Obłęd sztuki. Recenzja książki „Wycinka. Ekscytacja” Thomasa Bernharda

Recenzję można (było) przeczytać na stronie bookznami.pl

[Bezpośrednio na blogu od 27.04.2013]

Młodzi, zdolni i ambitni. Pną się coraz wyżej. Pragną stać się kreatorami, wizjonerami, mistrzami, ba! artystami. Naiwni, nie wiedzą, jak wysoką cenę muszą zapłacić za chwilę chwały. Skarlali epigoni, od-twórcy, żądni państwowych zaszczytów mierni naśladowcy rychło przeobrażą się w żenujące pośmiewisko. Miałkie słowa, puste, przerysowane gesty znamionują wypalone talenty. Dążenie do perfekcji naznaczone jest krwią i wyrzeczeniem. Ale czy doskonałość konotuje jedynie… (auto)destrukcję?

Małżeństwo Auersbergerów (muzyków) wydaje artystyczną kolację  dla aktora z Burgtheater. Wśród zaproszonych gości znajduje się także, przypadkowo spotkany przez gospodarzy w Wiedniu, po ponad dwudziestoletniej nieobecności w tym mieście, narrator (jego nazwiska nie poznamy, ale można zaryzykować twierdzenie, że jest porte-parole Thomasa Bernharda) – niegdysiejszy muzyk, obecnie pisarz. Czytaj dalej

Epistolarna układanka. Recenzja „Pewnej formy życia” Amélie Nothomb

Prowadzenie konwersacji poprzez listy może mimowolnie przyczynić się do przekroczenia subtelnej granicy między „ja” a „ty”. Epistolarna interakcja, przenikanie się słów i myśli, dryfowanie we własnym świecie, który nagle przecina się ze światem Innego dezorientuje. Jak zareagować? Uciec czy zostać? Jaką postawę przyjąć? Czy Inny jest wrogiem, czy tylko przechodniem, przelotnym wspomnieniem wspólnie śnionego snu? Niebezpiecznie jest zaangażować się zbyt mocno. Niebezpiecznie jest pozwolić komuś wkroczyć do własnej przestrzeni. Może z tego powstać… inna forma życia.


Polski wydawca Pewnej formy życia, króciutkiego utworu (obrazka?) belgijskiej pisarki Amélie Nothomb, informuje na okładce książki:

Amélie Nothomb znana jest z tego, że chętnie koresponduje z czytelnikami. Pewnego dnia dostaje list od Melvina Mapple’a, amerykańskiego żołnierza od szczęściu lat stacjonującego w Iraku. Jako wielbiciel jej książek Melvin uważa, że tylko ona potrafi go zrozumieć i posłużyć mu radą. Zaciągnął się do wojska w wieku 30 lat, z głodu i biedy. Dziś ma lat 39, waży prawie 200 kilogramów i cierpi.
Jest przeciwnikiem tej wojny i swój protest wyraża niekontrolowanym pochłanianiem śmieciowej żywności. Na dodatek popadł w lekką schizofrenię: nocami ma wrażenie, że leży na nim piękna kobieta o imieniu Szeherezada i to ciężar jej ciała nie pozwala mu zasnąć. Traktuje więc nadwagę jako swoją kochankę.
Melvin zdaje sobie sprawę, że zaczyna mieć poważny problem. Prosi więc Amélie o radę…*

Ironia i dystans, groteska i humor umożliwiają Nothomb w Pewnej formie życia przemieszczanie się między rzeczywistością (realnym życiem) a fikcyjnością, literackością, konwencją. Autorka zgrabnie łączy w swojej książce elementy powieści epistolarnej z intymistyką i eseistyką, nie ucieka też od political (nie)fiction, tworząc dzieło ze wszech miar godne uwagi. Kilka równoległych punktów wyjścia prowadzi czytelnika różnymi drogami interpretacyjnymi epistolarnej „rozsypance”. Czytaj dalej

Redefinicja horroru czy chwyt marketingowy? Recenzja antologii „11 cięć”

Recenzję można przeczytać na stronie bookznami.pl

[Bezpośrednio na blogu od 14.04.2013]

