Zdegenerowany świat. Recenzja „Schadzki” Kōbō Abego*

Pod elegancką i schludną powłoką skrywa się zdeprawowanie i rozwiązłość. Piękno przyciąga brzydotę. Brzydota – piękno. Prawie idealna więź duchowa, która zachodzi między kobietą a mężczyzną, konotuje cielesność i seksualność (albo inaczej – cielesność konstytuuje więź duchową?). Wybierając się w długą podróż po ulicach wielkich miast, warto mieć się na baczności. Ktoś może nas podsłuchiwać, podglądać, ba! rozpocząć śledztwo w naszej sprawie. A wówczas nie ma już wyjścia – każdy nasz krok, każdy wybór, każdy niebacznie wykonany gest zostanie bezlitośnie odnotowany. Jako dowód obciążający nasze już i tak nieczyste sumienie.


Niektórzy pisarze nastręczają mi licznych problemów czytelniczych. Z jednej strony ich proza jest na tyle wyrazista, w pewnym stopniu oryginalna, że aż chciałoby się przyklasnąć i powiedzieć entuzjastycznie: „kupuję to!” (oczywiście, w znaczeniu: pisarzu, przekonuje mnie wykreowana przez ciebie literacka czasoprzestrzeń). Zdarzają się jednak pewne zgrzyty, rysy, pęknięcia (kto wie, może to właśnie one są najistotniejsze w odbiorze literatury, wszak idealne dzieło nie istnieje). Powoli rozsypuje się literacka rzeczywistość, która początkowo zawładnęła mną albo oczarowała mnie przez moment. Do takich pisarzy (nie, nie napiszę, że obok Harukiego Murakamiego) należy Kōbō Abe.

Zdecydowanie bardziej wolę odsłonę jego literackich światów w opowiadaniach czy dramatach (oceniam w oparciu o nieliczne utwory Abego, przełożone na język polski i zamieszczone w zbiorze Urwisko czasu) niż w powieściach. Im bliżej końca (chociaż słowo „koniec” w przypadku literatury nie jest odpowiednim) książki, tym silniejsze i nieodparte odczucie, że powieściowy świat rozpada się w rękach (pod piórem?, podczas procesu twórczego?, podczas odczytywania?) japońskiego pisarza. Takie wrażenie zrodziły we mnie Kobieta z wydm oraz Czwarta epoka. I nie umiałam przez ten chropowaty, nierówny styl Abego przejść tak, jakbym tego pragnęła. Coś się opierało – we mnie czy w prozie Abego? Nie wiem. Tymczasem Schadzka (1977), co dla mnie samej zdumiewające, wykazała się (niepojętą) literacką „siłą” – im bliżej końca, tym większa psychodeliczność (tak właściwa, jak się wydaje, japońskiemu pisarzowi). A zakończenie – zachwycające!

Mężczyzna – imienia i nazwiska brak, jak to przystało na osobliwego Jedermanna, anonimowego mieszkańca (nie tylko) japońskiego miasta – pewnej nocy traci kobietę (a jakże, ona również nie ma imienia!). Karetka pogotowia, chociaż ani mężczyzna, ani jego żona jej nie wzywali, zabiera, ba! porywa kobietę. Mężczyzna bezskutecznie próbuje dowiedzieć się, dlaczego w przepastnych czeluściach szpitala przepadła jego żona? Nigdzie jej nie ma. Nikt nie ma pojęcia o miejscu jej pobytu. A może ludzie… kłamią, umyślnie mijają się z prawdą? Tylko w jakim celu? I, niczym bohater Kafkowskiego Zamku, mężczyzna usiłuje zbliżyć się do szpitala – wniknąć w jego trzewia, korytarze, labirynty przepełnione chorymi – aby tylko odnaleźć żonę…

O warstwie fabularnej pisać można wiele, ale by nie zburzyć misternie skonstruowanego (odwzorowanego?) świata zdegenerowanych, zatrzymam się w tym miejscu. Jedynie kilka słów o dość interesującej budowie Schadzki: powieść składa się z trzech notatników oraz epilogu. Dlaczego autor wybiera słowo „notatnik” zamiast na przykład „rozdział” czy „część”? Czytelnik dowie się o tym na samym początku – nie będę psuć przyjemności z rozkoszowania się Schadzką. Narratorem jest mężczyzna poszukujący żony. Warto jednak zwrócić uwagę, że relacjonuje swoje, z pogranicza jawy i snu, przygody zarówno w pierwszej, jak i w trzeciej osobie. Poza przestrzenią także czas ulega swoistemu „zawieszeniu”, podlega dekonstrukcji. W szpitalu trwa, jak się zdaje, wieczne „teraz”, natomiast w życiu bohatera jest wyraźny podział na przeszłość i teraźniejszość (wieczną teraźniejszość, wymuszoną przez szpital), stąd liczne retrospekcje. Co ciekawe, owe retrospekcje są jednak ubogie, narrator-bohater powraca jedynie do pamiętnej nocy, kiedy skradziono mu żonę, oraz do swojej pracy (praca-dom-żona stanowią triadę konstytuującą sens życia mężczyzny, wyznaczają ramy jego świata poza szpitalem). Język soczysty, giętki i namiętny doskonale wprowadza odbiorcę w rozerotyzowaną rzeczywistość. Bez pruderii, bez upiększania, bez zawoalowania – zupełnie jakbyśmy nie czytali japońskiej (bądź co bądź zazwyczaj subtelnej i efemerycznej) literatury.

