(Kim) Być? Recenzja wyboru opowiadań „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” Harukiego Murakamiego

Poniekąd współczuję Murakamiemu. Japoński pisarz posiada silny obóz przeciwników i niemniej zawzięty obóz zwolenników. Na pytanie jednak, co przemawia za (bądź przeciw) pisarstwem (pisarstwu) Murakamiego, nie dowiemy się wiele. Nie dowiemy się wiele, bo każdy czyta japońskiego prozaika przez pryzmat indywidualnych fascynacji czytelniczych i prywatnych oczekiwań od kultury dalekowschodniej. Innymi słowy, nieomal każdy wyczytuje w jego prozie to, co chce. Nadmierna krytyka bądź niegasnący zapał czytelników pozostaje bez prób sięgnięcia po dwudziestowieczną historię Kraju Kwitnącej Wiśni, bez prób zanurzenia się w konteksty tyleż biograficzne, ile społeczno-gospodarcze (a warto zaznaczyć, że Murakami urodził się w 1949 roku). Spojrzenie na prozę Murakamiego przez pryzmat europejskiej literatury skutkuje w dużej mierze pływaniem po powierzchni, zawodem, niechęcią, negacją albo ekstatycznymi stwierdzeniami, że proza japońskiego pisarza jest dziwna, inna i przez to niezmiernie interesująca. Migotanie sensów, złudne blaski metafor, powierzchowna głębia… O ile jeszcze nie dziwi i nie przeszkadza to przy odczytaniach czytelników zawodowo niezwiązanych z literaturą, o tyle zdumiewa w odniesieniu do krytyków czy „profesjonalnych” recenzentów, spośród których wywodzi się najwięcej przeciwników. Dodatkowo, niestety, Murakami nie ma szczęścia do polskiej tłumaczki, która rozpoczęła przekłady książek japońskiego pisarza, będąc jeszcze na studiach.

Przed i podczas II wojny światowej Japonia odznaczyła się wyjątkowo krwawym i bezlitosnym podejściem do sąsiednich państw, ba! brutalnym potraktowaniem jednostki, pojedynczego człowieka. W imię cesarza zabijała, niszczyła, degradowała, pozbawiała godności. Po wojnie i po długiej okupacji Amerykanów Kraj Kwitnącej Wiśni musiał poddać się oczyszczającej autorefleksji. Swoiste katharsis umożliwiło względne doprowadzenie do ładu zewnętrznej strony tego, co nazywamy „japońskością”. Odbudowano budynki, otworzono się na Zachód, wpuszczono świeże powietrze, zmieniono orientację: od walki w imię cesarza i cesarstwa ku świetlanej przyszłości pacyfizmu, pokoju na świecie. I wszystko byłoby pięknie i ładnie, gdyby nie… powierzchowność. Przebudowa światopoglądu (czyli tego, co wewnątrz) dokonuje się permanentnie od czasu zakończenia wojny. Łatwiej dostrzec (i docenić) to, co na zewnątrz (materialna strona świata). Lata 60. i 70. XX wieku przyniosły wielki postęp gospodarczy Kraju Kwitnącej Wiśni. Japonia pięła się w górę – już nie jako armia żołnierzy doskonałych, ale jako elita ekonomiczna. Tym razem w imię nie cesarza, ale w imię bycia najlepszym, w imię osiągnięcia miana najprężniej rozwijającej się gospodarki, Japonia podporządkowała sobie ludzi – zagospodarowała im czas, dostarczyła minimum rozrywki, ale ograniczyła swobodę ruchów, zatrzymała rozmach młodości i niepokorności. Jedno z nielicznych ujść fantazji, jak się zdaje, dały niektóre technologiczne rozwiązania. Odnotujmy też protesty młodych – strajki studentów z końca lat 60. XX stulecia (między innymi oskarżanie władz uczelni o korupcje), wiece przeciwko próbom nuklearnym i wiele innych. Lata 60. XX wieku to jednak wchodzenie pełną parą na wielu obszarach w kapitalizm. Poszerzenie sektora prywatnego. Rozrost komercji w mediach (komercja staje się tanią rozrywką Japończyków), wejście kiczu, łatwej i szybkiej uciechy. Dodatkowo społeczeństwo trawione alkoholizmem (mogłabym zaryzykować twierdzenie, że w dużej mierze Japończycy po pracy piją albo grają w salonach pachinko, a inne formy spędzania skąpego czasu wolnego nie wchodzą w grę), narkomanią przestało w gruncie rzeczy zajmować się tym, co nazywamy „jednostkowością”, autorefleksją, pogłębioną analizą własnego wnętrza, duchowości. Warto zauważyć także nasilającą się ilość młodych ludzi zamykających się w domach (hikikomori) czy wzrost liczby samobójstw, co jest efektem między innymi presji społecznej, niesamowitego tempa życia, ciągłej (niekończącej się) pracy, walki o świetne wyniki sprzedaży, walki o doskonałość pod każdym niemal względem. Koniec lat 80. XX stulecia to japońska ekspansja na rynki europejskie – ekspansja drastycznie zahamowana kryzysem w latach 90. XX wieku (tak zwana gospodarcza „bańka mydlana”). A kryzys ten trwa do dziś…

