W piekle samotności. Recenzja książki „Kappy” Ryūnosukego Akutagawy

Literatura japońska, co może nas do pewnego stopnia zaskakiwać czy wprawiać w konsternację, związana jest mniej lub bardziej z europejskimi tendencjami w sztuce, szczególnie sztuce przełomu XIX i XX wieku. Analogicznie z „japońszczyzną” na naszym kontynencie, chociaż na mniejszą skalę – więcej w europejskiej sztuce nawiązań do haiku (jeśli pozostać tylko na gruncie literatury) albo do drzeworytów (jeśli wykraczamy poza „słowo pisane”), niż do innych japońskich form, technik, myśli, haseł. Co interesujące, Japończycy (podobnie zresztą Koreańczycy) na swój sposób przyjęli między innymi modernistyczne hasła, w tym jedno z najbardziej rozpoznawalnych – „sztuka dla sztuki”.


Ciekawe to wszystko o tyle, o ile uświadomimy sobie, jak długą drogę musiały przebyć pewne myśli i idee, a każda myśli jest przecież „tworem” kruchym, eterycznym. Trudno, oczywiście, doszukiwać się takiego wpływu myśli choćby Fryderyka Nietzschego czy Arthura Schopenhauera na Kraj Kwitnącej Wiśni, jak to miało miejsce w Europie. Niemniej jednak ekscytujące (dla niektórych, w tym dla mnie) wydaje się „śledzenie” pewnych (konkretnych) idei, które zawędrowały tak daleko na Wschód i znalazły tam swoich „wyznawców”, „myślicieli”, artystów – osobliwych właścicieli i kontynuatorów.

Oczywiście możemy pozostać w sferze haseł dość banalnych i niewiele wnoszących, jak to, że każdy koniec wieku zmusza do refleksji, rewizji, a często do pesymistycznych „przepowiedni”, toteż w wielu rejonach świata podobne formy (artystyczne) przybiorą „czarne myśli” twórców (ale czy zawsze są to „czarne myśli”?). Bez wątpienia zdecydowanie ciekawsze jest „zaistnienie” problemu „końca wieku” w literaturze oraz wpływ myśli (które dla ułatwienia można nazwać „dekadenckimi”) na artystów – ich życie i poczynania w sferze sztuki (Sztuki). Artyści bowiem, co również jest trywialnym stwierdzeniem, zdają się być wrażliwsi na wszelkie impulsy rzeczywistości oraz bodźce spoza świata realnego. Czytaj dalej

Lustrzane dusze. Recenzja „Pisma Leonarda” Diny Rubiny

Skończą się pociski, skończy się wojna.
Przy ogrodzeniu w zmroku stała
Będziesz stała pod tymi murami,
Pod tymi murami
Stała i na mnie czekała,

Lili Marlene*

Świat nie jest tak prosty i łatwy, jakby chciało wydawać się wielu. Są zjawiska, są wydarzenia, których nie sposób wytłumaczyć racjonalnie, rzeczowo i naukowo. Nieważne, jak bardzo będziemy starali się udowodnić, że wszystko można wyjaśnić, zawsze zdarzy się coś, co zburzy nasz poukładany ogląd świata. Na swojej drodze możemy spotkać osoby posiadające niezwykłe dary, na przykład jasnowidztwo, umiejętność tyleż przepowiadania przyszłości, ile zaglądania w przyszłość. Najczęściej nazywa się ich dziwakami, odszczepieńcami, czasami szarlatanami, szaleńcami, wariatami, niezrównoważonymi umysłowo. Nieliczni są w stanie uwierzyć w ich zdolności. Jedni widzą w parapsychicznych umiejętnościach boży dar, iskrę bożą, inni – szatańskie czary i zwodzenie człowieka na manowce… Jak jest naprawdę?


