„Mysza to podstawa naszej egzystencyi!”* Recenzja książki „Kyś” Tatiany Tołstoj

A gdyby tak pewnego dnia nastąpił wielki Wybuch? I gdyby świat wypadł ze swoich „torów”, a nowe „trybiki” przejęły „władanie” nad przestrzenią? A gdyby ludzkość cofnęła się do epoki kamienia? Gdyby dziedzictwo kulturowe, sztuka, innowacyjne rozwiązania, technologiczne osiągnięcia straciły rację bytu? A gdyby…


Akcja Kysia rozgrywa się po bliżej nieokreślonym i niesprecyzowanym Wybuchu. Wiemy tylko, że ludzkość cofnęła się w rozwoju. Nastąpiło wielkie promieniowanie, w wyniku którego wszyscy naznaczeni zostali takim czy innym „Effektem” – innymi słowy, każdego dotknęła w mniejszym bądź większym stopniu mutacja. Nie znamy dokładnej mapy świata – może coś istnieje, może nie ma niczego, może nigdy nie było Wybuchu, a może był tylko na ograniczonej przestrzeni (tu ma swoje źródło skojarzenie z wybuchem bomby atomowej, chemicznej bądź biologicznej). Jednakże narrator niejednokrotnie daje nam znać, iż gród Fiodoro-Kuźmiczów (centralne miejsce powieści) znajduje się na wschodzie. O zachodzie świata (Zachodzie) mgliście i niejasno dowiadujemy się ze słów ostatnich przedstawicieli inteligencji. Interesujące spostrzeżenia poczynił narrator, zestawiając i zderzając ze sobą różne spojrzenia na zachodnie tereny (Zachód). Już na wstępie mamy zatem element gry – czy zachód rozumiany jest jako określona przestrzeń geograficzna, czy pod rozważaniami o Zachodzie kryje się aluzja do konkretnej cywilizacji, kultury i tradycji mniej bądź bardziej odmiennej od wschodniej (Wschodu)?

Centralną postacią Kysia jest Benedikt Karpow, chociaż można zaryzykować twierdzenie, że głównym bohaterem jest zbiorowość, mieszkańcy Fiodoro-Kuźmiczowa. Matka Benedikta przyszła na świat przed Wybuchem i nie była w stanie pogodzić się z nowym ładem, nowym porządkiem czy raczej należałoby powiedzieć – z cofnięciem się ludzkości w rozwoju (intelektualnym). Jak się zdaje, matka Benedikta symbolizuje (wraz z innymi „Dawnymi”, na przykład z Nikitą Iwanyczem) inteligencję. Czytaj dalej

Numen. Recenzja „Wiwisekcji” Patricka White’a

Urodzony w 1912 roku w Londynie Patrick White (zmarł w 1990 roku w Sydney), australijski poeta, prozaik i dramatopisarz jest, jak się wydaje, dość słabo znany w Polsce, a (wbrew pozorom) kilka(naście) jego książek zostało przetłumaczonych na język polski. Spośród wydanych w naszym kraju utworów White’a wymienić należy Voss, Wóz ognisty czy niezwykłe (arcy)dzieło z 1970 roku – Wiwisekcję. W 1973 roku Patrick White uhonorowany został prestiżową Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury.


Co ciekawe, w Wiwisekcji (mimo iż powstała około roku 1970 i to w Australii) odnajdziemy świat zamknięty (otwarty) w arcydziełach takich jak W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, nie mówiąc już o prozie Tomasza Manna albo… Oscara Wilde’a. Oczywiście, wszelkie literackie „konteksty” można mnożyć, dodając zwłaszcza te, które związane są z cyganerią artystyczną. Nie zmienia to jednak faktu, iż Wiwisekcja stanowi klasę samą w sobie, mocno i żywo migoczącą w (nie)świadomości czytelnika.

