Szwarc, mydło i powidło – kupuję to! Próba recenzji drugiego tomu „1Q84” Harukiego Murakamiego

Wpierw wypadałoby wytłumaczyć się z takiego tytułu, żeby nie zostać błędnie zrozumianą. Drugi tom 1Q84 nie zamyka historii, którą snuje Murakami, toteż bardziej zasadne zdaje się być sformułowanie „próba recenzji”. Może należałoby nawet napisać: kilka uwag na marginesie drugiego tomu 1Q84? Dlaczego jednak „szwarc, mydło i powidło”? Odpowiedz jest prosta, jasna i oczywista: japoński pisarz żongluje literackimi konwencjami, schematami fabularnymi, tworząc z nich dla niektórych czytelników niestrawną mieszankę, dla innych mniej bądź bardziej smakowitą potrawę. Część odbiorców uzna 1Q84 za utwór chaotyczny, pozostali dostrzegą pewne uporządkowanie i umiejętność panowania nad wielością wątków, które wprowadza japoński pisarz.


Niewątpliwie (nie tylko) literackie światy Harukiego Murakamiego zasługują na kompetentną i rzetelną analizę (połączoną z próbą interpretacji, co jasne). Kto wie, może któryś z japonistów w Polsce podejmie się tego zadania, wypełniając lukę w polskiej krytyce literackiej. Powiem szczerze, że nie jestem w stanie czytać komentarzy, uwag i recenzji krytyków profesjonalnych, którzy z japońską literaturą nie mają nic wspólnego (nie wspominając już o Japonii). Podjęcie się tego zadania nie jest podyktowane tylko swoistym „fenomenem Murakamiego” (chociaż ja bym to nazwała „syndromem Murakamiego” – czytelnicy poza Japonią zaczynają utożsamiać literaturę japońską niemal wyłącznie z Murkamim), ale i koniecznością zmierzenia się ze zmianami zachodzącymi w świadomości czytelniczej i literackiej Kraju Kwitnącej Wiśni. Murakami zdobył rozgłos światowy, zaistniał tym samym w europejskim i amerykańskim obiegu literackim (ot, ciągłe spekulowanie, kiedy – już nawet nie „czy” – dostanie literackiego Nobla!) i wpływa, inspiruje, motywuje, paradoksalnie jednocześnie drażniąc i irytując. Krytycy się spierają, czytelnicy w większości (chyba jednak w większości) są zafascynowani, ale… czy wiedzą, czym się zachwycają? Co Murakami robi z odbiorcami swoich książek? Z jakich „źródeł” korzysta i do jakich „źródeł” (literackich, popkulturowych, kulturowych, muzycznych i tak dalej) odsyła?

Drugi tom 1Q84 utwierdził mnie w przekonaniu, które zaczęło we mnie wzrastać, im dłużej myślałam i myślę o pisarstwie Harukiego Murkamiego. Zacznę może przewrotnie, a może infantylnie: wychowałam się na anime (ale nie wyłącznie na japońskiej animacji). Tak, jestem niejako „dzieckiem” anime, lecz nie otaku. Do tej pory z mniejszą bądź większą pasją oglądam anime – i te ambitniejsze (już widzę pobłażliwy uśmiech niektórych: „jak anime może być ambitne?!”), i te bazujące jedynie na sferze emocjonalnej (one przeważają na rynku japońskiej animacji). Mniej więcej od rozmowy Aomame, bohaterki 1Q84, z Liderem (ci, którzy czytali pierwszy tom, domyślają się, kim jest Lider) pojawiło się we mnie silne wrażenie, że oto… oglądam anime! Bez trudu można znaleźć wiele punktów stycznych 1Q84 ze światem (prze)tworzonym i multiplikowanym w przeważającej liczbie japońskich tyleż filmów, ile seriali animowanych. Przykładem niech będą „dłużyzny”, liczne przestoje akcji (zupełnie jak w bardzo znanym anime: jeden bohater patrzy na drugiego przez dziesięć czy piętnaście minut), w których Murakami jest „mistrzem”. Tym bardziej chcę, ba! pragnę dowiedzieć się, w jaki sposób japoński pisarz zaplanował zakończyć swoje trzytomowe dzieło.

Patrzenie na 1Q84 przez pryzmat anime wydaje się być, przynajmniej dla mnie, najlepszym punktem odniesienia, perspektywą, z której dostrzegam to, czego nie byłam w stanie wcześniej zaobserwować. O wielkie wyrafinowanie, przetwarzanie schematów fabularnych literatury popularnej i wysokiej, o mistrzostwo pióra i „arcydzielność” nie jestem w stanie Murakamiego podejrzewać. Dla mnie japoński pisarz pozostaje kuglarzem tyleż słowa, ile historii. Nie słowo bowiem jest tu najważniejsze. Warstwa językowa pozostawia wiele do życzenia, ale – co ważne – 1Q84 brzmi po polsku lepiej niż szereg wcześniejszych książek Japończyka. Zapewne to zasługa tłumaczenia (co do którego miałam, nie wiem na ile słuszne, obiekcje przy innych utworach Murakamiego) pani Anny Zielińskiej-Elliott.