Początkowo, oczywiście, nic nie zapowiada, że pod fasadą sterylnych i białych fartuchów lekarzy oraz pielęgniarek (o pacjentach nie wspomnę – oni z definicji muszą być chorzy, jakkolwiek tej „choroby” byśmy nie rozumieli) kryje się zwyrodniała i wykolejona… dusza?, ciało? Gangrena (do)sięga nie jedynie pacjentów. Zaciera się zazwyczaj ostra, wyrazista granica między lekarzem a chorym – wszyscy są chorzy. Tylko oni (albo my?) nie chcą tego przyjąć do wiadomości. Czy można zatem uciec ze świata „zadżumionych”? Czy można bezkarnie i w czystości duchowo-cielesnej opuścić szpital pełen lubieżników, seksualnych maniaków?

Niesamowita, psychodeliczna proza. Doskonała do (niekończących się) interpretacji i dociekań (a jakby przeczytać Schadzkę za pomocą psychoanalizy?). Kōbō Abe przygląda się pod szkłem powiększającym fragmentom szpitalnej rzeczywistości (u mnie pojawiło się mimowolne skojarzenie z Foucaultem) i stopniowo odsłania przed odbiorcą zdegenerowaną przestrzeń. Czy tego chcemy, czy nie, to nasz świat – świat frustratów, chorych, niepoczytalnych, maniaków. Bez wątpienia wszystko poddano odpowiedniej hiperbolizacji, wyostrzając kluczowe elementy. Dzięki temu powieściowa (czaso)przestrzeń staje się tyleż groteskowa, ile właśnie psychodeliczna. Czy możliwe, aby czytelnik wyszedł z labiryntu bez skazy psychicznej?…

——————
* Odmieniam nazwisko autora: Abe – Abego, natomiast pozostawiam formę mianownikową „Kōbō”, zamiast Kōba, przede wszystkim z racji na wygłosowe długie „o” (nie, nie będę zapisywać długiego „a”).

Kōbō Abe, Schadzka, przeł. Mikołaj Melanowicz, WILGA, Warszawa 1995.

Autor: Luiza Stachura

Reklamy

10 thoughts on “Zdegenerowany świat. Recenzja „Schadzki” Kōbō Abego*

  1. Kolejna recenzja – kolejny prezent, który cieszy wielce. Dzięki.
    Moja znajomość prozy Kōbō Abe („Kōbō Abe” brzmi niczym zaklęcie) ogranicza się do „Kobiety z wydm” w przekładzie Mikołaja Melanowicza (Wydawnictwo Znak, Kraków 2007; wydanie z fragmentem dzieła Eisen Tomioka, pięknym portretem w niskiej rozdzielczości na okładce). Zmobilizowałaś mnie do poszukiwań, lektury „Schadzki”. Zwróciłaś uwagę na „psychodeliczność” prozy Kobo Abe – na cechę, która sprawiła, iż „Kobieta z wydm” mnie pochłaniała…
    „Powoli rozsypuje się literacka rzeczywistość, która początkowo zawładnęła mną albo oczarowała mnie przez moment. Do takich pisarzy (nie, nie napiszę, że obok Harukiego Murakamiego) należy Kōbō Abe” – : D Bezcenne.
    „Wybierając się w długą podróż po ulicach wielkich miast, warto mieć się na baczności. Ktoś może nas podsłuchiwać, podglądać, ba! rozpocząć śledztwo w naszej sprawie. A wówczas nie ma już wyjścia – każdy nasz krok, każdy wybór, każdy niebacznie wykonany gest zostanie bezlitośnie odnotowany” – Internet. Wielkie Miasto…
    Dzięki przeziębieniu mogę zagładać tu bardzo często :) Lubię przeziębienie.

    1. Haha, cieszę się bardzo i miło mi.*^^*
      „Schadzkę” warto przeczytać (przeżyć?), o ile gustuje się w takiej psychodeliczności, jaką prezentuje w naszej, polskiej literaturze, na przykład Witkacy. Chociaż zestawianie Abe z Witkiewiczem nie jest stosowne.
      Tak, Internet jest jedną z form „wielkiego miasta” – słusznie, słusznie.

      O, to życzę Ci – jednak – dużo zdrowia!

  2. Czytałam jego „Kobietę z wydm” i podobała mi się w niej możliwość odszukania własnej, osobistej paraboli. Może ta psychodelicznośź poddaje taką możliwość? Będę się rozglądać za „Schadzką”, aby się przekonać o tym.:)

    1. Tak, psychodeliczność daje duże możliwości, ale chyba największe możliwości tkwią w czytelniku – to on decyduje.
      Koniecznie przeczytaj „Schadzkę” – jestem ciekawa, co o niej powiesz (zważywszy, że będziesz mogła ją zestawić z „Kobietą z wydm”).
      Pozdrawiam!^^

  3. To, co chciałam napisać, wyraził Paweł. :-) Ja także zostałam zaintrygowana „Schadzką” i na pewno przeczytam niebawem tę powieść. Moją fascynację „Kobietą z wydm” już znasz. „Schadzka” – do schowka. :)

  4. Dla mnie „Schadzka” to kolejna książka Kafki, pisana pod ksywką Abe Kobo :)
    Szpital – monstrum, organizm nie mający granic, wnikający w miasto i pożerający je, pełen tuneli i zakamarków. Bawiłem się świetnie, a nawet odleciałem jak na psychodelię przystało :)
    Pozdrawiam,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s