Dorastanie? Recenzja „Tsugumi” Banany Yoshimoto

Mogłabym zaryzykować twierdzenie, że Banana Yoshimoto należy do najbardziej znanych w Polsce współczesnych japońskich pisarzy (oczywiście, bezsprzecznie na pierwszym miejscu jest Haruki Murakami). Wszystko za sprawą Kuchni oraz Tsugumi wydanych przez Państwowy Instytut Wydawniczy – obie książki zostały bardzo dobrze przyjęte przez (nie tylko) polskich czytelników. Banana to pseudonim, naprawdę Yoshimoto ma na imię Mahoko. Urodziła się w 1964 roku w Tokio.


Co ciekawe, na okładce polskiego wydania Tsugumi widzimy zapisane w kanji (鶇) słowo… „tsugumi”, które oznacza tyle, co ‘drozd’. Oryginalnie imię tytułowej bohaterki zapisuje się w hiraganie: つぐみ. Poza Tsugumi w minipowieści Yoshimoto pojawia się niewiele postaci. Spośród nich należy wymienić przede wszystkim troje młodych ludzi i… dwa zwierzątka, wokół których będzie koncentrować się fabuła.

Narratorką jest Maria Shirakawa, czyli rok starsza kuzynka Tsugumi. Siostra Tsugumi – rok starsza od Marii – to Yōko Yamamoto. Rodzina Yamamoto ma pieska, Pochiego. Pewnego dnia, podczas wakacji, Maria oraz Tsugumi poznają chłopca o imieniu Kyōichi. Młodzieniec jest właścicielem psa, który wabi się Gongorō. Wbrew pozorom psy są istotnymi „elementami” warstw fabularnej i semantycznej minipowieści Yoshimoto.

Tylu bohaterów wystarczy przywołać, aby móc swobodnie (o)powiedzieć o Tsugumi. Akcja rozgrywa się zasadniczo (nie brak bowiem retrospekcji) podczas jednych wakacji. Maria przeprowadziła się do Tokio, gdzie mieszka z matką i z ojcem. Podczas wakacji powraca do zajazdu Yoshimoto, w którym spędziła większość swojego życia. Kuzynce (Tsugumi) zawdzięcza wiele (nie)samowitych przygód, eskapad, wydarzeń, które pieczołowicie przechowa w swoim sercu.

Zajazd rodziny Yamamoto jawi się jako osobliwa Arkadia – sielsko, anielsko. Gdyby tylko Tsugumi potrafiła okazać trochę ciepła, miłości i radości, można by wówczas rzec, iż Maria (po)wróciła do swojego małego, prywatnego raju. A może to właśnie Tsugumi jest tą osobą, która urzeczywistnia istnienie „idealnego” świata, konstytuuje osobliwą „małą ojczyznę”? Maria wszak musiała przenieść się do wielkiego miasta, zmienić całkowicie otoczenie – wystarczy wspomnieć choćby zamieszkanie z ojcem (Maria urodziła się w pozamałżeńskim związku). Dodatkowo dziewczyna rozpoczęła studia. Zupełnie nowa rzeczywistość zderzona zostaje ze wspomnieniami, marzeniami i pragnieniami. Innymi słowy, Yoshimoto skontrastowała tokijskie mieszkanie Marii z zajazdem rodziny Yamamoto, na tym tle (stelażu?) rozrysowała zależności między poszczególnymi bohaterami.

Tsugumi czyta się lepiej niż Kuchnię (przynajmniej mnie), mimo iż autorka nie unika tych elementów, które są słabą stroną jej prozy, jak choćby nadmiernie rozbudowane „dumania” i „refleksje” Marii. Narratorka jawi się jako postać papierowa, nijaka, niezdecydowana, bez charakteru. Nudzi i męczy czytelnika. Jakże inna od niej jest Tsugumi – chorowita dziewczyna, wokół której koncentruje się życie rodziny. Tsugumi skwapliwie wykorzystuje rozczulanie się matki i siostry – jest kapryśna, krzyczy, rzuca przedmiotami, wpada w furę (prawdziwą i udawaną), kpi i żartuje z innych, a w głębi serca pozostaje sama, nie(z)rozumiana. Zdaje się niejednokrotnie, że to Tsugumi żyje naprawdę, pełnią swojego kruchego życia.

Banana Yoshimoto wybitną pisarką nie jest. Może kiedyś będzie. Nie buduje skomplikowanej prozy. Nie podejmuje wyzwań, nie tworzy innowacyjnych światów, nieszablonowych przestrzeni. Mogłabym zaryzykować twierdzenie, że interesuje ją (jedynie) to, co bliskie, czyli rodzina, relacje rodzinne, interakcje, (szeroko pojęte) związki międzyludzkie. Nie potrafi jednak stworzyć pogłębionych portretów. Psychologia postaci jest słaba (o ile w ogóle jest). Czytelnik ślizga się po powierzchni. Może to zamierzony efekt, gdyż narratorką jest młoda dziewczyna, ale niedosyt pozostaje. Innymi słowy, Yoshimoto zatrzymuje się w młodzieńczym mikroświecie i chyba nie chce dorosnąć. Wybiera zatem naiwną, nieco infantylną narrację.