Matka Anny, bohaterki Pisma Leonarda, zmarła, gdy dziewczynka była mała. Nikt z rodziny nie chciał wziąć do siebie Niuty (ten skrót wolała od „zimnego” i „obcego” słowa „Anna”), bo to dziecko widziało więcej, potrafiło spojrzeć w przyszłość. Przyszłość zaś to strach, lęk, niepewność. W przyszłości czai się nieunikniona śmierć. Lepiej nie wiedzieć i nie widzieć. Anna była leworęczna. W szkole zobaczyła, w jaki sposób traktuje się leworęcznych. Aż strach pomyśleć, że przecież nie tak dawno temu leworęcznych zmuszano do pisania prawą ręką. W dodatku Niuta posługiwała się tak zwanym „pismem Leonarda”, czyli lustrzaną wersją pisma (od imienia Leonarda da Vinci). Przez długi czas sądziła, że każdy widzi to, co ona, i że każdy potrafi pisać litery w taki sposób, w jaki ona je zapisuje. Nie rozumiała tylko, dlaczego ludzie zmuszają siebie i ją, aby wszystko robić „odwrotnie”.

Kim stała się Anna? Została cyrkową akrobatką oraz kaskaderką. W jej życiu pojawiło się trzech mężczyzn (nie licząc kilku kobiet, ale one odegrały, jak się wydaje, mniej znaczącą rolę): jej rówieśnik, który później został mężem Anny, a także dwóch dużo od niej starszych panów (muzyk oraz niespełniony naukowiec-fizyk). Czytaj dalej

„Lód skrywa wiele, ale niczego nie niszczy”.* Recenzja „Lodu w żyłach” Yrsy Sigurðardóttir

Yrsa Sigurðardóttir jest islandzką pisarką, specjalizującą się zarówno w kryminałach, jak i… powieściach dla dzieci. Urodziła się 1968 roku w Reykjaviku. Co ciekawe, Yrsa Sigurðardóttir ukończyła inżynierię budowlaną na Uniwersytecie Islandzkim. Jako pisarka debiutowała w 1998 roku. Do tej pory w Polsce zostały wydane czerty (łącznie z najnowszą, z 2010 roku) jej powieści kryminalne, których centralną postacią jest prawniczka Thóra Gudmundsdóttir: Trzeci znak (MUZA SA 2007), Weź moją duszę (MUZA SA 2008), W proch się obrócisz (MUZA SA 2009) oraz Lód w żyłach (MUZA SA 2010). W przygotowaniu zaś jest kolejny utwór islandzkiej pisarki – Spójrz na mnie (również Wydawnictwo MUZA SA).


Akcja Lodu w żyłach przenosi nas na wschodnie wybrzeże… Grenlandii, (pozornie) współczesnej Grenlandii. Jakkolwiek zachodnie wybrzeże jest w miarę zagospodarowane, tak wschodnie pozostaje niemal dziewicze. Nieliczni mieszkańcy tych terenów, pomni na przestrogi przodków (głoszące, iż duchy zmarłych porywają ze sobą „nieproszonych gości”), nie zapuszczają się w niektóre rejony.

Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie jednej z islandzkich firm, aby rozpocząć prace na terenie, który stanowi temat tabu dla społeczności Grenlandczyków ze wschodniego wybrzeża. Firma Bergtaekni poszukuje bowiem surowców umożliwiających między innymi utwardzanie stali. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że w tajemniczych okolicznościach z bazy owej firmy wydobywczej znika troje pracowników. Co się z nimi stało? Islandzka firma może mieć poważne problemy, bo przerwała prace i nie dotrzymuje zobowiązań, toteż zapewne zostanie zmuszona zapłacić spore odszkodowanie. Czytaj dalej

Polifonia. Recenzja „Domu ciszy” Orhana Pamuka

Kasjeusz,
serdecznie dziękuję za możliwość przeczytania
tego niezwykłego utworu Orhana Pamuka!

