Gęba Gombrowicza. Recenzja „Patynozielone!” Daga Solstada

Recenzję można przeczytać na stronie e-splot.pl

Bezpośrednio na blogu od 22.08.2022

Witold Gombrowicz nieustannie inspiruje pisarzy niemalże na całym świecie. Na kształt pisarstwa literatów spoza Polski niekonieczne wpływa tylko p(r)oza Gombrowicza. Niektórzy pisarze potrafią twórczo wykorzystać ideę chociażby Gombrowiczowskiej „gęby”, aby przyglądać się rzeczywistości z (nieco) odmiennej perspektywy – dobrym przykładem są Eksploratorzy przepaści Enrique Vili-Matasa. Inni, z różnymi efektami, próbują wprowadzić do swej prozy elementy Gombrowiczowskiego świata oraz swoistą terminologię autora FerdydurkePatynozielone!, pierwsza powieść norweskiego pisarza Daga Solstada, stanowi egzemplifikację tej metody.

„Forma” jest niezwykle chwytliwym hasłem. Analogicznie rzecz się ma z zabiegami wokół niej: rozbicie, obnażenie słabości czy próby zniszczenia formy. Bohater niedookreślony (permanentnie umykający formie) jawi się jako ponętna figura, w usta której można włożyć szereg sformułowań demaskujących niecne zjawisko, znane pod (nie)winnie brzmiącą nazwą roli społecznej. Wystarczyłaby, jak się zdaje, drobna dekonstrukcja Gombrowiczowskiego pojęcia formy i być może otrzymalibyśmy ciekawą kontrpropozycję, osobliwy dialog z polskim pisarzem. Ale niestety nie. Dag Solstad utknął w formie. I z niej nie wyszedł. A szkoda, bo zapowiadało się dobrze.

Głównym bohaterem powieści Patynozielone! jest Geir Brevik, dwudziestopięcioletni nauczyciel (najprawdopodobniej historii), który ciągle ucieka przed narzucaną mu rolą młodego człowieka. Wewnętrznie Brevik czuje się bowiem starcem (jakkolwiek byśmy nie definiowali tego pojęcia). Nie chce być uważany za młodego, bo młodość bywa przez starców lekceważona, sprowadzana do beztroskości, lekkomyślności, niestałości i dziecinady. Ba! To przez starych człowiek zostaje określony etykietą młodego, to oni stają się tym samym quasi-demiurgami, ojcami-stworzycielami. Zarówno starość konstytuuje młodość, jak i młodość determinuje starość. Permanentna rejterada Brevika przed młodością nie oznacza więc konsekwentnego przyjęcia pozy starca. Bohater dowolnie żongluje opozycją „starość-młodość”, unikając dookreślenia, konkretyzacji, pozostając pomiędzy.

Jednakże na swej drodze nasz dzielny bohater spotyka… Kobietę Doskonałą, Kobietę Perfekcyjną – sekretarkę Benedikte Vik. Kobieta swoją Perfekcyjność gra, a przynajmniej tak się wydaje Brevikowi, który zamarzył sobie, iż zerwie wszystkie maski Vik i przy tej okazji zawalczy z formą (tym razem formą kobiecości). Rzeczywiste, prawdziwe kobiety odtwarzają, pojawiające się zazwyczaj w formie obrazów, męskie wyobrażenia kobiecości. Trzeba zatem obnażyć fikcyjność tak definiowanej kobiecości. W niecnym planie pomóc ma współlokatorka Kobiety Perfekcyjnej – mniej atrakcyjna i mało ponętna Brit Winkel. Czy działania Brevika i Winkel doprowadzą do spektakularnego upadku formy?

Patynozielone! nie jest powieścią jednolitą, składające się na nią cztery rozdziały nie są ze sobą spójne czy logicznie powiązane. Raczej należałoby nazwać książkę Solstada zbiorem anegdot dotyczących stosunku Brevika do szeroko rozumianej formy. Przyglądamy się perypetiom i poczynaniom bohatera, począwszy od jego wczesnoszkolnych lat, skończywszy na wcielaniu w życie kuriozalnych planów, mających na celu unaocznienie (ale komu? – odbiorcom? Sobie?) zniewalającej i destrukcyjnej siły ról społecznych. Ot, jeden z rozdziałów (chociaż można powiedzieć, że to tyleż rozdział, ile fragment, szkic, scenka) poświęcony został szkolnemu „upupianiu”. Brak jednak Gombrowiczowskiej finezji i świeżości w ukazywaniu i dekonstruowaniu szkolnych „gąb”. Wszystko się rozmywa, rozpływa pod naporem zbyt wielu słów. Można potraktować to zjawisko dwojako: forma rozsadza konstrukcję utworu norweskiego pisarza od środka bądź Patynozielone! swoją budową dekonstruuje tradycyjną formę powieści.