Antologie tematyczne, obejmujące współczesną literaturę, to przedsięwzięcia ze wszech miar pracochłonne, niekiedy niebezpieczne, a i tak niezmiernie często przynoszące rozczarowanie czytelników oraz sporo głosów krytycznych. Przyczyną takiej recepcji zbiorów i wyborów opowiadań, opowieści, dramatów czy wierszy bywają zarówno preferencje odbiorców (wszak ilu czytelników, tyle idealnych spisów treści), jak i niedopracowanie, nie dość dobra selekcja, brak przemyślenia przez redaktorów koncepcji zbioru. Okładka książki 11 cięć oraz lista autorów, którą otwiera nie kto inny jak Graham Masterton, wskazuje, że będziemy mieć do czynienia z wyborem horrorów, względnie thrillerów XXI wieku (wydawca kusi, że większość historii w zbiorze jest premierowa). 11 cięć zdumiewa jednak eklektyzmem, a konsekwencję widać jedynie w układzie opowiadań: na przemian pojawiają się utwory pisarzy polskich i anglojęzycznych. Czytaj dalej

Trzy drogi. O „Śnie ulotnym jak obłok” Kim Man-junga

Wszystko to pustka, ułuda:
Sen, omam, nicość, cień,
Przemijające jak rosa, chwilowe jak błyskawica,
Tylko tak trzeba to postrzegać.*


Na świecie istnieje, jak dowiadujemy się w pierwszym rozdziale Snu ulotnego jak obłok, pięć świętych gór. Związane są z nimi różne opowieści, przeważnie oscylujące wokół zdarzeń nadprzyrodzonych, magicznych. Spośród świętych gór narrator wyróżnia Górę Południa, Hyeongsan. Znajduje się tam, co nie dziwi, świątynia. Pewnego dnia mistrz Yukyeo (z) owej świątyni każe jednemu ze swych uczniów-mnichów, Seongjinowi, udać się (w imieniu mistrza, oczywiście) do podwodnego królestwa, by pozdrowić króla oraz złożyć podziękowanie za jego dobroć i ofiarność.

Człowiek wrażliwy opętany jest przez demona głodu na kobiety. [s. 181]

W drodze powrotnej Seongjin popełnia jednak trzy grzechy (upił się u króla, flirtował z ośmioma nimfami, a w domu rozmyślał nad kobiecym wdziękiem i bogactwami świata), toteż mistrz wysyła go do piekieł, gdzie czekać ma na niego stosowna kara. Odradza się jako Yang Soyu i rozpoczyna swoją podróż ku chwale oraz zaszczytom, zdobywając kobiece serca, żyjąc dostatnio i bogato. Czytelnik towarzyszy jego interesującej peregrynacji. Ale… czy nasz bohater zauważy miałkość fortuny i dobrobytu w porównaniu z wiecznością? (…) wszak życie ludzkie nie jest niczym więcej jak tylko chwilą. [s. 229] Czy Seongjin-Soyu powróci do swojego mistrza? Czytaj dalej

Samotność. Recenzja „Cesarzowej” Pearl S. Buck

Kwiecień, czwarty miesiąc roku słonecznego 1852, trzeci miesiąc roku księżycowego, dwieście ósmy rok panowania w Chinach wielkiej dynastii mandżurskiej. W Pekinie wiosna tego roku nadeszła późno i północne wiatry niosące ładunek drobnego, żółtego piasku z pustyni Gobi wiały zimowym chłodem nad szczytami domów.*


Tak rozpoczyna się opowieść Pearl Buck o wywodzącej się z jednego z mandżurskich rodów, niezwykle charyzmatycznej kobiecie, cesarzowej Chin. Pierwszej jej imię, jakże piękne, Orchidea, przed wejściem do Zakazanego Miasta zmieniono na Jehonala. Znana była w historii także jako Cesarzowa Matka czy Stary Budda (Stara Budda). W wieku siedemnastu lat została konkubiną cesarza Xianfenga,** by z czasem stać się żoną, a w końcu cesarzową T’zu Si. Czytelnik ma sposobność prześledzenia burzliwego życia kobiety niebywale silnej psychicznie, świadomej własnych żądz oraz słabości, walecznej i odważnej.*** Z zewnątrz wydaje się niemalże posągowa, istna bogini – piękna, zimna, wyniosła, dumna i niedostępna. Pearl Buck prezentuje nam jednak cesarzową jako istotę kruchą, delikatną, subtelną, której ambicja i nienasycone pragnienie osadzenia na tronie swego syna przyczyniły się do rezygnacji ze szczęścia osobistego (czy Jung Lu, kapitan Cesarskiej Gwardii, kuzyn Jehonali i jej niedoszły narzeczony, naprawdę istniał?) oraz stopniowego pogłębiania się samotności i niezrozumienia.