Nie wiem, czy w ogóle można w miarę dobrze przybliżyć się do poznania albo prób uchwycenia mentalności Japończyków. O ile łatwiej wyczuć nam niuanse w zachowaniu Europejczyków, ale… Japończyków? Co naprawdę myślą, o czym mówią, a co chowają w głębi duszy, w głębi serca? Czego nie pokazują światu zewnętrznemu? Dlaczego bezkrytycznie przyjmują wzorce amerykańskie, a odrzucają wiele rozwiązań azjatyckich? Czy to wynik powojennych przewartościowań? Dlaczego „zachwycają się” kiczem, a w wielu przypadkach odrzucają wyrafinowaną sztukę tworzoną we wcześniejszych wiekach, epokach? Pytania można mnożyć, dokładając jeszcze kontekst religijny – wpływ shintoizmu i buddyzmu na światopogląd mieszkańców Japonii. Oczywiście, w pewien sposób generalizuję, upraszczam, ale by w ogóle mówić o świecie, należy czasami dokonać uściślenia, wyodrębnienia pewnych jaskrawych, charakterystycznych rysów.

Nie powiem pewnie nic nowego, jeśli stwierdzę, że opowiadania (analogicznie powieści) Harukiego Murakamiego silnie zanurzone są w japońskich przekształceniach gospodarczo-społecznych, w rewizji i redefinicji „japońskości”, wszak w japońskiej mitologii, wierzeniach i tradycji (czyli tym, co dla nas jest częścią „japońskości”) świat duchów, demonów, anormalnych zjawisk jest wszechobecny, dodatkowo powraca on w popkulturze, zatem dlaczego Murakami miałby z niego rezygnować albo decydować się na wprowadzenie motywu „niezwykłości” na zasadzie, że powieść do wielki worek, do którego pisarz wrzucić może niemal wszystko (trawestacja słów Witkacego)?