W 1952 roku w Stambule przyszedł na świat Orhan Pamuk. Mogłabym zaryzykować twierdzenie, że jest najsłynniejszym współczesnym tureckim pisarzem, a to za sprawą otrzymanej w 2006 roku literackiej Nagrody Nobla. Wiele jego książek zostało przetłumaczonych na język polski – tak, nie czarujmy się, gdyby nie Nobel, pewnie w takim tempie i w takiej ilości nie moglibyśmy przeczytać dzieł tureckiego pisarza w naszym języku. Spośród książek Pamuka warto wymienić tę, która powstawała w latach 1980-1983. Mowa tu o powieści Dom ciszy, ale o niej szerzej za chwilę.


Zanim wspomnę o fabule Domu ciszy, dobrze jest przypomnieć (sobie) takiego pisarza jak na przykład… Jun’ichirō Tanizaki. Dlaczego? Z (pozornie) prostej przyczyny. Kontakty Wschodu z Zachodem i Zachodu ze Wschodem zawsze były, są i będą w znacznej mierze ekscytujące, zdumiewające i interesujące, niezależnie od tego, z której i jakiej perspektywy zechcemy na nie spojrzeć. Wydaje się, że to właśnie literackie obrazy spotkań Wschodu z Zachodem (i Zachodu ze Wschodem) stanowią trzon najbardziej elektryzujących zapisków, (quasi-)dokumentów, które przechowały pamięć o kontaktach, wymianach i wpływach różnych wschodnich-zachodnich myśli oraz idei. Tanizaki, japoński pisarz, autor między innymi Dziennika szalonego starca, przyglądał się „wędrówce” myśli oraz „asymilacji” bądź odrzuceniu pewnych idei, które nadciągały z Zachodu i szukały swojego miejsca w Kraju Kwitnącej Wiśni.

Mogłabym zaryzykować twierdzenie, że Orhan Pamuk w Domu ciszy (ale i chyba nie tylko w tej powieści) podejmuje między innymi problem wzajemnego przenikania się i warunkowania tyleż pewnych zachodnich- wschodnich idei, ile… stereotypów. Obraz Europejczyka w Turcji (Turcji, która odznacza się, co prawda, niezbyt widocznym dla Europejczyka niezainteresowanego tym rejonem świata, ale jednak niezwykle mocnym wewnętrznym zróżnicowaniem) jest paralelny z obrazem Turka w Europie. Innymi słowy, Orhan Pamuk zabiera nas w trudną podróż – podróż do wnętrza naszych uprzedzeń, rodzących się na styku różnych kultur, tradycji. Kluczem, jak zwykle, jest przeszłość. Można zaryzykować twierdzenie, że przyszłość nie jest możliwa bez pamięci o przeszłości, bez ciągłego, permanentnego odwoływania się do dokonań ludzi z minionych wieków, bez rewizji pozostałości po bliższych albo dalszych przodkach… Czytaj dalej

Pustka języka, język pustki. Recenzja książki „Raptem deszcz. Wybór wierszy” Ko Una

Tatusiu
Tatusiu

Śpiewa świerszczyk.

/Ko Un, Jesienny wieczór, przeł. Adam Szostkiewicz*/

Czytając japońskie, koreańskie bądź chińskie książki w polskim przekładzie, często uderza nas pewna niekonsekwencja w zapisie imion i nazwisk, nierzadko przyczyniająca się do mylnego oznaczenia konkretnego utworu w bibliotece czy księgarni oraz dezorientacji czytelników. Zwyczajowo w Polsce zachowuje się oryginalny zapis (nazwisko poprzedza imię), ale obecnie nazwiska japońskich twórców zapisuje się zarówno w wersji polskiej: imię oraz nazwisko, jak i japońskiej: nazwisko oraz imię. Jedynie zapis nazwisk chińskich oraz koreańskich pozostaje bez zmian: nazwisko poprzedza imię. „Ko” jest zatem nazwiskiem.