Przedstawić nastrój, a nie rzeczywistość – oto idealna sztuka. [s. 37]

Pearl Buck nie upiększa postaci cesarzowej, nie nadaje jej rysów kobiety nieomylnej i władczej. Jest Jehonala zagubionym duchem, czasem kapryśnym, upartym, zawsze łasym na komplementy i pochwały, ceniącym wygody, piękno i sztukę, ale przede wszystkim chłonnym wiedzy. Marzy się jej, iż jedyny syn któregoś dnia stanie się silnym i mądrym cesarzem. Nie zauważa, że czasy się zmieniają i władza cesarza (Mandżura!) nie jest już tym, czym była kiedyś. Czytaj dalej

Efemeryczna bogini z drzeworytu. Recenzja „Cienia gejszy” Anny Klejzerowicz

Recenzję można przeczytać na stronie bookznami.pl

[Bezpośrednio na blogu od 01.05.2013]

Japonia i „japońskość”, co ciekawe, do tej pory znacząco nie zaistniały w polskiej najnowszej literaturze współczesnej, mimo kolejnych fal zainteresowania Krajem Wschodzącego Słońca. Prędzej odnajdziemy pełne wrażeń i emocji zapiski z pobytu w Japonii gaijinów (obcokrajowców), niźli wplecione w fikcjonalną, literacką historię wątki dotyczące „krainy z papieru i stali”. Dlatego też (pozytywnie) zdumiewającym odkryciem okazuje się Cień gejszy Anny Klejzerowicz – napisana ze swadą powieść kryminalna, oscylująca wokół jednego z przejawów japońskiej sztuki, drzeworytów.

Pierwsze sceny książki przenoszą czytelnika do Kraju Kwitnącej Wiśni. Jest rok 1905, trwa wojna japońsko-rosyjska. Pewien Europejczyk z nieznanych nam powodów zabija piękną gejszę oraz jej adoratora – swojego niegdysiejszego kolegę, również gaijina. Następna odsłona Cienia gejszy to współczesny Gdańsk. Czytaj dalej

Koreańskie słowo poetyckie – odsłona druga.* O „Antologii poezji koreańskiej”

Poezja, sztuka budowania ulotnego świata za pomocą słów (nie)poetyckich, budzi, co jasne, spore opory wśród czytelników. O ile proza bywa łatwiej „przyswajalna” i czytelniejsza (obok prozy wybitnej swobodnie istnieje i rozwija się, kwitnie wręcz bujnie proza popularna, mniej ambitna czy nawet kiczowata), o tyle liryczne przestrzenie prowadzą odbiorców w labirynt znaczeń Słów, do onirycznego ogrodu, gdzie nic nie jest pewne. Poezja kiczowata nie ma prawa rościć sobie pretensji do podziwu i zachwytu, strącana bywa w przestrzeń nicości, otchłań bez dna – pod tym względem jest sztuką okrutną, bezlitosną, niemalże krwawą.**

Zapamiętałem sobie
gdzie upadła gwiazda
miałem iść tam nazajutrz
taki miałem plan
Teraz – dorosłem

październik 1939

/Chŏng Chiyong (1909-195?), Spadająca gwiazda/***

Niepomiernie więcej trudności sprawia nam poezja artystów pochodzących z krajów znacznie oddalonych od naszego, odległych w czasie i przestrzeni, zakorzenionych w innej kulturze i tradycji. Podstawową barierą jest przecież język (materia, istota poezji!). Mówiąc za Ludwigiem Wittgensteinem, granice mojego języka wyznaczają granice mojego świata. Jak zatem czytać poezję koreańską? Jak przełamać obcość, inność, niezrozumiałość? Paradoksalnie najprostszym rozwiązaniem jest… nauka języka koreańskiego, czyli spojrzenie na świat oczami Koreańczyków. Czytaj dalej

„Żadna rzeka nie może wrócić do źródła, żadna róża nie może wrócić do krzewu, z którego spadła.”* Słów parę o „Fletni chińskiej”

Odnowienie

Gdybym był drzewem lub rośliną, odczuwałbym słodki wpływ wiosny. Jestem człowiekiem… Nie dziwcie się mej radości. [s. 64]

/Bezimienny, 1005 po Chr./

Fletnia chińska ukazała się w 1922 roku w Polsce jako świadectwo zainteresowania Chinami. Przekładu dokonał Leopold Staff. Jakkolwiek w oryginale utwory należą do poezji regularnej i klasycznej (między innymi: składają się z określonej liczby sylab), rymowanej, to tłumaczenie Staffa stanowi raczej impresję, wariację poetycką, liryczny zachwyt, przybierający kształt pięknych, efemerycznych obrazków malowanych delikatnym piórkiem.