Haruki Murakami nie jest luminarzem słowa. Nie czaruje, nie dekonstruuje, nie przyciąga magnetyczną siłą Słowa kreacyjnego (i destrukcyjnego zarazem). To, w czym tkwi wielka moc japońskiego literata, to umiejętność opowiadania historii, zdolność do przetworzenia nieokreślonych, płynnych i mglistych myśli w miarę spójną, wieloznaczną opowieść – opowieść bez wyraźnego początku i końca, wieczną historię. Czytelnik z zapartym tchem pyta, co będzie dalej, prześlizgując wzrok po słowach, literkach, bo nie one są tu istotne. Prosty język, ale nie krystalicznie czysty i jasny, pełen chropowatości, kolokwializmów, skrótów, typowy dla codziennej narracji wielkich i małych miejscowości, dla… nowoczesnego świata. Ale historia! Historia jest zajmująca, wciągająca, kusząca.

Balansowanie na granicy jawy i snu, ocieranie się o fantastykę (szeroko pojętą), erotykę, kryminał, sensację, historię powszechną (chociaż z przewagą historii narodu japońskiego), z niewielkim dodatkiem w postaci aluzji do dzieł literackich o większych bądź mniejszych walorach artystycznych, z bardzo charakterystycznym, zmysłowym podkładem muzycznym – tym, jak się wydaje, przyciąga Murakami. Ot, szwarc, mydło i powidło, jak na wstępie wspomniałam. Być może stąd biorą się liczne obiekcje, krytyczne głosy? Ja to jednak kupuję (przynajmniej na razie, może potrzebny mi większy dystans?), ale… tylko w wykonaniu japońskiego pisarza. Pierwotnie miał to być przypis, ale jednak decyduję się, na umieszczenie tego w tekście głównym: na razie tylko pobieżnie przeglądałam (nie mogłam się powstrzymać) książkę Rafała Tomańskiego, Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii, jednakże warto już w tym miejscu uzupełnić moje powyższe uwagi pewnym cytatem z tej książki:

Japoński noblista, Kenzaburō Ōe, podczas odbierania nagrody w Sztokholmie poświęcił swoją mowę Japonii dwuznacznej, niemożliwej do dokładnego określenia. Twierdził, że w świadomości Zachodu istnieją dwa wizerunki Japonii: stary świat samurajów i ogrodów zen oraz nowa Japonia, pełna technicznych gadżetów i urzędników w garniturach. A tymczasem jego zdaniem Japończycy żyją między tymi dwoma światami, w swego rodzaju pustce.*

Może teraz inaczej zaistnieje (przede wszystkim w czytelniczej świadomości) proza Harukiego Murakamiego, wszak w drugim tomie 1Q84 pojawia się kwestia „pustej przestrzeni”…

1Q84 jak na razie prezentuje się wyśmienicie, jeśli traktować język (słowa) jedynie jako nośnik treści. Język powieści Murakamiego staje się przezroczystą szybą (bynajmniej nie lustrem) – szyby nie widzimy, przyglądamy się tylko temu, co znajduje się po drugiej stronie. Czy to dobrze, czy to źle? – zależy, oczywiście, od czytelnika. Czy dasz się skusić i podążysz za… dwoma księżycami na poszukiwanie „powietrznej poczwarki”? Ja tak.

——————
* Rafał Tomański, Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii, Wydawnictwo MUZA, Warszawa 2011, s. 248.

Haruki Murakami, 1Q84, tom 2, przeł. Anna Zielińska-Elliott, Wydawnictwo MUZA, Warszawa 2011.

Autor: Luiza Stachura

Advertisements

5 thoughts on “Szwarc, mydło i powidło – kupuję to! Próba recenzji drugiego tomu „1Q84” Harukiego Murakamiego

  1. Przerywam milczenie – na chwilkę.
    Polecam lekturę książki J. Rubin’a „Haruki Murakami i muzyka słów” w przekładzie Wojciecha Górnasia, pod redakcją Anny Zielińskiej-Elliott :). Dziś polecam szczególnie „Dodatek Jak tłumaczy się Murakamiego” i fragmenty poświęcone odbiorom Kenzaburō Ōe prac Harukiego Murakamiego.
    Wzmianka o Kenzaburō Ōe – ogromny PLUSIK :) plusiki zazwyczaj są małe, ale… ten jest ogromny. I już :)
    Sayonara!

  2. „Syndrom Murakamiego” – ależ mnie tym ujęłaś.
    Na mnie warstwa słowna „Tańcz, tańcz, tańcz” wywarła jednak wrażenie. Podoba mi się określenie, którego używa mój przedmówca, Paweł, cytując tytuł polecanej książki: muzyka słów, co odnosi się do sposobu, w jaki Murakami zniewala swojego odbiorcę słowami. :)
    Pozdrawiam.
    I gratuluję rewelacyjnej recenzji.

    1. Odnośnie „syndromu Murakamiego” – zainspirował mnie swoją książką Rafał Tomański ; )

      A to ciekawe, ciekawe, co mówisz o słowach w „Tańcz, tańcz, tańcz”. Fakt faktem – chciałabym znać japoński, by móc przeczytać w oryginale i wtedy porównać z polskim przekładem xD”

      Dziękuję i pozdrawiam serdecznie!^^

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s