Ko Un urodził się w 1933 roku, a zatem w czasie, gdy Japonia okupowała półwysep koreański (od 1910 do 1945 roku). Nauka koreańskiego była wówczas zakazana, ale mimo to mały Ko Un potajemnie uczył się ojczystego języka. Od dziecka pragnął stać się malarzem i coś z tej pasji widać pozostało, bowiem malarskość jest obecna i widoczna w jego wierszach. Mniej więcej na rok przed wybuchem wojny koreańskiej (1950-1953) Ko Un postanowił zostać poetą, jednakże trudne warunki życiowe oraz tragiczna bratobójcza walka Koreańczyków, rzeczywistość pełna okrucieństwa i bestialstwa, zahamowały jego pragnienia i marzenia. Przyszły poeta w 1952 roku wstąpił do klasztoru. Droga mnicha usiana była wybojami, przeszkodami i trudnościami – zarówno fizycznymi, jak i duchowymi. Ko Un wiele czasu poświęcił próbom pojęcia i zrozumienia pustki (sanskr. „siunjata”). Jedenaście lat później, w 1963 roku, Ko Un zdecydował, że powróci do świeckiego świata i zajmie się literaturą (co ważne, Ko Un pisze nie tylko wiersze, ale i utwory prozatorskie). Tu również czekała go długa i męcząca droga. Kilkakrotnie próbował popełnić samobójstwo, aż do zimy roku 1970, gdy przeczytał o robotniku, który dokonał samospalenia. Poetą wstrząsnął fakt, że on wciąż żyje, a ten młody człowiek musiał umrzeć. Można zaryzykować twierdzenie, że artykuł odmienił życie Ko Una. Lata 70. i 80. XX wieku to okres aktywności politycznej koreańskiego poety. Ko Un protestuje przeciw wojskowej dyktaturze w Korei, działa w ruchach robotniczych. W 1980 roku trafia do więzienia, (fałszywie) oskarżony o udział w spisku, który miał doprowadzić do wybuchu wojny domowej. Dwa lata później Ko Un został zwolniony. W 1983 roku wziął ślub z wykładowczynią literatury angielskiej Lee Sang-whe i po dwóch latach powitał na świecie swoją córkę Cha-ryong. Czytaj dalej

„Bycie prawym jest ważniejsze.”* Recenzja „Panicza” Sōsekiego Natsume

Praca w szkole, wbrew pozorom, wcale nie jest łatwa, prosta i przyjemna. Dowiadują się o tym już na praktykach studenci kierunków związanych z nauczycielstwem. Istnieją jednak osoby nadal zdecydowanie i konsekwentnie utrzymujące, iż zawód nauczyciela nie jest taki ciężki i trudny, ale – jak powszechnie wiadomo – nieprzekonanych się nie przekona.

Przebywając w szkole, musimy brać pod uwagę nie tylko dzieci i młodzież (jakkolwiek to właśnie dzieci i młodzież są najważniejsi), z którymi będzie pracował potencjalny nauczyciel, ale także… grono pedagogiczne. Niektórzy nauczyciele dość szybko domyślają się i dowiadują, kto donosi na kogo, „kto pod kim dołki kopie” czy wreszcie kto przy uczniach dezawuuje umiejętności i wiedzę konkretnego nauczyciela. Oczywiście, istotnym problemem jest również „materiał nauczania” – czego uczyć i jak uczyć?, jakich efektów oczekujemy?, czy projektowane skutki nauczania są względnie realne, czy (nazbyt) idealistyczne? Pytania i zagadnienia związane ze szkolną rzeczywistością można mnożyć i chyba nigdy się ich nie wyczerpie. Ja poprzestanę na razie na takim lekkim i swobodnym nakreśleniu tła do dalszych rozważań, ale tym razem na tematy literackie.