Narratorem opowiadań jest zazwyczaj mężczyzna trzydziesto- albo czterdziestoletni, niemniej jednak pojawiają się i kobiety w roli osób opowiadających, relacjonujących pewne wydarzenia (rzadziej są to stany emocjonalne). Ślepa wierzba i śpiąca kobieta gromadzi opowiadania Harukiego Murakamiego od tych wcześniejszych, z początku lat 80. XX wieku, po już całkiem nowe, z 2005 roku. Bohaterowie miniatur i mikropowieści (minipowieści) wchodzących w skład zbioru są samotni, pozbawieni oparcia w kimkolwiek i w czymkolwiek. Egzystują obok siebie. Oddychają tym samym powietrzem. Mijają się na ulicy. Być może i słuchają tej samej muzyki, czytają podobne książki, robią zakupy w tych samych sklepach, mieszkają w tym samym budynku, ale tak naprawdę się nie znają, nic o sobie nie wiedzą i nie chcą wiedzieć. Nie docierają do głębi, nie pytają o problemy, o przeżycia, o emocje. Sami dokonują niezwykle oszczędnych autorefleksji. Udają bardziej przed sobą niż przed innymi, że wszystko jest w porządku, że nie potrzebują niczyjej pomocy, że są samowystarczalni, że życie, które wiodą, jest satysfakcjonujące. Permanentnie grają. Można powiedzieć, że są egoistami, ale egoizm ten wynika z rzeczywistości, w której przyszło im żyć. Szybkie tempo, ciągła walka z czasem, dążenie ku doskonałości i presja mogą prowadzić w prostej linii do mimowolnego buntu charakteryzującego się spowolnieniem reakcji, pragnieniem posiadania własnego (niekoniecznie wewnętrznego) świata, świata, którego można się uchwycić i określić w jakiś sposób swoją tożsamość. Ciemność w ich sercach, ciemność w ich duszach, spychane do nieświadomości (podświadomości) stany psychosomatyczne skutecznie uniemożliwiają interakcję z drugim człowiekiem. Kto nie jest w stanie chociaż trochę zrozumieć siebie, nie będzie w stanie pojąć fenomenu istnienia Innego. Pozorne (bo powierzchowne) wpatrzenie się we własne pragnienia, własne chęci zatrzymuje drogę do zrozumienia innych. Drugi człowiek potrzebny jest po to, aby nie czuć się samotnym, aby mieć kogoś, kto będzie obok niczym żywa lalka, żywy manekin. Tym samym inny człowiek potwierdza nasze istnienie, jest gwarantem tego, że nie zniknęliśmy, że jesteśmy, że żyjemy. Nieważne, że porozumienie będzie ułomne, niedoskonałe albo go w ogóle nie będzie. Istotne jest, że mamy złudne wrażenie, iż samotność nam nie doskwiera. Co ciekawe, zazwyczaj bohaterki opowiadań Murakamiego tworzą swój własny wyimaginowany świat albo pisząc, albo kreując rzeczywistość (Tony Takitani, Ślepa wierzba i śpiąca kobieta). Kobiety w miniaturach i w minipowieściach Murakamiego często płaczą, chociaż nie przynosi to oczyszczenia ani ukojenia, rzucają się w wir romansów (mimo iż mają mężów), stale podkreślając swoją fizyczną atrakcyjność, bo świat jest powierzchowny – liczy się tylko dobry wygląd, reszta ma mniejsze znaczenie (Samolot albo o tym, że mówił do siebie jakby recytował wiersze).

Niektóre opowiadania odznaczają się motywami na poły fantastycznymi, inne cechują się występowaniem elementów groteskowych, surrealistycznych czy wreszcie posługują się absurdem (na przykład Perkozek, Rozkwit i upadek pieczonych rożków, Opowieść o ubogiej krewnej, Lodowaty mężczyzna), inne dotyczą codziennego życia (Idealny dzień na kangury), zmagań z obsesją (choćby Boisko baseballowe), kolejne poruszają problem zatracenia własnej (samo)świadomości, szukania swojego miejsca (Zatoka Hanalei, Koty ludojady). Nie brak opowiadań penetrujących i odkrywających rolę dziwnych przypadków w życiu każdego z nas (a może to zrządzenia losu? zbiegi okoliczności? – na przykład Przypadkowy podróżny). Bez wątpienia na osobne omówienie i interpretacje zasługuje szczególnie opowiadanie (minipowieść?) Tony Takitani (upraszczając, można powiedzieć, że to swoiste studium samotności).