Akcja Wiwisekcji rozgrywa się w Australii, rozpoczyna się na początku XX wieku, kończy natomiast (najprawdopodobniej) w latach 70. XX stulecia. Hurtle Duffield, główny bohater Wiwisekcji, urodził się w ubogiej, wielodzietnej rodzinie. Ojciec zbierał butelki pozostawione przez innych, matka prała i prasowała ubrania zamożnych rodzin. Dziadek Hurtle’a (od strony ojca) były człowiekiem, który przedkładał sztukę, nieuchwytne porywy umysłu i serca nad pracę fizyczną, o co jego syn (ojciec Hurtle’a) miał do niego żal niemal przez całe życie. Podobno, wedle badań genetyków, najwięcej cech dziedziczymy po dziadkach. Bez wątpienia tak było w przypadku Hurtle’a. Matka wiedziała (przeczuwała?), że jej syn będzie kimś wielkim, kimś nieuchwytnym, kimś nieosiągalnym dla zwykłego człowieka. Wiedziała i między innymi dlatego dokonała dramatycznego wyboru. Wyboru, którego Hurtle nie mógł nigdy wybaczyć ani jej, ani ojcu… Czytaj dalej

Parę słów o „Kojiki”

W samym środku wakacji, w sierpniu, znalazłam w bibliotece intrygującą księgę, o tytule Kojiki. Słowo „kojiki” (古事記) w wolnym tłumaczeniu znaczy tyle, co księga dawnych wydarzeń (taki właśnie podtytuł odnajdziemy w polskim wydaniu tego niezwykłego arcydzieła). Kojiki podobno powstało na początku VIII wieku naszej ery (po roku 711, najprawdopodobniej w 712 roku), ale oryginał, niestety, nie zachował się. Najstarsza kopia pochodzi dopiero z XIV wieku. W zamierzeniu Kojiki miała być rzetelnie spisaną historią Japonii. Wcześniej bowiem krążyły wersje ustne, które, co nie dziwi, odznaczały się znacznym stopniem zniekształcania, zdeformowania.


Cesarzowa Gemmei (Genmei) w 711 roku rozkazała jednemu z wysokich rangą urzędników dworskich, Ō-no Yasumaro, aby uporządkował i spisał dzieje Kraju Kwitnącej Wiśni. W przedmowie do Kojiki sam Ō-no Yasumaro dokładnie informuje o przyczynach powstania tego niezwykłego „dokumentu”. Kojiki składa się z trzech zwojów, przy czym chyba najciekawszym jest pierwszy, opisujący stworzenie japońskich wysp. Dwa kolejne zwoje poświęcone zostały rządom pierwszych trzydziestu trzech cesarzy (aż do cesarzowej Suiko, czyli pierwszej kobiety na tronie cesarskim w Kraju Wschodzącego Słońca).

Kojiki jest interesującym (arcy)dziełem japońskiej historiografii. Tym bardziej szczególnym i wartym poznania, że to pierwsze tego typu „świadectwo”, a dodatkowo (w oryginale) zapisane za pomocą chińskich znaków. Zapis chińskimi znakami stworzył później trudności badaczom, mnożył bowiem odczytania i znaczenia. W wielkim skrócie można powiedzieć, że Japończycy od początku swojego piśmiennictwa używali znaków chińskich, które z czasem w japońskim alfabecie uległy modyfikacji (uproszczeniu). Ponadto Japończycy uwzględnili i utrzymali nie tylko chińskie odczytania „zapożyczonych” znaków, ale dodali własne. Dlatego też uczeni spierają się, w jaki sposób należy odczytywać (arcy)dzieła takie jak Kojiki. Czytaj dalej

Lubieżnie. Recenzja „Tajemnej historii pana Musashiego” Jun’ichirō Tanizakiego

Przez pamięć woni kwiatów pomarańczy kukułko
Przybądź do Wioski Opadających Kwiatów*

Powiedz, drogi czytelniku, co kryje się w twoim sercu? O czym marzysz? O czym przypomina ci każdej nocy podświadomość? Jakie są twoje najdziksze i najbardziej nieujarzmione fascynacje i fantazje? Czego o tobie nie wie nikt? Czy naprawdę nikt nie wie?