Każdy kraj (ale nie każda szkoła, niestety) szuka efektywnych metod nauczania. Co zrobić zatem może pojedynczy nauczyciel? Jak rola i etos nauczyciela zmieniały się (i zmieniają) wraz z upływem czasu oraz sposobów patrzenia na (nie tylko) szkolną rzeczywistość? Czy jeden nauczyciel jest w stanie poradzić sobie z konformizmem i oportunizmem innych „pedagogów” oraz dyrekcji? Czy nauczyciel ma (mniej bądź bardziej realną) możliwość przekazania nie tylko wiedzy, ale i postaw etycznych, moralnych? Tak poważnie brzmiące zjawiska i problemy odnajdziemy (odpowiednio literacko przekształcone) w króciutkiej książce Panicz Sōsekiego Natsume. Czytaj dalej

„Z ziarenek piasku wyrośnie mój portret…”[1], czyli literacki obraz Polaka końca wieku [tekst z 2005 roku]

Kiedy opadła groza pogasły reflektory
odkryliśmy że jesteśmy
na śmietniku w bardzo dziwnych pozach
jedni z wyciągniętą szyją
drudzy z otwartymi ustami z których sączyła się jeszcze ojczyzna (…)

Zbigniew Herbert, Przebudzenie[2]

Pierwsze wspomnienia z dzieciństwa są pełne kartek pokrytych nieporadnymi rysunkami, przedstawiającymi zazwyczaj rodziców, rodzeństwo. Dopiero z biegiem czasu, niektórzy spośród małych artystów, bystrych obserwatorów świata podejmują ważną decyzję, że sztuka portretowania będzie wypełniać ich życie. Niektórzy z nich skończą swą przygodę z malarstwem jak wujek Gucio z Gnoju Wojciecha Kuczoka[3]… Inni uciekać będą przed natrętnym spojrzeniem ciekawych, porzucą swą pasję, kiedy ta niepostrzeżenie zamieni się w katorgę…

Jak narysować portret? To proste, trzeba tylko pamiętać, żeby dokładnie oddać każdy szczegół, każdy grymas, by pamiętać, że osoba, którą się rysuje, ma duszę…

Są różne metody, sposoby rozpoczęcia obrazu. Można na przykład narysować kształt twarzy Polaka. Ja jednak wolę zacząć od oczu – zwierciadeł duszy. W głębi źrenicy dostrzec można obrazy, obrazy dnia, przywoływane przez przypadkowe słowo… Utrwalone, jak zdjęcie na kliszy, zdarzenia, których jesteśmy  mimowolnym świadkiem (niczym żebrak z opowiadania Żebracy Zbigniewa Kruszyńskiego[4]), ludzie, których widujemy na co dzień, wciąż gdzieś pędzących naszych rodaków (czasami mam wrażenie, że co dzień widzę nowych ludzi, że ci raz przeze mnie widziani, znikają, zapadają się pod ziemię albo zmieniają trasy wędrówek). Czytaj dalej

Deliryczne literki. Recenzja „Krainy wódki” Mo Yana

Mo Yan* (naprawdę nazywa się Guan Moye) przyszedł na świat w 1955 roku, w Chinach, a dokładnie w prowincji Szantung. Rozpoczynał swoją życiową „karierę” jako wojskowy – między innymi był oficerem propagandy. Utwory (quasi-)literackie publikuje od 1981 roku. Jego dzieło Klan czerwonego sorga (tłumaczone też jako Czerwone sorgo) w Chinach zostało uznane za najlepszą powieść 1986 roku. Co ciekawe, Czerwone sorgo doczekało się adaptacji (o tym samym tytule), nagrodzonej Złotym Niedźwiedziem w 1988 roku na festiwalu w Berlinie. W 1992 roku światło dzienne ujrzała proza na wskroś… deliryczna, o niebanalnym tytule Kraina wódki.


