Tożsamość. Recenzja „Hotelu Pekin” Santiaga Gamboa

Stereotypy zasadniczo powinny umożliwiać nam względnie spokojne funkcjonowanie w świecie, czyli odbieranie i selekcjonowanie wiadomości, docierających do nas ze wszystkich stron. Nie jest zatem tak, że każdy stereotyp deformuje otaczającą nas przestrzeń. Powinniśmy jednak nieustannie weryfikować wszystko to, co uznajemy za pewne, rzetelne i sprawdzone, a co dodatkowo odnosi się do innych ludzi. Szczególnie wrażliwą płaszczyzną są stosunki międzynarodowe. Stereotypy narodowe bywają bowiem często przyczynkiem do wrogości.


Jaka jest Twoja pierwsza myśl, drogi czytelniku, gdy ktoś wypowie przy Tobie głośno: „Chiny”? Zapewne w ułamku sekundy pojawia się szereg asocjacji, które wyrosły najczęściej w oparciu o zasłyszenie. Niekoniecznie zatem pochodzą z autopsji. Kolumbijski pisarz przygląda się z bliska stereotypom, które dotyczą mieszkańców Państwa Środka. Wysyła do Chin ze specjalną misją szkoleniowca (najprawdopodobniej od Public Relations, chociaż nie jest to dokładnie określone w powieści) o swojsko brzmiącym nazwisku… Frank Michalski. Nasz bohater ma za zadanie przekazać wiedzę z Zachodu, dyktującą i wyznaczającą nowoczesne modele prowadzenia biznesu. Innymi słowy – Frank Michalski powinien przekształcić chińskich biznesmenów na wzór ich zachodnich odpowiedników. Wszystko ma jeden cel – przyspieszyć modernizację Chin oraz tym samym przyczynić się do wzrostu konsumpcjonizmu, który ma napędzać gospodarkę (światową).

Frank – dufny i pewny siebie – już w samolocie do Chin poznaje niezwykłego dziennikarza, Bordewicha, tropiącego „emblematyczne historie”, czyli historie rozgrywające się poza blaskiem fleszów, ale niezmiernie istotne (dla dziejów świata). Dziennikarz próbuje uzmysłowić szkoleniowcowi, że jego podejście do Chin jest naznaczone pychą Zachodu. Brak pokory, ba! brak próby zrozumienia chińskiej mentalności (wyrosłej przecież z burzliwej historii tego kraju) stanowią główny problem przeważającej liczby osób podróżujących do Państwa Środka. Co ciekawe i istotne, tytułowy Hotel Pekin staje się centrum, osobliwym sercem, miejscem permanentnego przepływu ludzi. Dla Chińczyków jest symbolem, dla obcokrajowców – ekskluzywnym punktem metropolii. Czytaj dalej

Cesarska gra. Myśli parę o książce „Meijin – mistrz go” Yasunariego Kawabaty

W 1968 roku, gdy w Japonii mężczyźni już od dłuższego czasu z dumą paradowali w garniturach, a kobiety w sukniach „europejskich”, na rozdanie literackiej Nagrody Nobla w tradycyjnym japońskim stroju zjawił się jeden z największych japońskich twórców Yasunari Kawabata (1899-1972). Co istotne, pisarz zatytułował swoją mowę, wygłoszoną po przyznaniu mu prestiżowej nagrody, Piękna Japonia i ja. Można zaryzykować twierdzenie, że Kawabata był jednym z ostatnich „czcicieli” i piewców piękna, szczególnie piękna odchodzącej Japonii, subtelnej, zmysłowej i efemerycznej krainy na Dalekim Wschodzie. Krainy, w której do rangi sztuki urosnąć może… gra go.


W Polsce wydano stosunkowo niewiele dzieł Yasunariego Kawabaty (jak na ironię, zarówno Kawabata, jak i Kenzaburō Ōe – noblista z 1994 roku – nie święcą takich triumfów, jak Haruki Murakami, namiętnie tłumaczony przez młodsze pokolenie japonistów): Kraina śniegu, Głos góry, Śpiące piękności, Tysiąc żurawi (nie liczę opowiadań Kawabaty), dla porównania tylko trzy powieści Ōe zostały przełożone na nasz język (również pomijam opowiadania). Tymczasem Kawabata jest niezwykle „japoński”. Innymi słowy – skupia w swoich dziełach te wszystkie pierwiastki „japońskości”, które najbardziej fascynują i elektryzują gaijinów. Japoński luminarz słowa i obrazu poetyckiego potrafi przenieść czytelnika w wykreowany przez siebie (czy może raczej zrekonstruowany) świat dawnej Japonii. Nieco w cieniu pozostaje utwór Meijin (z polskim podtytułem: Mistrz go) Yasunariego Kawabaty. Może to i dobrze?