Murakami reinterpretuje motywy literatury tyleż światowej, ile azjatyckiej (choćby Małpa z Shinagawy czy Ślepa wierzba i śpiąca kobieta), mity (Ślepą wierzbę i śpiącą kobietę można interpretować na kilku poziomach), schematy fabularne (na przykład japońska opowieść grozy – kaidan; love story; kryminał; minipowieść detektywistyczna; Bildungsroman; minipowieść psychologiczna), a nawet… haiku (jak inaczej nazwać wyprawę do zoo, celem ujrzenia kangurzątka i zachwyty nad tymże kruchym stworzeniem?). Murakami gra (z) konwencjami literackimi i gra (z) czytelnikiem, a raczej stara się grać. Ofiaruje zaczątek opowiadania, wciąga czytelnika, aby za chwilę przerwać interakcję w wygodnym dla niego momencie. Ulotne, efemeryczne chwile, stany i zjawiska interesują go bardziej, niż opowieści zakończone wiążącą konkluzją. Opowieść bowiem permanentnie trwa. Tak jak życie. Murakami wykorzystuje otwarte zakończenie typowe dla azjatyckiej literatury, dlatego niesłusznie zarzuca się japońskiemu pisarzowi, że brak w jego prozie podsumowania, wyciągnięcia wniosków i tym podobnych zabiegów. Haruki Murakami nie stawia szlabanów, nie definiuje, nie wyznacza ścieżek interpretacyjnych. Szukanie sensu jest zbędnym reliktem przeszłości. Sens jest względny – może istnieć, ale równie dobrze może go nie być. Powiedzmy za Jacques’em Derridą: nikt nie wie, czy jedna obiektywna prawda w ogóle istnieje (analogicznie z sensem).

Japoński pisarz prowadzi nas do swojego labiryntu słów. W labiryncie tym odżywają pojedyncze historie, historie zwykłych, przeciętnych ludzi. Jak się zdaje, Murakami próbuje uchwycić opowieść jednego człowieka – opowieść dla niektórych zajmującą, a dla innych nudną czy bezsensowną. Balansuje tyleż na granicy snu i jawy, mitu i rzeczywistości, ile literatury wysokiej i komercyjnego, sentymentalnego kiczu. Świat, który wyłania się z opowiadań Harukiego Murakamiego jest dychotomiczny. Z jednej strony mamy bowiem kolorową przestrzeń zewnętrzną (począwszy od ubrań przechodniów, bilbordów, skończywszy na budynkach, parkach, nadmorskich miejscowościach), z drugiej – monochromatyczną przestrzeń duszy… Czy zaakceptujemy taki świat?

Dla mnie Murakami nie jest wybitnym pisarzem. Nie prowadzi wyrafinowanej gry (z) czytelnikiem, nie dokonuje rewolucji w literaturze, nie eksperymentuje na wielką skalę – niektórzy powiedzą, że w ogóle nie eksperymentuje. Nie jest dla mnie Murakami pisarzem słabym. Stworzony na kartach jego książek świat na swój sposób mnie fascynuje, przyciąga, wciąga, nie powala odejść, zmusza do stawiania pytań i do wielokrotnego powracania…

——————
Haruki Murakami, Ślepa wierzba i śpiąca kobieta, przeł. Anna Zielińska-Elliott, Warszawskie Wydawnictwo MUZA, Warszawa 2008.

Lista opowiadań:

1. Ślepa wierzba i śpiąca kobieta (1996)
2. Jej urodziny (2002)
3. Katastrofa w nowojorskiej kopalni (1983)
4. Samolot albo o tym, że mówił do siebie jakby recytował wiersze (1990)
5. Lustro (1983)
6. Folklor naszych czasów – wczesne dzieje wysoko rozwiniętego kapitalizmu (1990)
7. Nóż myśliwski (1985)
8. Idealny dzień na kangury (1983)
9. Perkozek (1983)
10. Koty ludojady (1991)
11. Opowieść o ubogiej krewnej (1983)
12. Wymioty 1979 (1985)
13. Siódmy mężczyzna (1996)
14. W roku spaghetti (1983)
15. Tony Takitani (1996)
16. Rozkwit i upadek pieczonych rożków (1983)
17. Lodowaty mężczyzna (1996)
18. Boisko baseballowe (niepublikowane w Japonii)
19. Robaczek świętojański (1984)
20. Przypadkowy podróżny (2005)
21. Zatoka Hanalei (2005)
22. Gdzieś, gdzie może uda się to znaleźć (2005)
23. Kamień w kształcie nerki, który co dzień jest gdzie indziej (2005)
24. Małpa z Shinagawy (2005)

Autor: Luiza Stachura

Reklamy

18 thoughts on “(Kim) Być? Recenzja wyboru opowiadań „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” Harukiego Murakamiego

  1. Znakomity szkic. Świetne wprowadzenie, a potem równie inspirująca analiza; bardzo profesjonalna recenzja. Luiza, czy Ty gdzieś publikujesz swoje pisanie?

