Quasi-yuri. Recenzja książki „Sputnik Sweetheart” Harukiego Murakamiego

Jednym z największych błędów współczesnych pisarzy jest pustosłowie, wata słowna, która ujawnia się między innymi w miałkich i niefunkcjonalnych elementach prozy, czyniących dzieło literackie tylko średniej albo niskiej jakości tworem. Nie mniejszym mankamentem jest powtarzanie patetycznych, pretensjonalnych fraz o miłości, przyjaźni czy samotności. Chyba że pisarz pragnie oddziaływać jedynie na sferę emocjonalną czytelników, wówczas takie zabiegi są konieczne. Tak, niestety, prezentuje się Sputnik Sweetheart. A zapowiadało się interesująco…


Terminem yuri (dosłownie „lilia”) określa się (pozwolę sobie posłużyć się pewnym uproszczeniem) związki damsko-damskie, zwykle prezentowane w mandze, anime czy pokrewnych mediach. Precyzyjniej rzecz ujmując, mowa o relacjach, które nie ograniczają się do platonicznych wyznań, miłości duchowej, wzdychania do obiektu adoracji, lecz wkraczają w sferę seksualną, sferę pożądania, namiętności i zmysłowości. Motyw ten, jak wydaje się prawie każdemu, kto sięga po Sputnik Sweetheart, podjął Haruki Murakami. Mogłabym zaryzykować twierdzenie, że tyleż yuri zainspirowało japońskiego pisarza, ile Murakami po prostu potrzebował niesztampowej historii, wokół której mógł zogniskować nadrzędny temat – samotność.

Oto mamy dwudziestodwuletnią Sumire, która zakochuje się w sporo od siebie starszej kobiecie zwanej Miu. Sumire, niedoszła i niespełniona fiołkowa pisarka,[1] ma beznadziejnie w niej zakochanego przyjaciela, K. Ów K. (chyba prowokacyjnie Murakami nazywa go w ten sposób) jest narratorem i tak naprawdę głównym bohaterem powieści Sputnik Sweetheart. Rozterki Sumire stają się pretekstem do analizy postępowania K. oraz swoistej autowiwisekcji sfery emocjonalnej narratora. Innymi słowy, to nie nagłe zniknięcie przyszłej pisarki czy też połowiczność Miu (skądinąd wątek niezwykle ciekawy) stanowią oś, centrum książki japońskiego pisarza. Sputnik Sweetheart przywodzi raczej na myśl autoterapię K. – czyżby to on stał się pisarzem, poniekąd w zastępstwie Sumire?

Skomplikowane relacje (trudno o inne, skoro w grę wchodzą subtelne, delikatne uczucia) między trojgiem bohaterów (pomińmy w tym miejscu kochankę K., której wątek zdaje się być usilnym rozpychaniem ram powieści) prowadzą Murakamiego ku rozważaniom o samotności:

Co prawda jesteśmy dla siebie nawzajem doskonałymi towarzyszami podróży [sputnikami], lecz ostatecznie przypominamy samotne bryły metalu krążące po osobnych orbitach. Z oddali wyglądamy jak piękne spadające gwiazdy, które jednak w rzeczywistości są więzieniami, gdzie każda z nas tkwi zamknięta samotnie, zmierzając donikąd. Kiedy przecinają się orbity tych satelitów, możemy się spotkać. Może nawet otworzyć przed sobą serca. Ale tylko na krótką chwilę. Już w następnej pogrążamy się w absolutnej samotności. Dopóki nie spłoniemy i nie obrócimy się w nicość.*

Całość prezentowałaby się lepiej, gdyby Murakami nie rozciągał opowieści, poprzez dodawanie kolejnych, zawieszonych w próżni, wątków. Ot, syn kochanki K., pojawiający się jako pewien symbol, znak albo metafora, przywołuje mój ironiczny uśmiech – dla kogo ten trop, dla kogo ta kość? Dla krytyków, by poszukiwali ukrytych znaczeń (a ich po prostu nie ma, przesłanie jest jasne i czytelne, bez słownych labiryntów)? Czy może dla czytelników, poszukujących swoistej „konsolacji”, pocieszenia i zapewnienia, że świat, w którym przebywamy, jest niezmierzony i niezbadany, ba! oniryczne królestwo ujawnia się nie tylko podczas pełni księżyca, nie tylko przy dźwiękach ezoterycznej muzyki, ale także w dziecięcym świecie, świecie zatrzaśniętym przed ciekawskim i próżnym spojrzeniem niewtajemniczonych? Tymczasem motyw życia po drugiej stronie lustra (owego rozdwojenia Miu) aż nadto przywodzi na myśl Alicję w Krainie Czarów. Szkoda, że Murakami tak słabo go przetworzył, skupiając się raczej na jałowych opisach alienacji i samotności współczesnego człowieka. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że liczne pytania retoryczne czy rozważania o samotnym życiu lepiej brzmią w języku japońskim niż w polskim…