Autorka, jak się wydaje, chce powiedzieć zbyt wiele przy okazji króciutkiej książki (książeczki?). Podejmuje kilka kluczowych tematów, sięga po istotne problemy i… zawiesza je w próżni. Ot, tytuł utworu każe nam przypuszczać, że ośrodkiem jest postać Tsugumi. Co jednak powiedzieć o przeżyciach i przemyśleniach Marii? Czy są mniej ważne? Czy są istotniejsze niż „chimery” Tsugumi? Dodatkowo Yoshimoto wprowadza postać Kyōichiego, kompletnie jej nie rozwijając, ba! trywializując historię młodzieńca. Tysiące myśli – niepoukładanych, niesfornych, przerwanych. Kilka kierunków – żaden niewykorzystany, a jedynie zasygnalizowany. Yoshimoto ma tendencje do tworzenia „rajów”, miejsc nieistniejących. Bohaterowie jej prozy cechują się wyjątkową nierealnością i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że Banana Yoshimoto nie jest przekonująca w tym, co prezentuje.

Tsugumi to przyjemna książka na letni wieczór. Ofiaruje gotowe uczucia i emocje – wystarczy je tylko wziąć i przyjąć za swoje. Zupełnie jakbym oglądała anime bądź czytała mangę skierowaną do młodych dziewcząt – moje skojarzenie z popkulturą nie jest przypadkowe, bowiem Yoshimoto jest bardzo popkulturowa. Mnie nie zachwyca. Nie umiem się zachwycić. Nie potrafię i nie będę udawać, że jest inaczej. Nie przemawia do mnie. Nie przekonuje mnie. Może poza próbą wykreowania ciekawej postaci – Tsugumi…

——————
Banana Yoshimoto, Tsugumi, przeł. Gabriela Rzepecka, PIW, Warszawa 2005.

Autor: Luiza Stachura

Reklamy

12 thoughts on “Dorastanie? Recenzja „Tsugumi” Banany Yoshimoto

  1. Jedna uwaga – Maria zamieszkuje w Tokio z ojcem, nie ojczymem. Była „owocem” związku pozamałżeńskiego, ale ojciec spędzał z nią i jej matką każdą wolną chwilę. Gdy uzyskał rozwód (po wielu latach), zabrał obie do siebie.

    Mnie natomiast Yoshimoto przekonuje. Zaczęłam od „Hard-boiled. Hard Luck” i może to z tego powodu, z powodu dobrego tłumaczenia na niemiecki – tekst brzmiał tak, jakby właśnie po niemiecku go napisano, niektóre frazy znam na pamięć;) Po polsku proza Yoshimoto nie brzmi już tak dobrze, ale swoiste zauroczenie (choć nie do końca o to słowo mi teraz chodzi) we mnie pozostało. A z dwóch wymienionych przez Ciebie książek, najbardziej pozostało we mnie opowiadanie „Moonlight Shadow” z tomiku „Kuchnia”.

    1. Ups, faktycznie^^” Dziękuję Ci bardzo.

      Nie wiem, czy to jest kwestia tego, od której książki się zaczyna. Raczej tłumaczenie odgrywa sporą rolę. Niemniej jednak nie sądzę, żeby w oryginale, po japońsku ; ) Yoshimoto „brzmiała” lepiej. Chociaż… kto wie. Hm, ja się rozczarowałam, szczerze mówiąc, bo Yoshimoto należy do chwalonych pisarek ; )
      Na pamięć? Napisz, proszę, jakich fragment xD

      Pozdrawiam!^^

  2. „Die Leute bilden sich gemeinhin ein, sie hätten sich von ihrem Partner getrennt, weil sie ihn satt gehabt hätten beziehungsweise weil es ihr eigener oder der Wille des Partners gewesen wäre. Aber das stimmt nicht. Genauso wie die Jahreszeiten wechseln, gehen auch Lebensphasen zu Ende. Das ist alles. Mit dem menschlichen Willen kann man da gar nichts ausrichten. Umgekehrt heißt das aber auch, dass es möglich ist, die Zeit bis dahin zu genießen und Spaß haben, bis dieser Tag gekommen ist.”

    Uwielbiam powyższe słowa, są z opowiadania „Hard-boiled”:) A co do Yoshimoto – fakt, że ktoś jest chwalony, nie znaczy, że trafi w gusta wszystkich. Po prostu lubisz bardziej, bo ja wiem, może ambitne powieści? Mnie się podoba ta fragmentaryczność u Yoshimoto, to niezgłębianie psychiki bohaterów przez wszechwiedzącego narratora. To tak, jakbym sama siedziała na ławce w parku i obserwowała ludzi. Mnie się podoba;)

    1. すごいですね! (sugoi desu ne!) xD’
      Dziękuję Ci bardzo!^^

      Ja patrzę na odbiór japońskiej literatury w Polsce i (ogólnie) w Europie. Jestem niezmiernie ciekawa, co takiego sprawia, że jakiś współczesny japoński pisarz jest chwalony/ceniony w Europie. Nie dotyczy to innych narodowości (jedynie japońskich, koreańskich i chińskich pisarzy, najwięcej jednak w Polsce tłumaczy się japońskich pisarzy).

