Na powierzchni języka. Recenzja „Po tęczy” Andrzeja Sosnowskiego

Zaskakuje już tytuł tomiku, Po tęczy. Nie czytając tytułowego wiersza, możemy śmiało stwierdzić, że tęcza zazwyczaj pojawia się po deszczu, za sprawą promieni słonecznych. Natomiast po zniknięciu tęczy (po tęczy) zwykle pozostaje na niebie słońce, a także (co się wiąże ze słońcem), blask, czasem oślepiający albo… przynoszący olśnienie.

Dlaczego jednak nie „na tęczy”, ale „po tęczy”? Czyżby po powierzchni tęczy (jak spacer po tęczy)? Również nie „przed tęczą”, nie „podczas tęczy”. Tęczy już nie ma (jest  p o tęczy). Pozostała tylko w pamięci, ale czym jest tęcza?

Na pewno zjawiskiem efemerycznym, zachwycającym z powodu mnogości barw, niezwykłego blasku, blasku nowości, unikalności. Czyż to nie kolorystyka fascynuje nas najbardziej pośród „szarych dni”? Tak więc płynęły dni i nic się w istocie nie działo, aż… nie pojawiła się tęcza. Ostatni wers wiersza Po tęczy wskazuje na niebagatelność tęczy, na jej zjawiskowość.

Tęcza ta jednak nie powstała na niebie. Wytworzyło ją załamane w lustrze światło, o czym dowiadujemy się w tytułowym wierszu. Skąd się wzięło to światło? Czy to światło słoneczne? światło monitora komputerowego? a może to światło… wewnętrzne? Czy takim światłem nie mogłaby się stać myśl jasna i czysta albo słowo (u)lotne? Sprawę komplikuje jeszcze bardziej motto wiersza, którego źródła należy szukać w dramacie Georga Büchnera, Woyzeck

Jeśli jednak owym światłem jest słowo, to w takim razie czy „po tęczy” to nie „po języku” albo „przed językiem”? Po języku (przed językiem), czyli… w milczeniu? A może po języku (przed językiem), czyli zamiast języka? Co jednak mogłoby stać się substytutem języka? Ba, czym jest  j ę z y k?

Mnóstwo pytań. Jedno przywołuje drugie. Pływamy po ich powierzchni, zupełnie jak Sosnowski prześlizguje się po powierzchni słów, nie wnikając w ich prymarne ani wtórne znaczenie. Wiersze Sosnowskiego zmuszają do zadawania pytań, do szukania, kwestionowania, do… przysłuchiwania się językom, którymi się posługujemy. Od czego zatem zaczniemy?

Od języka, oczywiście, bo to on jest dla Sosnowskiego najważniejszy. Podstawową (ale nie jedyną) funkcją języka jest umożliwienie komunikacji. Można powiedzieć, że język to społecznie ukształtowany system porozumiewania się. Warto położyć nacisk na rolę społeczeństwa w jego kształtowaniu. Sosnowski bowiem „przemierza” języki, którymi posługują się współcześni Polacy, szczególnie młodzi ludzie. Sosnowski przygląda się językom tworzonym przez otaczające go społeczeństwo.

Tomik Po tęczy przynosi wiersze zawierające sporo (pozornych) kryptocytatów, cytatów, pastiszy, gier słownych. Bez trudu odnajdziemy frazy z Tuwimowskiego Przy okrągłym stole czy malinowy chruśniak Leśmiana, nie mówiąc już o nawiązaniu do Pawła i Gawła Fredry czy przekładach (nieprzypadkowo wybranych!) fragmentów Szkoły uczuć Gustawa Flauberta.

Język „utkany” z literatury nie dominuje jednak w całym tomiku. Przeważają frazy internetowej „gadaniny”, a także zasłyszane na ulicy, w piosence, w telewizji czy przeczytanie w kolorowej gazetce zbitki słów, wypowiedzenia, które weszły do potocznej mowy.

Internetowy język jest zaskakująco przetwarzany, (prze)tworzony przez Sosnowskiego. Buduje on neologizmy, korzystając z inwencji samych internautów oraz informatyków i tak mamy, na przykład: Dziwnieśmy dziś sformatowani i skompresowani, Panie albo „wylogowałeś się” i co „dalej”? / Chcesz „pooglądać”? Chcesz / „pogadać”? Masz „już dość”? Słowa te nabierają zupełnie innego znaczenia, gdy są wyrwane z internetowego kontekstu. Ba! w internetowej etykiecie zostały jasno nacechowane, ustalono ich hierarchię, okoliczności zaistnienia w wirtualnej komunikacji. Poza wirtualną rzeczywistością wprawiają w konsternację (wylogować się… z życia? z tomiku poetyckiego? z pisania?), zastają nas nieprzygotowanych, bo na co dzień ich nie zauważamy – przywykliśmy do nich, a w poezji wręcz rażą, zastanawiają, a już na pewno niepokoją.