Zasadniczo Meijin dotyczy ostatniego, ekskluzywnego, sześciomiesięcznego „pojedynku” (w roku gorącym – 1938). Tenże „pojedynek” (charakterów) to zwieńczenie, ukoronowanie pięknej tradycji go. W finałowej rozgrywce udział bierze Honinbō Shūsai (tu: Honinbō oznacza tytuł honorowy), żegnający się z „zawodowym” uczestnictwem w turniejach go, oraz Ōtake (jego pierwowzorem był Minoru Kitani – młody i zdolny gracz go). Relacja narratora-sprawozdawcy (ale i jednocześnie bohatera), Uragamiego, rozpoczyna się jednak, paradoksalnie, od informacji o śmierci wielkiego mistrza Shūsai na początku 1940 roku… Powoli i stopniowo wkraczamy w świat gry go, próbując uchwycić chociaż na moment eterycznego i płomiennego ducha gry. Czytaj dalej

Pamiętaj o obietnicy. Recenzja „Księcia Mgły” Carlosa Ruiza Zafóna

Od razu się przyznam, że książek Carlosa Ruiza Zafóna nie czytałam do tej pory, toteż Książę Mgły (nota bene debiutancka powieść Zafóna) jest pierwszym przeczytanym przede mnie utworem tego hiszpańskiego pisarza. Nie miałam żadnych wyobrażeń, jak wygląda (literacki) świat wykreowany przez Zafóna, żadnych „przedsądów”, ba! nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać, poza tym, iż Książę Mgły jest powieścią (raczej) młodzieżową.


Fabuła – jak to w przypadku książek pełnych magii i kuglarskich sztuczek – nie jest specjalnie zaskakująca (przynajmniej na pierwszy rzut oka). Ot, troje rodzeństwa (Max, Alicja i Irina) wraz z rodzicami przeprowadzają się do tajemniczego domu. Już od początku mają miejsce zdumiewające i kuriozalne zdarzenia, w które wplątują się dzieci, rodzice zaś pozostają w swoim „racjonalnym” świecie (świecie bez magii).

Wydawać by się mogło, że Zafón w pełni wykorzystał schemat fabularny młodzieżowej powieści „magicznej”, niewiele dodając od siebie. Nic bardziej mylnego. Magia i czary, pojawiające się na kartach Księcia Mgły, mogą zdumiewać nie tylko dziecko czy młodego człowieka, ale także dorosłego czytelnika – powieść Zafóna jesteśmy bowiem w stanie odczytywać na nieco wyższym poziomie, niż tylko jako interesującą propozycję spod znaku „magii dla młodzieży” czy „niesamowitych przygód” młodych bohaterów.

W Księciu Mgły odnajdziemy wiele elementów znanych z powieści (i filmów) grozy – oczywiście, nieco ułagodzonych, wszak to książka też (przede wszystkim?) dla młodszych czytelników. Niemniej jednak niektóre wydarzenia czy sytuacje z Księcia Mgły potrafią przestraszyć i starszych odbiorców (dobry przykład z szafą, która – mimo iż jest tak „ogranym” „rekwizytem” – skutecznie buduje napięcie i podnosi ciśnienie czytelnikowi). Co ciekawe, Zafónowi udało się świetnie połączyć tak ambiwalentne symbole, jak „cyrk”, „cyrkowiec”, „mag”, „wrak statku”, z dość trudną problematyką, powiązaną z odpowiedzialnością, moralnością, etyką, wywiązywaniem się ze złożonych obietnic. Czytaj dalej

Rzeczywistość jest tylko jedna. Recenzja „1Q84” (tom pierwszy) Harukiego Murakamiego