  2. Ja tylko napiszę, że przeczytałam z uwagą Twój tekst. Nie mam natury analityka, nie badam kontekstów. Czytam i najprostszym narzędziem, jakie człowiek posiada, odbieram literaturę. Szukam czegoś dla siebie i albo to znajduję, albo nie. W słowa nie ubieram uczuć, bo często nie da się tego uczynić. I w tym tkwi mój problem. Bo jednocześnie odbieram literaturę sercem, posługując się przy tym rozumem. Niezły dysonans. Tak jest właśnie z pisarstwem Haruki (Harukiego?)Murakamiego.

    1. Tak, dziękuję za ten komentarz. Właście chodzi mi o pewne rozróżnienie – czytelnika (którym jest każdy z nas) i „badacza” literatury. Sporo osób, które piszą tzw. profesjonalne recenzje, pomija właśnie analizę, konteksty (co jest niezbędne przy „profesjonalnej” recenzji), a zatem upraszcza i przez to pozostaje na powierzchni tekstu. Czytelnik, który zamieszcza swoje spostrzeżenia po przeczytaniu, ma jak najbardziej prawo (obowiązek? ; )) kierować się sercem. Dlatego podoba mi się, jak na przykład Ty, zadajesz sporo pytań po przeczytaniu (pytań skierowanych i do książki/autora, i do siebie, i retorycznych itd.), bo o to właśnie chodzi: literatura ma zmuszać do stawiania pytań, wątpienia, szukania.

      Odmieniam imię Murakamiego -> Haruki – Harukiego. Nie widzę powodów, dla których by się nie miało odmieniać ; )

      Pozdrawiam serdecznie^^

  3. Nie jestem profesjonalnym recenzentem. Nawet nie używam określenia recenzja w stosunku do swoich tekstów. Zdaję sobie sprawę, że moje pisanie daleko odbiera od założeń i definicji tego gatunku. I tak, jak zauważyłaś, literaturę odczuwam bardzo osobiście, stąd moje refleksje, pytania…
    A co do odmiany imienia, to do tej pory nie miałam wątpliwości, by je odmieniać. Ale właśnie przeczytałam gdzieś (nie pamiętam, gdzie to było) profesjonalną recenzję i wpadłam w konsternację, bo znany krytyk nie odmieniał nazwiska.

    1. Mnie się bardzo dobrze czyta Twoje osobiste teksty, świadczące o czymś, co jest niezmiernie ważne przy czytaniu – o „romansie z tekstem” : )

      Tak, niektórzy nie odmieniają imienia, co mnie wprawia w lekkie zdumienie. Może kiedyś wypadałoby o to zapytać jakiegoś językoznawcę, chociaż podejrzewam, że każdy językoznawca ma nieco inną teorię na ten temat (jak na wiele innych tematów).

      Edit:
      Ach, bo bym zapomniała – właśnie bardzo podoba mi się sformułowanie określające Twój blog (nazwa bloga?) „Krótkotrwałe zniekształcenie rzeczywistości”. Świetne. Przyciągające.

  4. @Luiza: Nie bardzo zgodziłabym się z tym, iż profesjonalne recenzje wymagają analizy. Recenzja ma zachęcić czytelnika do przeczytania książki, a nie wyłożyć mu całą zawartość tekstu na tacy. Inaczej będę recenzować tekst, który ma ukazać się w prasie – bo ten ma właśnie zachęcić do czytania i samodzielnego wysnuwania wniosków, wyszukiwania kontekstów, a inaczej omówię książkę w celach naukowych, badawczych (bo tu nikogo nie zachęcam do czytania, ale zgłębiam pewien problem).

