), zdania dążą w nim do minimalizmu, uproszczenia (a już szczególnie, gdy autor sam celowo do tego uproszczenia dąży). Nie dziwi, gdy książka japońskiego pisarza przełożona na język polski (który – dla odmiany – uwielbia zdania wielokrotnie złożone, bogate w metafory i inne ozdobniki, do tego jest silnie nacechowany płciowością, z wyraźną liczbą i podmiotem) wypada częstokroć infantylnie wręcz. Tłumacz niejednokrotnie musi się nieźle nagimnastykować, by zdania pisarza japońskiego nie brzmiały w przekładzie, jakby je sklecał licealista. Idąc dalej, jeśli jeden tłumacz się nagimnastykuje, przekładając język prosty na bardziej skomplikowany, to kolejne tłumaczenie (przekład przekładu) będzie zazwyczaj brzmiało już o niebo lepiej. Pytanie, ile zostało w tym oryginalnego brzmienia. (Ale to już inna historia, troszkę w kierunku: dlaczego tłumaczenia Murakamiego w wykonaniu Możdżyńskiej są takie dobre.)

    Pozdrawiam ciepło!:)

    1. Abe to tylko taki przykład był xD’ Innym może być Kōji Suzuki.

      Dla mnie japoński jest trudnym językiem pod względem jego wieloznaczności. Owszem, dąży do minimalizacji, uproszczeń (na tyle, na ile się orientuję), ale jednak wytwarza tym samym mnóstwo niejasności, nieścisłości, wieloznaczności właśnie. Ot, język nieskończoności (^_-)
      Nie chodzi mi też o tłumaczenie dosłowne. Japończycy na przykład czasami powtarzają dwa-trzy razy ten sam wyraz, co ma u nich inne znaczenie niż u nas.

      Jeśli styl pisarza jest bez zarzutu, jeśli jego słowa płyną, harmonijnie tworzą całość, to przekład mu aż tak bardzo nie zaszkodzi (chyba że tłumacz jest słaby). Jeśli pisarz operuje stylem przeciętnym, nieporadnie tworzy kolejne akapity, to nawet najlepszy tłumacz tego nie poprawi (chyba że napisze swoją wersję książki (^_-)). Jak napisałam – każde tłumaczenie jest pewnym przekłamaniem. By przerwać to koło przekłamań – uczmy się innych języków! xDD

      Możdżyńska chyba z angielskiego tłumaczyła (nie wiem, może się mylę). Ale przynajmniej czytając „Na południe…”, nie mam wrażenia, że przede mną leży książka napisana przez, powiedzmy, współczesnego licealistę, który nie ma literackich uzdolnień (^_-)
      Zresztą jej tłumaczenie też pozostawia wiele do życzenia, choćby te ciągłe „Shimamoto-san”. Ja rozumiem, że niektórzy mają upodobanie do japońskich honoryfikatorów, ale nie trzeba ich zostawiać w takim stanie w książce skierowanej do szerokiego grona czytelników (a nie tylko fanów m&a, spośród których większość namiętnie dodaje do swoich i cudzych imion/nazwisk owe -chan, -kun, -san, -sama itd.).

      Pozdrawiam serdecznie!^^

  5. „Jeśli pisarz operuje stylem przeciętnym, nieporadnie tworzy kolejne akapity, to nawet najlepszy tłumacz tego nie poprawi (chyba że napisze swoją wersję książki (^_-))”. Owszem. Ale jeśli pisarz jest taki jak mówisz, to zwyczajnie albo nie jest pisarzem, albo taki przeciętny styl pisarski jest zabiegiem, albo to wina korektorów, redaktorów,którzy uznali, że książkę złożoną z kolejnych nieporadnych akapitów należy wydać for money, a nie poczekać na coś nieprzeciętnego for money. „Jak napisałam – każde tłumaczenie jest pewnym przekłamaniem”. I tak i nie. To „pewne przekłamanie” dotyczy poezji. „Tłumacz jak dobry aktor odtwarza. Dobry tłumacz dąży do iluzji obcowania z oryginałem”. Czy to co napisałem w cudzysłowie = pewne przekłamanie? Nawet dodane słowo „pewne” do „przekłamania” nie zmienia faktu, że przekłamanie kojarzy się negatywnie. A tak oceniana praca japońskich i innych tłumaczy być nie powinna. Wszak przekłamanie to hańba, a żadna praca nie hańbi, nawet tłumacza. Hahaha (niewłaściwy śmiech z siebie samego, nie śmiać się z własnego żartu – podstawa każdego kabareciarza i dowcipnisia), no żartuję.

    1. „Ale jeśli pisarz jest taki jak mówisz, to zwyczajnie albo nie jest pisarzem, albo taki przeciętny styl pisarski jest zabiegiem, albo to wina (…)” – albo jest słabym pisarzem. Nie istnieją słabi pisarze?

      Skoro Tobie słowo „przekłamanie” kojarzy się wyłącznie negatywnie, to ja nic na to nie poradzę.

      Nie wiem, dlaczego zmieniasz pseudonim i mail, żeby pisać komentarze na moim blogu.

  6. Przeczytałam kilka książek autorstwa H. Murakamiego i „Na południe od granicy, na zachód od słońca” zdecydowanie plasuje się w czołówce moich ulubionych. Całkowicie pochłonął mnie świat widziany oczami Hajimego – jego dylematy, pragnienia. Udało mi się również, właśnie dzięki tej książce, zarazić moją mamę twórczością Murakamiego.

      1. Ma wielki sentyment właśnie do „Na południe od granicy, na zachód od słońca”. Pamiętam jak wspominała, że w innych książkach Murakamiego trochę przeszkadza jej nagromadzenie elementów fantastycznych, a ona zdecydowanie bardziej woli „przyziemną” tematykę. A swoją drogą wydajesz się być najlepszą osobą, którą mogę o to zapytać – znasz może jakieś dobre książki filozoficzne? Chcę kupić mamie książkę w prezencie właśnie z tej tematyki, bo była zachwycona, gdy sprezentowałam jej ,,Rozmyślania” Marka Aureliusza, a ja nie do końca wiem co teraz jej kupić :)

  7. Czytałam Norwegian wood i bardzo mi się podobała – moja mama z kolei uznała, że dobra, ale raczej dla młodszych osób :)

    Próby Montaigne’a – powinny pasować! Dzięki za radę :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s