Zacznę od trywialnego stwierdzenia: z Murakamim jest tak, że albo się go lubi, albo nienawidzi. Z prostej przyczyny. Murakami bowiem, jak mało który pisarz, potrafi silnie oddziaływać na sferę emocjonalną czytelnika, wprowadzając do swojej prozy takie wątki, które wzruszają, intrygują, zaciekawiają, ale i wywołują irytację, gniew, złość. Powtórzę: Murakamiego się lubi, albo nienawidzi. Celowo używam metonimii – chodzi tyleż o prozę Murakamiego, ile o niego samego. Haruki Murakami jest człowiekiem oczytanym, elokwentnym – zauważyć to można, nie tylko podążając za aluzjami ukrytymi w jego prozie (a jest ich wiele, w dodatku nie dotyczą jedynie literatury pięknej czy popularnej), ale i śledząc niezwykłą łatwość, z jaką Murakami dostarcza czytelnikom (prawie) wszystkiego tego, czego pragną i podświadomie szukają w literaturze (począwszy do wartości kompensacyjnych, skończywszy na silnych, mrożących krew w żyłach przeżyciach). Wspaniałym przykładem jest tu najnowsza powieść (w Polsce ukazał się właśnie pierwszy tom) – 1Q84.


1Q84 składa się z dwóch, paralelnych (nie: dychotomicznych!) opowieści – mężczyzny (swoisty Yang – o imieniu Tengo) oraz kobiety (osobliwa Yin – nazywa się Aomame). Rozpoczyna kobieta, stopniowo wprowadzając nas w swój świat – mroczny, ciemny, nieopanowany i nieuporządkowany. Kobieta spieszy się na spotkanie, ale, jak na złość, jej taksówka (skądinąd taksówka niczym nie przypomina zwyczajnego pojazdu tego typu – pierwszy punkt anomalii, ale kobieta tego początkowo nie dostrzega) stoi w korku. Aomame (nasza Yin) podejmuje się ryzykownego „zagrania”: schodzi z autostrady wyjściem przeznaczonym dla „drogowców”. Przejście na drugą stronę (lustra) okazuje się zgubne w skutkach. Kobieta trafia do niepewnego świata (alternatywnego?, iluzorycznego?, literackiego?), gdzie niektóre idee przybierają inny, niż we właściwej rzeczywistości Aomame, kształt. Aomame postanawia zatem zmodyfikować nieco zapis roku – z 1984 (akcja rozgrywa się właśnie w tym roku) na 1Q84 (Q – od question mark, chociaż każdy czytelnik może swobodnie żonglować znaczeniem „Q”), aby móc odróżnić „swój” świat od nierealnej przestrzeni po drugiej stronie (autostrady).

Co się dzieje w tym czasie z mężczyzną? Wiedzie spokojne życie pisarza-amatora i nauczyciela matematyki na kursach, przygotowujących do egzaminów na studia – wszyscy zafascynowani Japonią już widzą w myślach przystojnego pana nauczyciela – iście z anime tudzież z mang. Otóż nie! Nauczyciel jest postury typowo „zachodniej” – postawny i (jak sam siebie określa) „misiowaty”. Czar prysł? Nie, bowiem nasz Yang, gdy przebywa w świecie matematyki, czuje się cudownie, co pozwala mu mówić ze swadą i co skutkuje niebywałym zainteresowaniem ze strony uczniów (szczególnie, co nie dziwi, uczennic). Pewnego dnia jego życie – jasne, słoneczne, chociaż z pewnymi „ciemnymi” wspomnieniami – zostaje zburzone. A wszystko to za sprawą pewnej siedemnastoletniej dziewczyny, której opowiadanie, przysłane na konkurs debiutów, tak przyciągnęło uwagę Tengo, że stało się mimowolnie przyczynkiem do… Czytaj dalej

Iluzoryczne życie marionetek. Recenzja „Wytwórcy makaronu” Ma Jiana

Recenzję można (było) przeczytać na stronie PapieroweMyśli

[Bezpośrednio na blogu od 05.03.2020]

Akcja Wytwórcy makaronu rozgrywa się w komunistycznych Chinach. Koniec lat 70. XX wieku dla chińskiego społeczeństwa to między innymi wprowadzenie „polityki otwartych drzwi”, która stanowi jedną z osi narracyjnych utworu Ma Jiana. „Zawodowy pisarz” otrzymuje intratne zadanie od partyjnych urzędników – ma spisać (stworzyć, wy-tworzyć, wy-kreować) historię człowieka, który stanie się w świadomości Chińczyków współczesnym bohaterem godnym naśladowania, na wzór Lei Fenga, żołnierza uosabiającego bezinteresowność i bezgraniczne poświęcenie.