Jun’ichirō Tanizaki należy do najbardziej znanych i najlepszych japońskich pisarzy. Urodził się jeszcze w XIX wieku (1886), w Tokio, zmarł zaś w 1965 roku. Początkowo Tanizaki zafascynowany był Zachodem, ale w późniejszej fazie swojego życia powrócił do „korzeni”, czyli kultury (szeroko pojętego) Wschodu. W jego twórczości dostrzec można między innymi próby odnalezienia wspólnej płaszczyzny (porozumienia) dla Zachodu i Wschodu.

Polski czytelnik (który nie zna języka japońskiego, oczywiście) może zapoznać się z kilkoma jego dziełami takimi jak Dziennik szalonego starca, Niektórzy wolą pokrzywy czy Ulotny most snów. Każdy miłośnik literatury penetrującej zakamarki świadomości powinien sięgnąć po jego dzieła. Warto przyjrzeć się literackim przestrzeniom i pomostom budowanym na styku dwóch wielkich kultur – Wschodu i Zachodu. Myśli, przeżycia i zdarzenia (za)pisane są pięknym, wykwintnym językiem, co stanowi jeden z walorów prozy Jun’ichirō Tanizakiego.

Tajemna historia pana Musashiego utrzymana jest w charakterze dzieła powstałego na faktach. Za „pomocnicze” utwory („pomocnicze”, bo uzupełniające pewne informacje) służą dwa quasi-dokumenty: Marzenie nocy, których autorką jest mniszka Myōkaku, oraz Wyznania Dōamiego (autor, Dōami, służył u pana Musashiego). Tajemna historia pana Musashiego stanowi swoisty aneks, osobliwy „apokryf” do Kronik Wojennych Domu Tsukuma, będących… również quasi-historycznym źródłem wiedzy na temat jednego z samurajskich rodów. Czytaj dalej

Balansując nad Przepaścią. Recenzja „Eksploratorów przepaści” Enrique Vili-Matasa

Mogłabym zaryzykować twierdzenie, że w stanach granicznych, takich jak zdrowie-choroba, zdrowie (psychiczne)-choroba psychiczna, równowaga (psychiczno-cielesna)-zaburzenia (psychosomatyczne), jawa-sen, zmierzamy się z tą częścią świata (czy może raczej przestrzeni), z której istnienia nie w pełni zdajemy sobie sprawę na co dzień albo po prostu nie chcemy przyjąć do wiadomości takiej ewentualności. Innymi słowy, to, co wielu nazywa „metafizycznością”, albo to, co w buddyzmie określa się mianem „pustki”, przybliża się do nas z wielką mocą w momentach „prześwitu”, na granicy, podczas przekraczania jednego stanu (ducha, umysłu) i wchodzenia w kolejny. Takie stany Enrique Vila-Matas będzie nazywał „przepaścią”, natomiast tych, którzy wyruszą na poszukiwania owej „przepaści”, „rozpadliny”, „pęknięcia” w gładkiej tafli świata, hiszpański pisarz określi mianem „eksploratorów”.


Enrique Vila-Matas urodził się w 1948 roku w Barcelonie. Plotka głosi, że zaczął pisać pod wpływem ekscentrycznego sposobu bycia… Witolda Gombrowicza. Jest autorem zarówno powieści, opowiadań, jak i zbiorów esejów. Jego dzieła tłumaczone są na wiele języków, w tym i na język polski. W Polsce już dwudziestego drugiego września 2010 roku światło dzienne ujrzy kolejna książka Vili-Matasa, po utworach: Bartleby i spółka, Paryż nigdy nie ma końca oraz Krótka historia literatury przenośnej. Eksploratorzy przepaści, bo o nich mowa, to zbiór osobliwych opowiadań, opowieści z podróży do kresu ludzkiej (samo)świadomości.