Nie wolno nam zapomnieć też o języku… obrazkowym! Sosnowski i jego nie porzuca. Wszak nasza współczesna kultura przesiąknięta jest obrazami i rysunkami, a także wszelkim rodzajem ikon (rozumianych zarówno dosłownie, jak i w przenośni). „Pismo obrazkowe” pojawia się pośrednio w postaci opisu emotikonowego nieba, ale i bezpośrednio. Przede wszystkim w wierszu (czy naprawdę wierszu?) oznaczonym toutoutoujour (oznaczonym, ponieważ nie ma tytułu, a przetworzony francuski wyraz „toujour” zajmuje miejsce „zarezerwowane” dla… dedykacji, względnie dla motta!). Przypomina wiersz-krzyżówkę z wypisanym hasłem pośrodku, ale… hasło w pewnym momencie się załamuje i przestaje znaczyć cokolwiek. Hasło dla hasła albo (celowa) pomyłka przy wypełnianiu tej swoistej „krzyżówki”.

Co ciekawe, Sosnowski korzysta nie tylko z różnych języków, ale i z form wypowiedzi, poetyk – od klasycystycznej, poprzez prozę poetycką, aż po nieomal futurystyczne wiersze spod znaku Młodożeńca czy Czyżewskiego.

Niewątpliwie Andrzej Sosnowski nasłuchuje, śledzi, tropi języki, ale nie z daleka jak to czyni Krynicki w tomie Kamień, szron. Gdy Sosnowski natknie się na jakieś stwierdzenie w języku, nie omija go, nie ogląda też „pod szkłem”, dokonując skrupulatnej analizy, szukając etymologii. Sosnowski ukazuje to, co dany wyraz znaczy w konkretnej sytuacji, z jakimi innymi słowami może się kojarzyć, jakie inne wyrazy konotuje.

Zdaje się, że Sosnowski tworzy dla nas katalog słów, które „znalazł”, „odkrył” podczas komunikacji z innymi ludźmi. Zbiór ten jest chaotyczny, wymieszany i przemieszany, niczym gazetowy słowotok zalewający nas z każdej strony, przed którym nie ma ucieczki. Swoisty szum informacyjny, sprawia wrażenie śmietnika. Tony wysokie łączą się z niskimi, sprawy bagatelne sąsiadują z istotnymi, często opisane tym samym językiem, bez selekcji. Sosnowski korzysta z ograniczonego zestawu słów – te same frazy co jakiś czas powracają, powtarzają się, ko(t)łują (się), zataczają kręgi, niemal nas przygniatają. Przy pierwszym zetknięciu się z nowymi dla nas słowami mieliśmy wrażenie wielobarwności, opalizacji, niesamowitości, ale wyrazy okazały się złudne – ich unikalność i świeżość zniknęła tak, jak znika tęcza, pozostawiając niedosyt.

Co ważne, nawet jeśli zdaje się nam, iż Sosnowski cytuje, to nie jest to cytat. Korzysta on po prostu z tego samego zasobu słów, co każdy z nas. Naturalną koleją rzeczy jest, że prędzej czy później wyrazy przez niego użyte ułożą się w wypowiedź identycznie brzmiącą lub podobną do wypowiedzi osoby publicznej. Stąd też wrażenie, że Sosnowski cytuje na przykład Juliana Tuwima.

Niemniej jednak w życiu codziennym rzadko używamy słów, którymi wieszcz może się posłużyć w natchnieniu poetyckim. Zaskakujące to zdanie, gdyż prawie dziesięć lat wcześniej w wierszu Pan Cogito. Ars Longa (zawartym w tomiku Epilog burzy) Herbert pisał: [młodzi poeci] nie przeczuwają nawet / ile obietnic / uroków / niespodzianek / kryje w sobie język / którym gadają / wszyscy / hycel i Horacy. Nasze komunikaty układamy ze słów napotkanych nie tylko w języku polskim (Sosnowski często używa wyrazów niemieckich, angielskich czy łaciny), a jeśli już opieramy się na polszczyźnie, to polszczyźnie przetworzonej na nasz własny użytek – skrótowej, niedbałej, chaotycznej. Czy mówimy zatem tymi samymi językami co poeci? A może raczej powoli tracimy zdolność porozumiewania się z wieszczami, o ile już jej nie zatraciliśmy. Nowymi „wieszczami” stają się dla nas ci, którzy potrafią przemówić „naszym” językiem czy raczej językami. A kto lepiej niż my sami jest w stanie władać nowymi językami?

Andrzej Sosnowski wykorzystuje zasłyszane słowa, aby zbudować z nich wypowiedź. Czy jego wypowiedź cokolwiek komunikuje, cokolwiek chce nam przekazać? Można zaryzykować twierdzenie, że o niemożności komunikowania się, o trudach komunikacji w dzisiejszych czasach.

Sosnowski zaprasza nas do swoistego dialogu-zabawy. Podsuwając wyrazy z języka potocznego oraz literackiego, pozwala nam stworzyć dla siebie, na własny użytek wiersz-kolaż. O czym będzie każdy wiersz, zależy więc (częściowo) od nas. Ogranicza nas jedynie (a może aż?) nasza własna wyobraźnia i języki, które potrafimy (od)tworzyć, (prze)kształcić z już istniejących.

——————
Andrzej Sosnowski, Po tęczy, Biuro Literackie, Wrocław 2007.

Tekst zamieszczony też na BiblioNETka.pl
Autor: Luiza Stachura

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s