    1. Mnie (podkreślę to: mnie) trudno nazwać recenzją (raczej notą krytyczną albo własnymi impresjami po przeczytaniu) parę zdań na temat książki – zdań, które zwracają uwagę na treść (i moje własne, prywatne, indywidualne, niepowtarzalne wrażenia), a pomijają pomocne dla czytelnika pewne wskazówki dotyczące strony, ogólnie rzecz ujmując, językowej (szeroko pojętej warstwy językowej – wszak nie tylko o środki stylistyczne chodzi) – oczywiście, mówię o literaturze pięknej, bo z popularną jest tak, że w zasadzie tylko o treści można mówić. Natomiast czymś innym jest rzetelna analiza i interpretacja na potrzeby pracy naukowej. Zresztą też zależy, do kogo kierujesz swoje recenzje i jak chcesz nimi wpłynąć na czytelników. Przybliżenie czytelnikowi książki może odbyć się na (bardzo upraszczając) dwa sposoby: 1. mogę napisać, jaka to piękna i cudowna książka, pomijając argumenty na potwierdzenie, że to „piękna i cudowna” książka; 2. przygotuję czytelnika na wyprawę w świat literatury, której nie zna (bo przecież jak się coś zna, to nie trzeba czytać recenzji, chyba jedynie z ciekawości), a zatem prezentuję (niezbędne) konteksty, tło (historyczne, biograficzne, filozoficzne i inne), aby potencjalny czytelnik nie odrzucił książki, mówiąc „niezrozumiałe” albo aby nie wyśmiał i obrażał, bo dzieło powstało pod inną długością i szerokością geograficzną, albo aby czytelnik nie przejmował mimowolnie mojego zachwytu. Podkreślę raz jeszcze – nie mówię o literaturze popularnej (do której nie zaliczam Murakamiego, mimo jego niemałej popularności). Nie chcę, żeby ludzie czytali bardzo powierzchownie książki (jedynie fabuła i jakieś szczątki języka, o problematyce już nie wspomnę), ale to tylko mój punkt widzenia i tego właśnie szukam sama w recenzjach. Pozdrawiam serdecznie.

      1. Mam wrażenie, że się obruszyłaś, niepotrzebnie;)

        Punkt pierwszy w ogóle w odpowiedzi odrzucam, bowiem pisałam o recenzji profesjonalnej, a nie wrażeniach z lektury. Owszem, zgodzę się, że recenzja, dobra recenzja, wymaga nie tylko wprowadzenia w fabułę utworu, ale i naszkicowania tła (okoliczności powstania, odniesienia do epoki czy obyczajowości, jeśli zahacza o historię etc.), kilku słów wzmianki o autorze czy języku, jakim się posługuje. Nie uważam natomiast, by koniecznym było wykładanie czytelnikowi całej problematyki (tak od A do Z zamiast podpunktów – upraszczam teraz celowo), bo sama, sięgając po prasę z recenzjami, nie chciałabym, by recenzent odkrył przede mną wszystkie karty, dokładnie prowadząc za rączkę, co i jak mam w tekście wyłapać, co i jak mam z tekstu zrozumieć. Lubię czytać recenzje, ale jeszcze bardziej lubię analizować dzieła sama. Gdy chcę, by mi dzieło zanalizowano dokładnie, sięgam po konkretne, temu celowi służące prace.

        Może fakt, że sama teraz siedzisz w magisterce (która to wymaga analiz szczegółowych) powoduje, iż właśnie analiz szukasz w recenzjach. Ja z czasem rozdzieliłam i analiza jest dla mnie analizą (dokładną, wyczerpującą, szczegółową), a recenzja recenzją – przeznaczoną szerszemu gronu czytelników, którzy niekoniecznie kończyli filologię, mają jednak ochotę po lekturę ciekawą sięgnąć.

        Pozdrawiam również.