Trudno mówić o fabule w kontekście tak wielu opowiadań, zważywszy, że niektóre z nich są niezwykle krótkie – tak, iż momentami przywodzą na myśl swoistą prozę poetycką, minitraktat czy (mini)esej (Samotna sława zdaje się być bardziej esejem niźli opowiadaniem), nie mówiąc już o tych utworach, które swoją strukturą przypominają swego rodzaju kartkę z księgi cytatów ze światowej literatury (choćby Jeszcze jedna opowieść chasydzka czy Epilog). Czytaj dalej

„Dziesięciu Małych Murzynków” w dobie komputeryzacji? Recenzja „Misterioso” Arne Dahla

Arne Dahl naprawdę nazywa się Jan Arnald, urodził się w 1963 roku. Co ciekawe, jest literaturoznawcą, krytykiem literackim i teatralnym. Czytelnicy znają go jednak przede wszystkim jako pisarza (zadebiutował w 1990 roku). Największą popularność przyniósł mu cykl (w skład którego wchodzi jedenaście książek!) powieści kryminalnych o… Drużynie A. Nie jest to jednak ta „Drużyna A” z lat 80. XX wieku, lecz… tajna sekcja szwedzkiej policji do spraw walki z przestępstwami międzynarodowymi. Misterioso (1999) jest pierwszą częścią tego cyklu.


Giną kolejni biznesmeni. Sprawca używa jedynie dwóch kul. Atakuje w ciemnym, nieoświetlonym salonie ofiary. Na koniec włącza starą kasetę z jazzem. Co łączy ofiary? Kim jest sprawca? Dlaczego włącza w mieszkaniu ofiary jazz? Oczywiście, nie powiem. Dodam tylko, że z (nie)uchwytnym mordercą zmierzą się członkowie nowopowstałego zespołu. Drużyna A to tymczasowa nazwa doraźnej sekcji specjalnej. Jeśli powiedzie się im, jeśli schwytają zabójcę, to Drużyna A nie popadnie w niebyt, a wręcz przeciwnie – otrzyma kolejne zadania. Nie trudno odgadnąć, iż policjanci ze specjalnej sekcji kryminalnej odniosą sukces (inaczej nie powstałoby kolejnych dziesięć części…).

Misterioso czyta się szybko, chociaż nużące zdają się być szczegółowe opisy życia prywatnego policjantów (członków Drużyny A), a szczególnie jednego z nich – osobliwego bohatera mediów, Paula Hjelma. Jego problem w małżeństwie, jego potyczki z samym sobą (między innymi stosunek do imigrantów, zmaganie się z niechcianą popularnością w mediach) stanowią sporą, znaczną część warstwy fabularnej Misterioso. Zapewne autor przygotowuje w ten sposób grunt pod kolejne książki z cyklu – tak, aby czytelnik powoli zapoznawał się z bohaterami, stopniowo wczuwał w ich sytuację, ale niekoniecznie, by przeżywał z nimi ich rozterki, problemy, wybory. Skandynawski dystans jest wyczuwalny niemal na każdej stronie. Czytaj dalej

„Antynomia języka”? Recenzja „Nizin” Herty Müller

Mam przekonanie graniczące z pewnością, że większość czytelników, którzy sięgają po prozę twórców takich jak choćby Herta Müller, czyni tak jedynie z powodu przyznania pisarzowi niewątpliwie nobilitującej nagrody literackiej, czyli Nobla. Czytelnicze wybory bardzo często pozostają dla mnie zagadką. Czy kierowanie się takimi wyznacznikami, jak popularność, ilość nagród, jest właściwym podejściem do literatury? Nie wszystko to, co popularne, jest wartościowe, ba! większość z tego, co popularne, nie przynosi ze sobą wielkich wartości literackich czy szerzej – artystycznych. Z drugiej jednak strony znajdują się utwory nagradzane, wyróżniane. Prestiżowe literackie nagrody bywają złudne. Czytelnik pozostaje z przekonaniem, że skoro konkretna książka otrzymała takie czy inne wyróżnienie, jest łatwa i przystępna, jest (niemal) dla każdego i cechuje się bezsprzeczną „arcydzielnością” bądź dryfuje ku „arcydzielności”. Bez odpowiedzi pozostają pytania w rodzaju: czym jest arcydzieło?, jak odróżnić wartościową literaturę od miałkiej, nijakiej, słabej? Niby wszyscy wiedzą, ale chyba jednak nie…