      „Fragmentaryczność” to też sztuka, ale mniej więcej rozumiem (mam nadzieję), o co Ci chodzi^^’

  3. Nie na temat, ale cóż poradzić, właśnie to zauważyłam i postanowiłam się podzielić. Napisałaś ostatnio u mnie, że nie jesteś w stanie przekonać się do „pisarstwa dziennikarzy”. Czytam teraz „Kleopatrę” autorstwa Essex. Jak łatwo się domyślić, jest to powieść historyczna, z domieszką psychologii (autorka bowiem bardzo skupia się na bohaterach, motywach ich działań). Przed chwilą przeczytałam rys biograficzny Essex – okazuje się, że była wcześniej dziennikarką. Tak więc, nie pielęgnuj w sobie uprzedzeń, najlepiej nie (zawsze) sprawdzaj, kim jest/był autor. ;)
    Jeszcze raz przepraszam, że tyle wyklikałam, i to w dodatku nie na temat.
    Pozdrawiam ciepło!

    1. Pisz, pisz – nawet jeśli to ma być „nie na temat” ; )

      To nie tak, że jestem uprzedzona. Czytałam ostatnio książkę Rosy Montero (dziennikarki) i spodobała mi się.
      Sporo zależy i od umiejętności, i od tematyki, i czasami też od wykształcenia (wszak w Polsce istnieją teraz studia dziennikarskie, które nie są powiązane w żaden sposób z polonistyką – jak było kiedyś).
      Nie spodziewam się po prostu po dziennikarzach jakiś rewelacyjnych książek (fikcjonalnych) i tyle ; )
      Jeśli akcja rozgrywa się w konkretnym polskim mieście/konkretnej polskiej miejscowości, to ja się spodziewam tego, co od jakiegoś czasu robi Gretkowska – mieszanie polityki, socjologicznych aspektów i innych. Mniej natomiast inwencji, polotu, tego „czegoś”, co przyciągnie, a nie będzie odpychać itp.

      Pozdrawiam serdecznie^^

      1. Co do tej polityki i socjologicznych aspektów – coś jest na rzeczy, jeśli chodzi o czytaną przeze mnie Essex (co prawda, nie pisze o polskim mieście, tylko o starożytnym, ale przypadkiem trafiłaś w sedno ;). Czasami trochę brakuje mi u niej takich długich opisów miejsc, zwyczajów etc. Za to umieszcza obszerne relacje z narad wojenno-politycznych.
        Natomiast w przypadku „Szeptów” (konkretne polskie miasto) muszę napisać: polityki nie stwierdzono. Jasne, jest tam gdzieś w tle, jak w historii o Żydzie zmuszonym do przesiedlenia (widzimy, że musi wyjechać, i to szybko, ale autor nie zagłębia się w szczegóły), ale gdyby czytał to ktoś, kto nie ma pojęcia o historii, mógłby nawet nie zrozumieć, co (i dlaczego) się właściwie stało.
        Zawód dziennikarza może narzucać pewną manierę, ale efekt nie zawsze jest zły. I ta maniera nie jest jednolita, znaczy, nie da się zbytnio generalizować. Jeden będzie pielęgnował surowy styl, u innego ujawni się ona na poziomie treści (wątki polityczne, socjologiczne).

        Pozdrawiam,
        kasjeusz po zmierzchu (proszę wziąć do serca to „po zmierzchu”, jeśli wyszedł mi stek bzdur – powoli odchodzę na spotkanie Morfeusza ;)

  4. @Kasjeusz
    Jasne, że nie ma co generalizować.
    Mój dystans wobec dziennikarskiego „pisarstwa” ujawnia się przy polskich dziennikarzach dużo częściej niż przy zagranicznych.

    „Szepty” mnie zainteresowały, może to zasługa nie tyle tego, co ma do zaoferowania ta książka, ile Twojej recenzji xD

    W dzisiejszych czasach wszyscy cierpimy na brak arcydzieł, miejmy nadzieję, że to się zmieni – może za sprawą dziennikarzy?

    Żadne bzdury – interesujące spostrzeżenia.

    Pozdrawiam serdecznie!^^

  5. Przeczytałem „Tsugumi”. Nie pamiętam kiedy… w przeszłości. Jeden jedyny raz. Dzięki polecaniu znajomego antykwariusza (!). Wrażenia z lektury… Jakie to były wrażenia? Nie pamiętam ;) Przypuszczam, że byłem daleki od zachwytu. Może dzięki przygodzie z „Tsugumi” nie mam ochoty na poznawanie „Kuchni”. „Banana” – pseudonim, który budzi moje przerażenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s