Zrozumiałem, że rozmyślanie w samotności przez tak długi czas hamuje mnie, prowadzi tylko do jednego punktu widzenia. I poczułem, że życie w samotności to straszna rzecz.**

Zaryzykuję stwierdzenie, że bohaterowie książki Sputnik Sweetheart są ekstrawertykami, których męczy i niszczy samotność, ba! rujnuje ich świat, toteż poszukują „sputników” (towarzyszy podróży), zapewniających im poczucie bezpieczeństwa i bycia potrzebnym. Permanentna wymiana myśli, poglądów i uczuć (telefonicznie, poprzez pisanie, słuchanie wspólnie muzyki i tak dalej) jest dla nich niezbędna, by przetrwać kolejny dzień na okrutnym świecie. Owi ekstrawertycy Murakamiego poszukują świata idealnego, a stać się nim może, paradoksalnie, świat marzeń. Jednakże czy przestrzeń fantazji, kraina iluzji to najlepszy substytut życia i gwarant szczęścia? Czy można marzyć wspólnie, „kolektywnie”? Czyż nie jest tak, że każdy z nas marzy o czymś innym? Na ile to, że ranimy siebie i innych, oraz to, że potrafimy jednym słowem albo gestem sprowadzić czyjś szczery uśmiech, stanowi istotę naszego człowieczeństwa? Czy świat bez łez, świat marzeń, w którym nikt nikogo by nie zranił i nie skrzywdził, nie przekształciłby się przypadkiem w karykaturę?… Brzmi patetycznie?

Haruki Murakami w utworze Sputnik Sweetheart nie unika emfatycznych tonów, zbędnych opisów uczuć, fałszywie zagranych dźwięków. Zamiast zawiesić opowieść między słowami, między wersami (i zakończyć książkę czterdzieści stron wcześniej), pozwalając czytelnikowi zanurzyć się w przestrzeni pełnej sputników, japoński pisarz oferuje gotowe formułki, wpisuje się w schemat. Jedni będą urzeczeni i zachwyceni, inni mniej bądź bardziej rozczarowani.[2]

——————
[1] Na marginesie – Murakami próbuje wmówić odbiorcom, że Sumire to dziewczyna oryginalna, obdarzona ponadprzeciętną inteligencją, o artystycznej duszy, ale jej rozmowy z K. czy z Miu ewidentnie temu zaprzeczają…
„Sumire” można przetłumaczyć jako „fiołek”.
[2] W powieści pojawia się wątek kotów ludożerców – w której książce Murakamiego to było? W Kronice ptaka nakręcacza, w Tańcz, tańcz, tańcz czy w innym utworze?

* Haruki Murakami, Sputnik Sweetheart, przeł. Aldona Możdżyńska, Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2009, s. 149.
** Tamże, s. 245.

Autor: Luiza Stachura

Advertisements

4 thoughts on “Quasi-yuri. Recenzja książki „Sputnik Sweetheart” Harukiego Murakamiego

  1. Mi też „Sputnik…” się nie podobał. A przynajmniej zdecydowanie najmniej z wszystkich powieści Murakamiego, które czytałam. Zazwyczaj bardzo go lubię, a tu się trochę rozczarowałam…
    Koty-ludojady pojawiły się na pewno jako osobne opowiadanie w „Ślepa wierzba, śpiąca kobieta”. Nie wiem, czy gdzieś jeszcze :).

  2. Hm, ja lubię yuri, więc nawet trochę słabsze strony tej książki mnie chyba nie odrzucą. Zapisałam się do wyzwania Murakamiego, a tutaj jak na razie liczba przeczytanych książek = 0 -.- A stos innych książek na półce ogromny. W lipcu jednak wyjeżdżam nad jezioro, a tam jest taka cudowna, malutka księgarenka… coś czuję, że wyjdę z niej z Murakamim pod pachą :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s