„Zawodowy pisarz” wraz z „Zawodowym Krwiodawcą” robią „przegląd” postaci, które mogłyby stać się drugim Lei Fengiem. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie drobny, acz istotny fakt – (nie)rzeczywistość chińskiego komunistycznego państwa podsuwa obrazy samych degeneratów, życiowych nieudaczników, frustratów i nieszczęśników. Czytaj dalej

Kiedyś nadejdzie czas rewolucji. Recenzja „Zmierzchu” Dazaia Osamu

Pierwsza połowa XX wieku w Japonii jest czasem „zamierania” arystokracji, odchodzenia rodów szlacheckich. Przyczyn „zmierzchu bogów” wyróżnić można wiele, ale zasługują one na odrębne omówienie. Koniec II wojny światowej w japońskim społeczeństwie to okres trudny szczególnie dla Japonek – wcześniej niewiele z nich pracowało, a wśród rodzin arystokratycznych, samurajskich kobiety nie podejmowały pracy zarobkowej. W środku powojennej zawieruchy, gdy dotąd znana i spokojna przestrzeń (piękna przestrzeń, pełna kwiatów i herbaty) zamieniona została w gruzowisko, za sprawą niezwykłego dzieła japońskiego pisarza, Dazaia Osamu, spotykamy „ostatnią damę w Japonii” oraz jej dwoje dorosłych dzieci.


Można rzec, że Dazai Osamu przenosi czytelników w mały świat zagubionej młodej kobiety. Prawie trzydziestoletnia Kazuko po kapitulacji Japonii przenosi się wraz z matką na półwysep Izu. Kobiety zmuszone zostały do przeprowadzki głównie z przyczyn ekonomicznych, finansowych – nie stać ich już na prowadzenie pięknego domu w Tokio. Naoji, brat Kazuko, gdy kobiety planowały przeprowadzkę, przebywał jeszcze na froncie. Później dołączył do matki – ostatniej japońskiej damy – oraz siostry. Matka jednak coraz wyraźniej podupada na zdrowiu. Czy to kwestia wieku i związanych z nim chorób? Czy może serce i dusza arystokratki pęka z bólu, gdy widzi współczesny świat? A może…

Nie będę rozpisywać się o warstwie fabularnej Zmierzchu, bowiem utwór Dazaia Osamu jest efemeryczny, eteryczny i niezwykle intymny. Akcja rozgrywa się tyleż w przestrzeni „zewnętrznej” (czyli w domu, w Japonii, na świecie – stosując taką gradację), ile w przestrzeni „wewnętrznej” (w sercu, w duszy, w myślach). Nie powinno zatem dziwić, że język, którym posługuje się Dazai w Zmierzchu, jest językiem ulotnym, delikatnym i subtelnym. Nawet odrobinę wulgarne wstawki współczesnej bohemy artystycznej okraszone są tym nieśmiałym rumieńcem, rumieńcem wstydu, świadczącym, że popełniło się przed chwilą nietakt, grubiaństwo. Czytaj dalej

Świat zdeformowany – o cielesności parę słów [tekst z 2005 roku]

Istnieje wiele sposobów na przedstawienie i próbę narzucenia ludziom swojej wizji świata. Można pisać powieści, recytować wiersze własnego autorstwa, tworzyć muzykę, wreszcie można malować i poprzez obrazy manifestować swoje „ja”. Już po I wojnie światowej narodziła się chęć odbudowy ładu, porządku świata, owocująca niezwykle ożywioną działalnością artystów, którzy za pomocą różnych środków artystycznych prezentowali swoje wyobrażenie świata. Coraz częściej pojawiała się groteska. Mogłabym zaryzykować twierdzenie, że swą największą wyrazistość, moc, czyli apogeum zyskała w… dramacie, mimo iż, jak zauważa Jerzy Kwiatkowski, jest to niesamodzielny rodzaj literacki, przeznaczony tyleż dla czytelnika, ile dla… widza.[1] Dramat – właśnie z powodu tego, iż nie potrzebuje długich opisów, wielu wyjaśnień, jakie są niezbędne w powieści – wydaje mi się jedną z najlepszych możliwości, by kontestować rzeczywistość, a groteska pomaga w wykpieniu konwenansów, stereotypów, hamujących rozwój ludzkości, a co się z tym wiąże i rozwój świata…