Jesteśmy w stanie określić czas oraz miejsce akcji Krainy wódki jedynie w przybliżeniu, ale, co ważne, niedaleko odbiegniemy od czasu i miejsca powstania tego utworu. Lata 90. XX wieku, Chiny – tak w skrócie prezentuje się „stelaż”, na którym rozpięto historię „niesamowitą”. Mogłabym rzec, że czas i miejsce akcji są jedynymi pewnymi i niepodważalnymi „elementami” powieści chińskiego pisarza, reszta zaś jest względnym, delirycznym, (goło)słownym labiryntem. Chociaż z łatwością każdy czytelnik Krainy wódki jest w stanie podważyć powyższe twierdzenie, ba! sam Mo Yan nam to ułatwia, wręcz zachęca do negacji (jakiegokolwiek) ustalonego porządku, ale o tym za chwilę.

Ding Gou’er, śledczy z prokuratury, zostaje wysłany do Alkoholandii, by rozwikłać tajemnicę nie z tej ziemi, czyli by ujawnić niecne praktyki i postępki wysoko postawionych urzędników. Powiedzieć mogę tyle, że owi urzędnicy, poza obowiązkowym spożywaniem alkoholu w ekstremalnie wysokich dawkach (co nie wzbudza w prokuraturze niepokoju), raczą się osobliwymi potrawami. Jakimi? Czytaj dalej

(Pra)Źródło – o „Głębokiej rzece” Shūsaku Endō

Czy istnieje coś, co nas łączy? Czy mamy wspólną (pra)przeszłość, czy mamy wspólną przyszłość? Czy dzielimy te same bądź podobne sny i marzenia? Czy żyjemy z podobnego powodu? Czy wszyscy ludzie na świecie są w jakiś sposób ze sobą połączeni? Czy zbiorowa podświadomość jest iluzją, czy prawdą? Gdzie znajdziemy odpowiedzi na pytania, które nas dręczą? Niby proste, trywialne kwestie, ale jak odpowiesz, jeśli zapytam, w co wierzysz? Co jest po śmierci? Czy po śmierci się spotkamy? Czy pochłonie nas nicość? Czy odrodzimy się w nowym-starym świecie? Czy…


Shūsaku Endō to jeden z ciekawszych japońskich pisarzy. Urodził się w 1923 roku w Tokio, zmarł w 1996 roku. Gdy był jeszcze dzieckiem, matka, zafascynowana katolicyzmem, ochrzciła go. Przystąpienie i przyjęcie do wspólnoty katolickiej (czy szerzej – chrześcijańskiej) wiązało się z (nieodłącznym) pytaniem, w jaki sposób w Japonii funkcjonują pierwiastki chrześcijaństwa? Innymi słowy, Endō zastanawia się, jak Japończycy pojmują katolicyzm, czego nie są w stanie zrozumieć, co jest dla nich barierą nie do przebycia. Proza Shūsaku Endō to zatem permanentne, niekończące zmaganie się z pytaniami dotyczącymi fundamentalnych spraw i zagadnień: moralności, etyki, religijności, wiary, sensu życia. W Polsce ukazało się kilka(naście) utworów Endō, choćby Milczenie, Samuraj czy Szaleniec?. W 1993 roku powstała interesująca książka, o intrygującym tytule Głęboka rzeka.

W początkowych rozdziałach (oraz w licznych retrospekcjach) akcja Głębokiej rzeki umiejscowiona została w Japonii. Czas teraźniejszy fabuły „przenosi” nas do… Indii, a dokładnie w pobliże świętej rzeki Ganges. Próżno wymieniać wszystkich bohaterów i szczegółowo opisywać ich zmagania z przeszłością, pragnieniami, ambicjami i uczuciami. Można wspomnieć na przykład o Isobe i jego zmarłej żonie. Isobe dopiero po śmierci małżonki uświadomił sobie, jak wartościową była kobietą, ba! zrozumiał, że niezwykle mocno ją kochał, ale nie potrafił wyrazić tego ani słowami, ani gestami. Żona wierzyła w reinkarnację, zatem na łożu śmierci poprosiła męża, aby jej szukał, gdyż ona na pewno się odrodzi – gdzieś, gdziekolwiek… Czytaj dalej