Dag Solstad preferuje długie, pełne wyliczeń zdania, zamieniające się niepostrzeżenie w potok słów, czasami mało sensowny, często o charakterze dygresyjnym. Autor wprowadza niemało neologizmów, które najprawdopodobniej powinny rozbijać zakrzepły kształt języka, narzucającego ludziom formy. Patynozielone! jest jednak powieścią przegadaną, przepełnioną pustosłowiem. Oczywiście w tym miejscu można powtórzyć wcześniejsze przypuszczenie: może autor celowo przekształca strukturę powieści, czyniąc ją tyleż nieczytelną, ile niedookreśloną, wymykającą się prostym klasyfikacjom? Powieść Solstada nie zachwyca jednak przede wszystkim dlatego, że autor chciałby poruszyć jednocześnie zbyt wiele problemów. W efekcie zarówno narrator książki, jak i jej odbiorca przechodzą z dyskursu w dyskurs, nie odnajdując wyjścia ze słownego labiryntu. Solstad rozpoczyna bowiem od wprowadzenia w powieściową rzeczywistość człowieka niedookreślonego, następnie zgrabnie zarysowuje opozycję „starość-młodość”, niepostrzeżenie przechodzi do relacji (młody) „nauczyciel-uczeń”, by w efekcie sięgnąć po kategorię kobiecości. Nadrzędny, jak się wydaje, problem podporządkowania się rolom społecznym wymyka się percepcji odbiorcy i stanowi jedynie tło czy raczej pretekst dla całej książki. Pozostaje wrażenie, że Patynozielone! powstało na wzór dadaistycznych wierszy – z przypadkowo połączonych słów. Dodatkowo pisarz usiłuje włączyć w obręb swojego utworu stały zestaw emblematów Gombrowiczowskiego świata, jak na przykład poszczególne części ciała (zwłaszcza usta). Książka norweskiego autora zaczyna przypominać Witkiewiczowski „worek bez dna”.

Tytuł dzieła Daga Solstada powiązany jest z dwiema barwami, które – według Brevika – stanowią symbol Europy. Patyna oraz zieleń łączą niemalże wszystkie europejskie posągi i katedry. W kontekście całego utworu rozmaicie można interpretować obie barwy, które w polskim wydaniu zostały połączone i występują jako neologizm („patynozielone”). Patyna reprezentuje starość, zieleń zaś młodość i witalność. „Patynozielony” jest Brevik, scalający w swojej osobie elementy starości i młodości. Wreszcie „patynozielone” to maska, fasada, pod którą skrywa się istota rzeczy.

Powstałe w roku śmierci Witolda Gombrowicza Patynozielone! – mimo iż wskazuje na niewątpliwy potencjał pisarza – jednak rozczarowuje. Utwór Daga Solstada staje się zbiorem interesujących pomysłów, na podstawie których śmiało można było stworzyć kilka odrębnych powieści bądź opowiadań czy szkiców. Jako całość jednak książka norweskiego pisarza robi wrażenie niekontrolowanego chaosu. Brak konsekwencji w prowadzeniu walki z formą (paradoksalnie to właśnie ona u Solstada jest niedookreślona!). Autor preferuje nagłe przechodzenie z tematu na temat, z formy w formę. Odbiorca dryfuje po słowach wraz z Brevikiem i nie opuszcza go wrażenie, że gdzieś to już wszystko czytał, tylko… w lepszej formie.

——————

Dag Solstad, Patynozielone!, przeł. Dorota Polska, Wydawnictwo Smak Słowa Sopot 2010.

Autor: Luiza Stachura

4 uwagi do wpisu “Gęba Gombrowicza. Recenzja „Patynozielone!” Daga Solstada

  1. Chyba to sobie zakupię (ew. pobuszuję w jakiejś bibliotece), bo skoro p(r)oza Gombrowicza wywarła wpływ, to dla mnie zapowiada się nader ciekawie :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s