Trudno jednoznacznie powiedzieć, kiedy rozpoczęła się rozmowa na temat „arcydzielności” i względności każdego dzieła sztuki. Czy rację miał Marcel Duchamp, umieszczając w muzeum pisuar (który został nazwany przez niego Fontanną) i jednocześnie wskazując na problem arbitralności, „instytucji”, czyli tego, kto decyduje o nazwaniu konkretnej rzeczy dziełem sztuki. Czy instytucje takie jak muzea, galerie są władne orzekać, co jest dziełem sztuki, a co przedmiotem codziennego użytku? Powyższe luźne rozważania nie pozostają daleko od literackich nagród, szczególnie tak znanych (i chyba cenionych) jak Nobel w dziedzinie literatury. Oto bowiem „kapituła” tej czy innej nagrody literackiej jest w pewnej mierze zespołem kompetentnych czytelników, znawców, krytyków (literackich). Niemniej jednak każdy czytelnik – i „profesjonalny” (bo wyposażony w określoną wiedzę), i „nieprofesjonalny” (bo niezwiązany zawodowo z literaturą, jakkolwiek samo określenie „nieprofesjonalny” nie jest najlepszym) – ocenia wedle własnych standardów, w oparciu o własny „czytelniczy dorobek”, ba! w oparciu o własny gust. Tym samym zwycięstwo konkretnej książki w konkursie literackim jest wypadkową gustów czytelniczych, sympatii i antypatii jurorów. I dobrze. Ważne jednak, by czytelnicy pamiętali o znacznej różnicy między nimi a członkami jury. Inaczej na literaturę patrzy krytyk, literaturoznawca, a inaczej czytelnik sercem mierzący wartość dzieła. To, co doceniają krytycy, nie musi przypaść do gustu czytelnikom „nieprofesjonalnym”. Czasami krytycy nadmiernie wychwalają dzieło przeciętne, a pomijają i nie dostrzegają utworów o wiele wartościowszych… To jedynie preludium do dalszych rozważań (a jest nad czym się zastanawiać). Czytaj dalej

Światełko w mroku. Recenzja „Szaleńca?” Shūsaku Endō

Shūsaku Endō urodził się w Tokio, w roku 1923, zmarł zaś w 1996 roku. Gdy miał trzy lata, jego rodzina wyjechała do Mandżurii. Niedługo później rodzice rozwiedli się i dziesięcioletni Shūsaku (wraz z bratem i matką) zamieszkał w Kōbe. Tam matkę przyszłego pisarza zafascynował katolicyzm, toteż ochrzciła syna. Po II wojnie światowej Shūsaku Endō studiował romanistykę. Na początku lat 50. XX wieku przebywał we Francji na stypendium i uczęszczał na Uniwersytet Lyoński, ale zachorował na gruźlicę i wiele czasu się leczył. Co ciekawe, w 1976 roku Stowarzyszenie PAX przyznało Endō nagrodę imienia Włodzimierza Pietrzaka dla zagranicznych twórców. W Polsce wydano kilka jego książek, choćby Milczenie, Samuraj czy Głęboka rzeka.


Akcja Szaleńca? rozgrywa się w dwóch japońskich miastach – w Tokio oraz w Yamagacie. Pewnego dnia do Takamoriego przyjeżdża Francuz, z którym niegdyś korespondował. Oczywiście, nigdy się nie widzieli, toteż Gaston Bonaparte (bo tak się nazywa ów Francuz) mimowolnie wzbudza zainteresowanie Tomoe, siostry Takamoriego, osobliwej „feministki”, wyzwolonej dziewczyny, która pogardza nijakością brata, „zniewieścieniem” i głupotą męskiego rodu. Intrygująca (bo tajemnicza, nieznana) postać Gastona, a dodatkowo nazwisko Bonaparte sprawiają, iż Japończycy oczekują i wyczekują kogoś oryginalnego, fantastycznego, wspaniałego, nietuzinkowego. Kogoś, kto oczaruje, porwie, zachwyci.