Sentencja w trzynastu znakach

Wiedzieć, że się wie to, co się wie, i wiedzieć, że się nie wie tego, czego się nie wie: oto prawdziwa wiedza.[s. 114]

/Li-ki (Zapiski o obrzędach), III-II w. przed Chr./
Czytaj dalej

„(…) ciało jest klatką, dusza zaś ptakiem (…)”.* Recenzja „Pałacu kobiet” Pearl S. Buck

Nie tylko poprzez wschodnie okna
Świtem dnia światło przychodzi.
Słońce pnie się wolno, jakże wolno!
Lecz spójrz! Kraj zachodni także oświetlony
! [s. 155]


Pani Wu kończy czterdzieści lat. Za nią jest już ta część życia, która wiązała się z rodzeniem dzieci, pielęgnacją i podtrzymywaniem rodu. Rozpoczyna się zaś nowy etap, otwierają się nowe możliwości, pojawiają się nowe oczekiwania. Ot, nareszcie będzie mogła przeczytać „zakazane” przez teścia książki (jak choćby Kwiaty śliwy w złotym wazonie), wreszcie jej ciało powróci do niej, nie będzie musiała go dzielić z mężem. Stanie się jednością, całością. Będzie kompletna. Pani Wu bowiem należy do istot obdarzonych inteligencją ponadprzeciętną i umysłem chłonnym wiedzy, skłonną do introspekcyjnych podróży, stanowiąc przeciwieństwo męża, zadowalającego się cielesnymi aspektami życia, nieprzywiązującego wagi do intelektualnego rozwoju, nie wspominając o poszukiwaniu duchowej satysfakcji i wewnętrznego nasycenia.

W swej przezorności i przemożnym pragnieniu uwolnienia się od nużących ją obowiązków kobiety, pani Wu postanawia… wyszukać konkubinę dla swego męża, aby osłodzić jego powolne, acz nieubłagane starzenie się, przynosząc mu w darze młodość i witalność. Pani Wu już nie wypada rodzić kolejnych dzieci (mogłoby to skończyć się niekorzystnie zarówno dla niej, jak i dla dziecka), toteż przyszła Druga Pani przejmie tę część jej roli. Rodzina, zszokowana pomysłem pani Wu, czcigodnej matki, przed której mądrością i nieomylnością wszyscy czują respekt, musi się podporządkować. Ale jakże się pani Wu myli! W błędzie są również domownicy. Czytaj dalej

Słowobcość. Recenzja książki „Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych” Liao Yiwu

Recenzję można (było) przeczytać na stronie PapieroweMyśli

[Bezpośrednio na blogu od 05.03.2020]

Rząd chiński mówi, że Chiny to kraj socjalistyczny, ale prawda jest taka, że stał się całkowicie kapitalistyczny. [s. 235]*

Hybrydyczność chińskiej gospodarki i polityki sprawia nam trudność, komplikuje nasze postrzeganie jednej z najstarszych cywilizacji. Obecnie zarówno w europejskiej, jak i w amerykańskiej świadomości „koegzystuje” paralelny obraz Chin XXI wieku. Z jednej strony Państwo Środka nadal rządzone jest przez komunistów (wszelka krytyka poczynań Partii równoznaczna jest z zamachem na niepodległość państwa), z drugiej zaś – powoli zaczyna pojawiać się i zaznaczać coraz silniej swoją pozycję (niby-)kapitalizm (paradoksalnie kolejny system wykluczający, niszczący i degradujący najsłabszych). Owszem, wytwarza się stopniowo klasa średnia, są także ludzie niewyobrażalnie majętni, ale ci, którzy zostali zepchnięci na margines, napiętnowani, poniżeni i wykorzyst(yw)ani, cicho żyją i w ciszy umierają. Mimo iż nie stanowią, wbrew pozorom, mniejszości. Czytaj dalej