  5. To mylne wrażenie – ale to jest właśnie jedna z wad Internetu.

    Ja nie mówię o analizie od A do Z (taka nie jest nigdy możliwa, nawet w pracy naukowej, zawsze zostaje mnóstwo elementów nieporuszonych, niewspomnianych, nieomówionych i dlatego powstaje mnóstwo książek na temat danego dzieła), nie mówię o myśleniu za czytelnika, ale o wskazaniu pewnych kierunków, możliwych dróg itp.
    Patrzysz z perspektywy filologa i jednak jest spora różnica w odbiorze dzieł literackich przez osoby, które mają pewną świadomość różnych chwytów zastosowanych w literaturze i przez osoby, które takiej wiedzy/świadomości nie mają, gdyż literaturę czytają (prawie tylko) dla warstwy fabularnej albo ulotnych wrażeń, poruszeń serca itp. Nie mówię, że jest coś złego w takim czytaniu, ale często prowadzi to do odrzucenia literatury pięknej, bo jest np. za trudna, za nudna itp. Arcydzieła literatury należy czytać i rozumieć, a nie tylko wiedzieć, że istnieją ; ) Podobnie w szkole: jeśli ucznia nie nauczysz analizy i interpretacji, to sam się nie nauczy (bo niby jak?).

    Innymi słowy, nie interesują mnie „recenzje” w stylu notek wydawnictw na okładkach książek (albo nieco tylko rozbudowane), bo takie mogę w każdej chwili przeczytać na okładce albo na stronie internetowej wydawnictwa ; )

    Moje zdanie nie ma nic wspólnego z pracą magisterską, gdyż dopiero po jej skończeniu miałam czas, by zacząć pisać teksty, które tu zamieszczam (a że z obroną muszę jeszcze chwilę poczekać, to piszę sobie, piszę). Jeśli już gdzieś szukać jakichś moich inspiracji czy motywacji, to mogę napisać, że w ubiegłym roku miałam warsztaty krytyczne – tam pisaliśmy recenzje, czego owocem są trzy pierwsze recenzje zamieszczone tutaj (Tulli, Sosnowski, Bator); pisaliśmy także notki krytyczne (Wilk).

    Zresztą jak już wspomniałam – każdy ma nieco inny pogląd, bo z innej perspektywy patrzy i oczekuje czegoś innego.

    W tekście o opowiadaniach Murakamiego nie pisałam krytycznie o umieszczanych na blogach wrażeniach czytelników niezwiązanych zawodowo z literaturą, ale o tzw. profesjonalnych recenzentach. Trudno mi bowiem przyjąć do wiadomości, ze zawodowy recenzent nie potrafi sięgnąć po różne źródła (dotyczące pisarza i jego dzieł, po pewne konteksty), ogranicza się zaś jedynie do wyśmiania albo krytykowania bez podania argumentów potwierdzających słuszność krytyki (oczywiście, analogicznie z sytuacją, gdy recenzent pisze pochlebnie, a również bez konkretów).

  6. W powyższej recenzji nie znalazłem „literów-ki/-ek”. Cieszę się.
    „Dodatkowo, niestety, Murakami nie ma szczęścia do polskiej tłumaczki, która rozpoczęła przekłady książek japońskiego pisarza, będąc jeszcze na studiach” – wiem, masz na myśli Annę Zielińską-Elliott (debiut w pierwszym numerze „Japonica”), ale czy mogłabyś rozwinąć myśl zawartą w przywołanym zdaniu?

    1. Oczywiste jest, że tłumaczenie literatury to sztuka, wielka sztuka. Sądzę, że lata praktyki, pasja, (mniej lub bardziej) doskonała znajomość języka, z którego się tłumaczy, oraz własnego, ojczystego plus talent przyczyniają się do jakości przekładu (oczywiście, stosuję pewne skróty myślowe – można sporo pisać/mówić o warsztacie tłumacza, nie chcę się teraz zagłębiać w szczegóły).
      Czytając teraz „1Q84”, widzę, że albo tłumaczka się rozwinęła, podchodzi swobodniej i pewniej do powieściowego świata (w co bardziej wierzę), albo Murakami zaczął lepiej pisać (chodzi mi o styl).
      Mój główny problem z Murakamim polega na tym, że jego utwory (po polsku) są w dużej mierze stylistycznie słabsze, niż mogłyby być. Owszem, może to być zabieg zamierzony i zapewne tak jest. Pewien niedosyt jednak pozostaje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s