Nikt nie wie, dlaczego Gaston przyjechał do Japonii. Wielokrotnie pytany, nie odpowiada w ogóle albo wykręca się, zbywa interlokutora niewinnym uśmiechem, który potęguje groteskowość wyglądu Gastona. Niemniej jednak cel Francuza, pozornie niejasny i mglisty, sprowadzał się do podstawowych powinności każdego człowieka, czyli… miłości i miłosierdzia, toteż wielu czytelników będzie doszukiwać się podobieństwa między Gastonem a Jezusem. Czy słusznie? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam, zwracając szczególną uwagę na świetne zakończenie powieści. Czytaj dalej

Dorastanie? Recenzja „Tsugumi” Banany Yoshimoto

Mogłabym zaryzykować twierdzenie, że Banana Yoshimoto należy do najbardziej znanych w Polsce współczesnych japońskich pisarzy (oczywiście, bezsprzecznie na pierwszym miejscu jest Haruki Murakami). Wszystko za sprawą Kuchni oraz Tsugumi wydanych przez Państwowy Instytut Wydawniczy – obie książki zostały bardzo dobrze przyjęte przez (nie tylko) polskich czytelników. Banana to pseudonim, naprawdę Yoshimoto ma na imię Mahoko. Urodziła się w 1964 roku w Tokio.


Co ciekawe, na okładce polskiego wydania Tsugumi widzimy zapisane w kanji (鶇) słowo… „tsugumi”, które oznacza tyle, co ‘drozd’. Oryginalnie imię tytułowej bohaterki zapisuje się w hiraganie: つぐみ. Poza Tsugumi w minipowieści Yoshimoto pojawia się niewiele postaci. Spośród nich należy wymienić przede wszystkim troje młodych ludzi i… dwa zwierzątka, wokół których będzie koncentrować się fabuła.

Narratorką jest Maria Shirakawa, czyli rok starsza kuzynka Tsugumi. Siostra Tsugumi – rok starsza od Marii – to Yōko Yamamoto. Rodzina Yamamoto ma pieska, Pochiego. Pewnego dnia, podczas wakacji, Maria oraz Tsugumi poznają chłopca o imieniu Kyōichi. Młodzieniec jest właścicielem psa, który wabi się Gongorō. Wbrew pozorom psy są istotnymi „elementami” warstw fabularnej i semantycznej minipowieści Yoshimoto.

Tylu bohaterów wystarczy przywołać, aby móc swobodnie (o)powiedzieć o Tsugumi. Akcja rozgrywa się zasadniczo (nie brak bowiem retrospekcji) podczas jednych wakacji. Maria przeprowadziła się do Tokio, gdzie mieszka z matką i z ojcem. Podczas wakacji powraca do zajazdu Yoshimoto, w którym spędziła większość swojego życia. Kuzynce (Tsugumi) zawdzięcza wiele (nie)samowitych przygód, eskapad, wydarzeń, które pieczołowicie przechowa w swoim sercu. Czytaj dalej

Recenzja „Huculszczyzny. Opowieści kabalistycznej z czasów elektryfikacji” Michała Kruszony

Recenzję można (było) przeczytać na stronie bookznami.pl

[Bezpośrednio na blogu od 01.05.2013]

Urodzony w 1964 roku Michał Kruszona to historyk, muzeolog, dziennikarz i podróżnik. Jest absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ukończył także studia podyplomowe w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UJ. Pracował między innymi jako nauczyciel historii, dziennikarz czy… sprzedawca samochodów. Obecnie zaś pracuje w muzeum i, oczywiście, pisze. Spośród jego książek warto wymienić trzy wydane przez wydawnictwo Zysk i S-ka: Rumunia. Podróże w poszukiwaniu diabła, Kulturalny atlas ptaków oraz Huculszczyzna. Opowieść kabalistyczna z czasów elektryfikacji. Czytaj dalej