Każdy z dramaturgów za pomocą groteski wypracował, a raczej wykreował własny, indywidualny obraz świata. Jednakże to, co łączy często odmienne teatry (teatr Gombrowicza, Witkacego, Becketta czy Mrożka), to problem… cielesności. W XX wieku zaznacza się proces uprzedmiotowienia, reifikacji ludzi – ich ciało staje się towarem; poza tym nadmierna fascynacja ciałem przeradza się w kult ciała od tego zaś niedaleko, aby ciało stało się bogiem… Co ciekawe, problem cielesności prezentowany jest w dramatach zazwyczaj na przykładzie kobiet. Najczęściej mamy do czynienia z dwoma wizerunkami kobiet. Pierwszy z nich to młode, niedoświadczone dziewczę. Drugi to kobieta dojrzała, w pełni świadoma swej atrakcyjności.

Jedyna przedwojenna sztuka Witolda Gombrowicza to Iwona, księżniczka Burgunda. Autor Kosmosu ukazuje jak to młoda dziewczyna, za nic sobie mająca Formę – Formę rozumianą jako zbiór norm, zasad, organizujący życie ludzi – czyni zamęt, swoistą rewolucję na dworze królewskim. Iwona mimowolnie staje się „wyzwolicielką” sekretów, tajemnic mieszkańców dworu; jej ciało jest „zwierciadłem”, w którym dworzanie „przeglądają” się i dostrzegają swoje przywary, wady. Czytaj dalej

„Proza to byt stworzony z niczego”* – parę myśli o „Górze duszy” Gao Xingjiana

Świat to złuda, fałsz stworzony przez innych,
oryginalne i autentyczne jest to, co ja proponuję
Xu Wei**

Pisarz przemierza przestrzeń. Samotnie. Podróżuje bez celu, chociaż właściwie to ucieczka przed konsekwencjami oskarżeń o „prawicowość” w komunistycznych Chinach. Wędrówka odbywa się zarówno na płaszczyźnie literackiej, jak i duchowej. Chociaż bez trudu możemy wyodrębnić jeszcze trzecią płaszczyznę – rzeczywistość. Pielgrzymka do miejsc znanych, ale jednak nieznanych, do miejsc nieznanych, ale jednak znanych. Duchowe Shangri-La (Shangri-La w duszy) okazuje się mirażem po drugiej stronie rzeki. Daleko, ale blisko. Blisko, ale zbyt daleko. Jak się tam dostać? Jak uratować swoje „jestestwo”?


Lingwistyczne balansowanie pisarza nad przepaścią bez-słowia. Doświadczenie zapisane w języku. Język zapisany w doświadczeniu i doświadczaniu. Codziennie. Od początku. Od świtu do zmierzchu i od zmierzchu do świtu. Słowa nie są wystarczające. Słowa milkną. Cisza wypełnia duszę. Trzeba coś opowiedzieć, aby nie zniknąć. Trzeba mówić, by zacząć istnieć naprawdę, by nie czuć tej samotności. Mówić do siebie. Ktoś musi cię zauważyć.

Wiem, że mówię do siebie po prostu po to, żeby stłumić samotność. Wiesz, że ta moja samotność jest nieuleczalna, nikt mnie z niej nie wybawi, mogę tylko mówić do siebie, sam sobie będąc rozmówcą. W tym długim monologu jesteś adresatem moich opowieści; jesteś mną, który bacznie mnie słucha – mówiąc krótko, jesteś mym cieniem. Jak ja słucham siebie i ciebie, tak tobie pozwoliłem stworzyć ją, bo jesteś do mnie podobny i także nie możesz znieść samotności, też musisz znaleźć sobie rozmówcę (…)***

Ekstatyczne doznania cielesne, zmysłowe i duchowe. Podróż w głąb siebie. Podróż jak najdalej od siebie, bowiem to, co we mnie, przeraża mnie najbardziej. Środek lasu, góra przede mną. Niepewnie, niebezpiecznie i ciemno. I cicho. Wyzbycie się świata jest jednak bolesne i trudne, chociaż nieuniknione, by odkryć to, czego się szuka. Czego się szuka? Niczego. Trzeba wyzbyć się przywiązania do świata, aby „to” odnaleźć. Jednakże wciąż uwodzi mnie świat ludzki, jeszcze się nie nażyłem. ***** Czytaj dalej